Kiedy Matayas wziął mnie na ręce i położył na łóżko, nie
mogłam powiedzieć, że puls mi nie przyspieszył. Zaczerwieniłam się i próbowałam
się wyrwać, ale byłam za słaba. No cóż… Ciężko by było wyrwać się dla umięśnionego
mężczyzny. Potem odpuściłam i dałam się położyć na łóżko.
-A-Ale ja nie mogę odpoczywać… Ja chcę pomóc…
Rzekłam, mimo tego, że widziałam w spojrzeniu chłopaka to,
że nie chciał, abym się sprzeciwiała. Ja jednak nie potrafię spokojnie leżeć,
kiedy obiecałam komuś pomoc. Widziałam, jak bracia ze sobą rozmawiają i się
śmieją. Nie mogę leżeć w spokoju. Miałam chęć wstać i pokazać, że jednak dam
radę. Nie lubię pokazywać tego, że się źle czuję. Uniosłam się i wstałam.
Głupota, głupota, głupota. Miałam trudność z chodzeniem. Trochę rozmazywało mi
się przed oczami. Jednak potrząsnęłam głową i wyprostowałam się. Ruszyłam
chwiejnym krokiem do łóżka, przy którym stali bracia.
-Ja nie mogę leżeć i patrzeć… Ja obiecałam, że pomogę i taki
mam też zamiar…
Zapewniłam rodzeństwo. Przypomniało mi się, jak kiedyś
mówiłam tak samo do brata, gdy stracił swoją ulubioną zabawkę. Wmawiałam mu, że
mu pomogę i tak też zrobiłam, mimo bólu, który był wywołany ciągłymi
ćwiczeniami z Minimum. Nie obchodziło mnie to, że mogłam stracić życie.
Musiałam pomóc. Że też muszę być taka uparta. Pobladłam i położyłam dłoń na
czole. Wzięłam głęboki wdech, aby odzyskać siły. Wiedziałam jednak, że zaraz
upadnę. Chwyciłam lekko ramię Matayasa. Utrzymywałam się na nim. Zamknęłam
oczy, pod którymi pojawiły się lekkie worki. Nie poddam się tak łatwo. Dopełnię
obietnicy i pomogę dla Sorayi.
<Reszta?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz