23 czerwca 2017

Od Mirajane CD Matayas i inni

Uśmiechnęłam się lekko do Matayasa. No cóż, nie moja wina, że też się do mnie uśmiechał. Nie umiem nie odpowiedzieć na ten gest. Moje serduszko jednak nadal ubolewało nad brakiem mojego brata… Może po prostu o nim zapomnieć? A może nadal się martwić, że go już nigdy więcej nie ujrzę? Moje myśli błądziły po głowie, a ja nie mogłam ich w żaden sposób poukładać… Co za ból, jak nie mogę zrobić tego, co chcę. W czasie moich przemyśleń wyruszyliśmy do skrzydła szpitalnego. Szłam z grupą krok w krok, choć naprawdę czułam się jak głupiutka ozdóbka, która idzie tam, gdzie są inni. Nie wiedziałam, jak inni. Mój rozum mówił mi, że tak jest, że jestem miernotką, kroczącą krokami innych. Ja jednak w sercu czułam, że muszę iść z nimi. Nie wiem dlaczego. Nawet nie będę mówiła nic o zakochaniu. Takie szybkie miłostki były jak miałam 16 lat. Teraz jest w ogóle co innego. Na co mam sobie szukać kogoś na siłę. To na tym nie polega. Uważnie patrzyłam, co robi Matayas dla kobiety. Narył ją, a potem zaczął robić jej warkocza. Uśmiechnęłam się, na słowa o tym, że martwi się o swoją siostrę. Potem przyszedł kolejny chłopak. Lekko się przechyliłam do tyłu. Nie wiedziałam, czy powinnam uciekać z pomocą Minimum, czy nie… Myślę, że chyba powinnam się zmyć. Moje policzki zaczerwieniły się mocniej. Jednak nic nie okazałam. Coś czułam, że ten cały Oktay jest chyba kimś ważnym dla siostry Matayasa. Położyłam dłoń na słuchawkach i aby się uspokoić, lekko uderzałam paznokciami w obudowę. Ja się nie dam… Będę twarda i nie okażę tych głupich rumieńców, które pod wpływem uspokajających uderzeń zaczęły znikać. Po chwili wpadłam na pomysł idealny.

-Za moment wrócę…

Rzekłam. Lekko się uśmiechnęłam i nałożyłam słuchawki na uszy. Wystawiłam nogę do tyłu i uderzyłam trzy razy palcami stopy o podłogę. Następnie pstryknęłam palcami, a czas wokół mnie spowolnił się. Ja za to widziałam go w barwach niesamowicie różnorakich. Wszystko było na opak. Cery mieniły się niebieskim, żółtym i zielonym, podłogi były pomarańczowe i różowe. Uwielbiam ten widok. Ah… Śliczne kolory. Ruszyłam biegiem na łąkę i tam z dalszym spowolnieniem czasu zebrałam bukiet kwiatów dla siostry Matayasa. Uśmiechnęłam się sama do siebie i związałam bukiecik różową wstążką, którą na zapas nosiłam w kieszeni swetra. No cóż…. Przezorna zawsze ubezpieczona. Co jakby mi się kucyk rozwiązał, a wstążka odleciała? W każdym razie, związałam bukiet i wróciłam do skrzydła. Zdjęłam słuchawki i zachichotałam. W ich czasie, nie minęło 5 sekund. Uwielbiam moje Minimum. Spojrzałam na bukiet i położyłam go na etażerce obok łóżka Sorayi. Potem lekko się cofnęłam i złączyłam moje dłonie z przodu.

-Kwiaty zawsze są dobrym pocieszeniem w miejscach, takich jak to. Zawsze trochę rozjaśnią to miejsce.


Powiedziałam z uśmiechem. Bukiet Sorayi składał się z różnorakich kwiatów. Z dwie róże, stokrotki, parę konwalii, lilia i kilka innych kwiatów o kolorach, składających się w tęczę. Tak. Pocieszenie w skrzydle szpitalnym to bardzo dobry pomysł. Nie każdy lubi miejsca takie jak te. W sumie to większość dziewczyn i kobiet taka jest, moim zdaniem przynajmniej. Posłałam dla towarzystwa lekki uśmiech i ponownie położyłam dłoń na słuchawkach. Zaczęłam uderzać cicho niebieskimi paznokciami o obudowę mojego kochanego sprzętu. Czuję w sercu, że zrobiłam dobry uczynek dla siostry Matayasa. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zawszę chcę pomóc i teraz nie zrobiłam wyjątku. Moim zdaniem, trzeba pomagać innym, bo czasami głupia pomoc, może zacząć coś niezwykłego, o czym kiedyś się przekonałam… 

<Matayas? Inni?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz