Atropeia... Jak tylko zobaczyłam na jego klatce piersiowej siny ślad wiedziałam już z czym mam do czynienia. Postanowiłam przyspieszyć swoje działania. Stan Simona, mimo, iż ten jak narazie nie narzeka, nie jest dobry. Jak tylko spojrzałam na jego liczne blizny aż przeszedł mnie zimny dreszcz. Nie rozumiem tego. Jak można było tak katować dziecko..?
-- Nie potrzebuję twojej czystej krwi. Poradzę sobie jakoś. Pobiorę ci krew trzy razy, ok? -- spytałam podchodząc do niego powoli z pierwszą strzykawką. Nakazałam mu się rozluźnić, a gdy to zrobił wbiłam mu igłę w żyłę. Szybko i sprawnie napełniłam także kolejne fiolki. Potem pobrałam sobie krew. Jako, że nie cierpię igieł, musiałam wziąć kilka głębszych wdechów, by i sobie wbić tą przeklętą strzykawkę.
Minęło już trochę czasu od naszego przybycia do laboratorium. Ja zdążyłam przeanalizować truciznę w krwi Simona, wyodrębnić ją z płynu i rozłożyć na czynniki pierwsze. Wszystkie zachowania badanych elementów, reakcje pisałam na tablicy na ścianie. Szło mi jak dotąd dość sprawnie. Simon siedział na swoim miejscu i przyglądał mi się podczas pracy. Mnie tak pochłonęło szukanie antidotum, że nawet nie zwróciłam uwagi na płynący czas. Za to efekty były co najmniej zadowalające. Atropeia okazała się nie aż tak skomplikowaną trucizną, jak myślałam. Krew Simona, mimo, że sama w sobie jest lekarstwem, nie mogła sama siebie uzdrowić.Trucizna, która od lat się w nim kłębiła za bardzo wyniszczyła ją od środka.
-- Noo, jest tak jak myślałam na samym początku. Moja stężona krew z cząstkami twojej, według moich wstępnych obliczeń, będzie w stanie cię uleczyć. Muszę jedynie tak dobrać proporcję, by moje krwinki nie zniszczyły twoich. Jak na razie, moja krew jest silniejsza, ale, jak ją odpowiednio osłabię... -- zapisałam równanie chemiczne do końca -- ...to razem stworzą coś na kształt nowej grupy krwi. Lekarstwo na wszystko. -- Popatrzyłam dumnie na swoje dzieło na tablicy, a następnie przeniosłam wzrok na Simona, który nie mógł uwierzyć w to, co powiedziałam. -- Będziesz całkowicie zdrowy -- powtórzyłam to, co powiedziałam wcześniej. Posłałam mu lekko zmęczony uśmiech. Rękami chwyciłam się za zesztywniałą szyję. Od ciągłego stania i pochylania rozbolał mnie kark i plecy. A no tak, pora na kolejną porcje mojego lekarstwa. Zaczęłam przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu białego pudełka z maścią od Simona. -- Gdzie to się podziało... przecież brałam to ze sobą..
< Simon? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz