Patrzyłem na smutną dziewczynę, rozumiałem ją doskonale.. Sam wolałbym urodzić się tu na miejscu niż w niebiosach i robić to co teraz muszę.. Jednak nie chciałbym umrzeć, nie w taki sposób w który mogłaby umrzeć Soraya ze względu na swoją energię. Kiedy ciemnowłosa złapała mnie za rękę, po moim ciele przeszedł ponownie ten sam prąd co zwykle. Było to dziwne, jak i przyjemne uczucie. Czułem, że muszę jej trochę o sobie powiedzieć..wyjaśnić, i w ten sposób może chodź trochę zachęcić do treningu.
-Doskonale cię rozumiem.nie wiesz nawet jak bardzo.-zacząłem, Soraya spojrzała na mnie z zaciekawieniem, jakby domagała się dalszego wyjaśnienia. Westchnąłem cicho.
-Jestem synem Oromisa, Smoczego Boga i Aviry Wielkiej Anielicy-powiedziałem bez namysłu. Jej oczy się poszerzyły, jakby nie mogła w to uwierzyć, a jednak była to prawda..
-Jestem Boskim Aniołem, który postradał zmysły i wygnany tu na ziemie Dragoso..-rzekłem. Zamknąłem oczy i skupiłem się na wszystkim co dobre.. Moje oczy zrobiły się jasno niebieskie, a skrzydła białe jak śnieg.
-Nie zawsze byłem..taki jaki jestem teraz. Zły do szpiku kości, wypełniony cierpieniem setek istnień-powiedziałem. Zacisnąłem dłoń Sorayi i spojrzałem w jej oczy.
-Muszę sobie radzić, ja daję radę, ty również sobie dasz-rzekłem.
<Soraya?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz