Arrow opuściła mój pokój. Nawet nie zdążyłam jej odpowiedzieć. To, co powiedziała o Simonie nie spodobało mi się i to ani trochę. No ok, może ona zna go dłużej niż, może wie o nim więcej, ale to, czego ja się o nim dowiedziałam z pewnością jest jej nieznane. Muszę uważać. Bracia nie będą pochwalać mojej znajomości z Simonem. Arrow pewnie już nagadała Oktayowi jaki to on jest zły, że to pewnie samo zło wcielone. Gdyby mała Arrow wiedziała, że Simon nie jest jedynym, który ma ręce splamione niewinną krwią...
Zaczęłam zastanawiać się nad obecną sytuacją. Moje położenie nie jest tragiczne. Dopóki moi bracia nie wiedzą za wiele, mogę w spokoju robić swoje. A zamierzam zrobić bardzo wiele. Po pierwsze: pomogę Simonowi pozbyć się trucizny z jego ciała. Potem znowu zacznę pracować nad moim genotypem. Jestem już tak blisko. Jeszcze tylko kilka tygodni pracy i będę mogła pozbyć się tego przekleństwa!
Gdy tak rozmyślałam nad moimi kolejnymi posunięciami, wyszłam z sypialni i pokierowałam się do kuchni, gdzie buszował już Tobiraya. Przywitał się ze mną, jak zwykle prawie mnie miażdżąc w swoich ogromnych ramionach. Moje żebra zaprotestowały, wiec brat szybko mnie puścił i posłał mi szeroki uśmiech. Wtedy przyszła do nas Ana, z dzieckiem na ręku. Dowiedziałam się, że ten maluszek, który już zaczął rosnąć jak na drożdżach, to Trey, zaś jego brat Rey śpi sobie smacznie na górze. Wzięłam ostrożnie niemowlaka na ręce. Akurat się rozbudził, ale nie wołał o jedzenie. Ana musiała go nakarmić zanim przyszła na dół. Porozmawiałam chwilę z rodziną, wypytałam Anę o każdy najdrobniejszy szczegół z jej porodu, ponabijałam się z Tobisia, a także zapewniłam ich z tysiąc razy, że ze mną jest wszystko w porządku. Anielska energia i nowe lekarstwo od Simona działały znakomicie. Czuję się na serio dobrze. Po zjedzeniu kanapki postanowiłam udać się na plażę za domem. Najwyższa pora zacząć przygotowywać się do treningu. Udałam się z powrotem do pokoju, by przebrać się w coś bardziej odpowiedniego. Postanowiłam, że ubiorę się w krótkie szorty i luźną, szarą koszulkę, która choć po części zasłoni opatrunki. Włosy związałam w wysokiego kuca, używając oczywiście moją czerwoną wstążkę od mamy.Coś mnie tknęło, by wziąć ze sobą fiolkę z moim nowym serum, które ostatnio opracowała, więc nie myśląc za wiele, ukryłam lek w kieszeni szorów. Zabrałam jeszcze tylko czarny koc i byłam gotowa to wyjścia.
Szłam piaskiem, moje bose stopy co chwilę pieściła letnia woda oceanu. Zapach morskiej wody, śpiew mew wypełnił moje uszy. Zamknęłam oczy, jednak po chwili otworzyłam je szeroko. Wyczułam coś bardzo niepokojącego, aż ścisnęło mnie za serce. Musiałam złapać się za klatkę piersiową, przez co koc wypadł mi z rąk. Coś było nie tak. Bardzo nie tak. Ktoś cierpi. Zaczęłam iść szybciej, rozejrzałam się wokół i wtedy zobaczyłam nieprzytomnego Simona. Wiedziałam od razu, że to on. Wieczorne słońce odpijało się w morskich falach, które co chwilę obijały się o jego nieruchome ciało, mocząc go. Puściłam się biegiem. Ból pleców, rozciąganych szwów sprawił, że potknęłam się w pewnym momencie, lecz nie pozwoliłam się pokonać bólowi. Nie takie męki już znosiłam.
-- Simon! Simon..! -- dopadłam do niego, upadając na kolana. Strach i panika zaczęły mieszać mi w głowie, ale wystarczyła mi jedna sekunda, by się opanować i zebrać myśli. Przewróciłam go na plecy, co nie było takie znowu łatwe. Chłopak swoje przecież waży. Dobrze chociaż, że jego skrzydła zniknęły. Obadałam szybko jego stan, nie wyczułam pulsu, w dodatku jego ręka... Była cała czarna.
-- To ta trucizna... Na pewno... -- rzekłam pod nosem. W sekundzie podjęłam decyzję. Sięgnęłam po fiolkę w kieszeni, odkorkowałam ją i zbliżyłam do ust Simona. -- Mam nadzieję, że ci to pomoże, a nie zaszkodzi.
Trzy krople, to maksimum, które mogłam mu zaaplikować. Większa dawka z pewnością by go zabiła. Moja krew, w przeciwieństwie do jego, nie leczy, a uśmierca. W smaku przypomina najsłodsze wino. Boska krew Dreyara to jedna z najszybszych trucizn na świecie, lecz mnie udało się opracować na jej podstawie lek. Antidotum na niemal wszystkie inne trucizny. Jest ono tak silne, że niszczy inne substancje, a w żyłach zaczyna płynąć jedynie specjalny roztwór - ekstrakt z boskiej krwi.
-- Simon, słyszysz mnie? -- Potrząsnęłam aniołem, jednak ten nie zareagował. Wzięłam go w swoje ramiona i przytuliłam do swojej zabandażowanej piersi. Do oczu napłynęły mi łzy. Kilka kropel spadło na twarz Simona i dostało do jego ust. Pewnie później będzie chciał wiedzieć skąd ten gorzki posmak. Kolejna ciekawostka, moje łzy, podobnie jak każdego Dreyara są nie słone, a gorzkie właśnie. Krew słodyczą, zaś łzy goryczą.
-- Simon, proszę, obudź się....
< Simon ? Lub jeszcze ktoś inny? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz