Uśmiechnęłam się lekko do Matayasa. No cóż, nie moja wina,
że też się do mnie uśmiechał. Nie umiem nie odpowiedzieć na ten gest. Moje
serduszko jednak nadal ubolewało nad brakiem mojego brata… Może po prostu o nim
zapomnieć? A może nadal się martwić, że go już nigdy więcej nie ujrzę? Moje
myśli błądziły po głowie, a ja nie mogłam ich w żaden sposób poukładać… Co za
ból, jak nie mogę zrobić tego, co chcę. W czasie moich przemyśleń wyruszyliśmy
do skrzydła szpitalnego. Szłam z grupą krok w krok, choć naprawdę czułam się
jak głupiutka ozdóbka, która idzie tam, gdzie są inni. Nie wiedziałam, jak
inni. Mój rozum mówił mi, że tak jest, że jestem miernotką, kroczącą krokami
innych. Ja jednak w sercu czułam, że muszę iść z nimi. Nie wiem dlaczego. Nawet
nie będę mówiła nic o zakochaniu. Takie szybkie miłostki były jak miałam 16
lat. Teraz jest w ogóle co innego. Na co mam sobie szukać kogoś na siłę. To na
tym nie polega. Uważnie patrzyłam, co robi Matayas dla kobiety. Narył ją, a
potem zaczął robić jej warkocza. Uśmiechnęłam się, na słowa o tym, że martwi
się o swoją siostrę. Potem przyszedł kolejny chłopak. Lekko się przechyliłam do
tyłu. Nie wiedziałam, czy powinnam uciekać z pomocą Minimum, czy nie… Myślę, że
chyba powinnam się zmyć. Moje policzki zaczerwieniły się mocniej. Jednak nic
nie okazałam. Coś czułam, że ten cały Oktay jest chyba kimś ważnym dla siostry
Matayasa. Położyłam dłoń na słuchawkach i aby się uspokoić, lekko uderzałam
paznokciami w obudowę. Ja się nie dam… Będę twarda i nie okażę tych głupich
rumieńców, które pod wpływem uspokajających uderzeń zaczęły znikać. Po chwili
wpadłam na pomysł idealny.
-Za moment wrócę…
Rzekłam. Lekko się uśmiechnęłam i nałożyłam słuchawki na
uszy. Wystawiłam nogę do tyłu i uderzyłam trzy razy palcami stopy o podłogę.
Następnie pstryknęłam palcami, a czas wokół mnie spowolnił się. Ja za to
widziałam go w barwach niesamowicie różnorakich. Wszystko było na opak. Cery
mieniły się niebieskim, żółtym i zielonym, podłogi były pomarańczowe i różowe.
Uwielbiam ten widok. Ah… Śliczne kolory. Ruszyłam biegiem na łąkę i tam z
dalszym spowolnieniem czasu zebrałam bukiet kwiatów dla siostry Matayasa.
Uśmiechnęłam się sama do siebie i związałam bukiecik różową wstążką, którą na
zapas nosiłam w kieszeni swetra. No cóż…. Przezorna zawsze ubezpieczona. Co
jakby mi się kucyk rozwiązał, a wstążka odleciała? W każdym razie, związałam
bukiet i wróciłam do skrzydła. Zdjęłam słuchawki i zachichotałam. W ich czasie,
nie minęło 5 sekund. Uwielbiam moje Minimum. Spojrzałam na bukiet i położyłam
go na etażerce obok łóżka Sorayi. Potem lekko się cofnęłam i złączyłam moje
dłonie z przodu.
-Kwiaty zawsze są dobrym pocieszeniem w miejscach, takich jak
to. Zawsze trochę rozjaśnią to miejsce.
Powiedziałam z uśmiechem. Bukiet Sorayi składał się z
różnorakich kwiatów. Z dwie róże, stokrotki, parę konwalii, lilia i kilka
innych kwiatów o kolorach, składających się w tęczę. Tak. Pocieszenie w
skrzydle szpitalnym to bardzo dobry pomysł. Nie każdy lubi miejsca takie jak
te. W sumie to większość dziewczyn i kobiet taka jest, moim zdaniem
przynajmniej. Posłałam dla towarzystwa lekki uśmiech i ponownie położyłam dłoń
na słuchawkach. Zaczęłam uderzać cicho niebieskimi paznokciami o obudowę mojego
kochanego sprzętu. Czuję w sercu, że zrobiłam dobry uczynek dla siostry
Matayasa. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zawszę chcę pomóc i teraz nie
zrobiłam wyjątku. Moim zdaniem, trzeba pomagać innym, bo czasami głupia pomoc,
może zacząć coś niezwykłego, o czym kiedyś się przekonałam…
<Matayas? Inni?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz