Patrzyłem z rozczuleniem na mojego małego braciszka jak usiłuje jakoś machać mieczem. Odkąd zobaczył ludzkich wojowników zaczął przykładać się bardziej do treningów. Jednak nawet drewniany miecz był dla niego za ciężki.
Zaśmiałem się głośno widząc kolejną nieudaną próbę wyprowadzenia prostego cięcia w kierunku manekina. Młody natychmiast spiorunował mnie wzrokiem i obrażony nadął policzki. Iście uroczy widok.
Zbliżyłem się do niego i poczochrałem po głowie co przyjął ze zwyczajowym niezadowoleniem.
-Młody jeszcze trochę. Póki co jak każdy smark używaj zwyczajnego kija, a mój miecz treningowy zostaw w spokoju- wyszczerzyłem się do niego po czym odebrałem swoją własność. Odszedł parę kroków ode mnie a ja zacząłem swój codzienny taniec z kawałkiem drewna. Jeszcze nie było mnie stać na porządnego kowala, ale już niedługo.
Nawet nie myślałem nad tym co robię. Tak już miałem wyuczone ruchy. Przychodziły mi instynktownie.
Niedługo wyrwę siebie i młodego z tej biedy. Mam czas. Oj bardzo dużo czasu. Nie pozwolę aby zwykły ludzki los nas zniszczył. Mamy tylko siebie.
-Braciszku! Znowu się zamyśliłeś!- wybudził mnie z transu głos młodego.
Spojrzałem na niego zaskoczony. Jak od dobrze mnie znał. I z jakiś powodów nie lubił jak się nad czymś zastanawiałem. Jego zdaniem było to dla mnie zbyt niebezpieczne. Dziwne.
Nagle poczułem słaby uścisk w okolicach bioder. Hah braciak mnie przytulił. Skrzywiłem się. Nie lubiłem kontaktu fizycznego. Zaraz jednak mi przeszło obrzydzenie jak tylko spojrzałem w te jego sarnie oczy.
-Kocham cię Rourke- przytulił mnie mocniej.
-Ja ciebie też smarku, ja ciebie też- pogłaskałem go.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz