Cicho się śmiałam pod nosem, widząc jak obaj bracia się
zachowują. Kiedy jednak zauważyłam, że parametry życiowe siostry Matayasa się
pogorszyły, spoważniałam. Wstałam i chwiejnym lekko krokiem podeszłam do łóżka
Sor. Spojrzałam na kobietę i westchnęłam.
-Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze…
Powiedziałam. Spojrzałam na jedno z okien, a potem z
powrotem na braci. Potrząsnęłam głową i
uderzyłam się lekko obiema dłońmi w policzki.
-Ja już pójdę. Mam nadzieję, że z Sorayą będzie wszystko
dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
Tak postanowiłam ulotnić się ze skrzydła szpitalnego.
Posłałam uśmiech dla towarzystwa i wyszłam ze skrzydła. Kiedy byłam na
wystarczająco dalekiej odległości, nałożyłam na uszy słuchawki i wzięłam
głęboki wdech. W myślach, powtarzałam sobie, że dam radę. Wystawiłam nogę do
tyłu, uderzyłam trzy razy palcami u stóp o ziemię i pstryknęłam palcami.
Biegiem ruszyłam na łąkę. Męczące, ale dałam radę. Tam położyłam się na ziemi i
spojrzałam na niebo. Modliłam się, aby kolejne użycie Minimum mnie nie bolało.
Wstałam i tym razem tylko pstryknęłam. Czas wokół mnie zwolnił, a ja, zamiast
biec, wolno ruszyłam przed siebie. Może było to spowodowane tym, że biegłam?
Nie wiedziałam, ale teraz, czas poćwiczyć.
<Mircia zwiała xD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz