Bez mojego pozwolenia, Simon sięgnął po białe opakowanie z maścią od Adris. Następnie pomógł mi usiąść. Skubany dobrał się do mojej szyi. Więc już wiedział, że to moje czułe miejsce. Nie potrafiłam powstrzymać się, by nie jęknąć cicho, gdy całował skórę mojego karku. Jednocześnie odwijał kolejne warstwy lekko zakrwawionego materiału, aż wreszcie uwolnił mnie z niego całkowicie. Czułam jak leciutko muska moją skórę na plecach, dzięki czemu nie poczułam bólu przy dotknięciu szwów. Gdy skończył odłożył lek na stolik nocny i jak tylko znowu znalazł się za mną ponownie poczułam namiętny pocałunek z boku na szyi. Ta jedna sekunda spowodowała, że rozpłynęłam się niemal od razu.
-- Lepiej? -- spytał tym swoim uwodzicielskim tonem. Kolejne pocałunki spoczywały a mojej nagiej skórze. Jego pieszczoty stawały się coraz odważniejsze.
-- Teraz jest idealnie -- szepnęłam. Boże, co on ze mną robił? Mieliśmy nie posuwać się dalej, jednak to chyba jest silniejsze od nas. Odwróciłam się przodem do Simona. Długie włosy zakryły mi okazały biust no i blizny, które skrywał jak dotąd bandaż. Zatraciłam się w jego czarnych oczach. Uwielbiam w nie patrzeć, tak samo jak jego dotyk. Odważyłam się pocałować go, obdarzając czułym i głębokim pocałunkiem. Za tyle dobroci, którą mi ofiarował muszę się jakoś odwdzięczyć. Nie jest zły do szpiku kości, jak twierdził na początku. Ja czuję, że jest odwrotnie. On nie jest zły. Jest dobry. Objęłam go rękami, jakby miał mi zaraz uciec. Chyba bym tego nie przeżyła. Zapomniałam się przez chwilę i przygryzłam mu dolną wargę, z której popłynęła malutka stróżka krwi. Zlizałam ją zmysłowo, jednocześnie posyłając mu przepraszające spojrzenie.
< Saimon? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz