
Imię: Viktor Lenóra
Przezwisko: -
Wiek: 43 lata
Płeć: Mężczyzna
Stanowisko: Złota Straż
Specjalizacje: Gra na gitarze akustycznej o imieniu "Erzsébet", z którą się nie rozstaje. Uwielbia czytać książki, zwłaszcza przygodowe i kryminały. Lubi też strugać scyzorykiem figurki w drewnie. Ma duszę odkrywcy, więc lubi podróżować, zwłaszcza statkiem, na którym spędził sporą część życia.
Specjalna Moc: Tkanie konstelacjami (czyli: Viktor układa kształty z gwiazdozbiorów między palcami, a one się materializują. Im większa lub bardziej złożona konstelacja, tym więcej energii wymaga).
Rodzice: Jako młodszy syn nigdy nie dogadywał się z ojcem, dopiero na łożu śmierci ojciec okazał skruchę. Matka i brat zwykle milczeli lub ich nie było, bo jeździli po świecie więc ich nie bardzo wspomina.
Rodzeństwo: Miał tylko brata, starszego. Nie pamięta go zbytnio, bo ten jeździł z matką po świecie.
Partner: Brak
Charakter: Wspomniana powyżej dusza odkrywcy, uwielbia zwiedzać nowe miejsca, lekkoduch, nie przywiązuje się zbytnio do miejsc i ludzi (tylko do swojej gitary), śmiały i zdecydowany w działaniu (co jest pozostałością z jego dawnego, nieokiełznanego charakteru), towarzyski, choć w wolnej chwili raczej milczący, ma "swoje" poczucie humoru, niezbyt poważny, nawet na swój wiek.
Historia: Zamorski kraj, taki jak ten, z którego pochodzi Viktor może wydawać się bardziej odległy niż lokalny sklep osiedlowy, gdy wieczorem trzeba kupić parę drobiazgów, a się nie chce wstać z wygodnej kanapy. Nie dziwi też pewnie nikogo, że kraj ten wyspa, a do tego specjalizuje się w połowach ryb, zwłaszcza makreli. Wśród ciepłych prądów morskich i ludzi mówiących w dziwnym języku wychował się pewien miłośnik książek i podróży, znany nam jako Viktor Lenór. Ojciec łowił makrele, narzekał na Viktora, pił ze znajomymi, narzekał na Viktora, sprzedawał wyroby rybne, no i oczywiście - narzekał na Viktora. Matka zabierała jego starszego brata na trasy po świecie, ponieważ w przeciwieństwie do młodszego z braci, "rosły pulpet bez szyi" (jak mówił o nim Viktor) miał talent do instrumentów klasycznych, a że i ona była instrumentalistką to nie mogła do tego dopuścić, by taki talent jak on się marnował na śmierdzącej makrelami wyspie. Więc młody chłopak o bardzo burzliwym charakterze został z ojcem, który ma go za nic, oraz swoją jedyną towarzyszką niedoli i trudów życia codziennego - akustyczną gitarą, nazwaną "Erzsébet" po jego pierwszej i dotychczas ostatniej dziewczynie. Znamy już zatem wstęp do długiej kroniki życia Viktora Lenór'a, czas by trochę streścić resztę: ojciec pewnego dnia umiera, zdążywszy jeszcze powiedzieć o tym, że tak naprawdę jest dumny z syna, proponuje mu żeby wypłynął w świat. Viktor rzeczywiście tak postępuje, przeżywa na statkach praktycznie trzy-czwarte życia, odwiedzając krainy o różnych kulturach i tradycjach. Życie na morzu, mimo drobnych incydentów przebiegało dla niego spokojnie i monotonnie. Tu warto się zatrzymać. W jednym przypadku nie było tak błogo. Pewnego wieczora niebo przesłoniły gęste chmury, a na wprost od dzioba pojawił się na horyzoncie najgorszy z możliwych morskich scenariuszy - potężny maelstorm, wir grzebiący statki jak piasek mrówkę uwięzioną w środku klepsydry. Nim się spostrzeżono co się dzieje, prąd był już zbyt silny na jakiekolwiek działanie i statek zaczął zbliżać się do środka gigantycznego leja w centrum oceanu. Wybuch paniki na pokładzie jest w takim momencie nader pewny, choć nie ma on już nawet sensu w obliczu nieuniknionej śmierci. Viktora to nie ruszało. Usiadł na balustradzie statku i zaczął grać na gitarze. Cieszył go widok tych wszystkich miejsc, które mu dane było zobaczyć oraz wspomnienia z przeżytych przygód. Między chmurami widniał na niebie gwiazdozbiór Lwa. Viktor uśmiechnął się na ten widok, teraz grał już tylko dla tej konstelacji. Chciał zapomnieć o czekającej go śmierci. I wtedy, gdy przy ostatnim akordzie uderzył w struny, jasna błyskawica trafiła w maszt, lecz nie wznieciła płomieni. Viktor natomiast od uderzenia zachwiał się i poleciał do tyłu, kurczowo trzymając instrument w rękach. Gotów na wieczność zamknął oczy, lecz gdy długo nie otrzymywał efektu, otworzył jedno niepewnie. Potem otworzył drugie, spojrzał w dół, po czym zamrugał nerwowo. Po statku nie zostało śladu, natomiast on stał w powietrzu wśród migoczących, jasnych punktów. Punkty były ze sobą niekiedy połączone świetlistą linią. Jego stopy miękko tonęły w tym dziwnym wytworze, a choć bał się ruszyć, zrobił krok do przodu i się zachwiał. Odzyskał równowagę, przypadkiem trącając struny przyciśniętej gitary. Dopiero wtedy dostrzegł, że stoi na konstelacji statku żaglowego, kiedy ona zaczęła materializować twardo całą budowę i takielunek. To na czym teraz stał Viktor było autentycznym drewnem, miało wszystko co potrzebuje statek: bukszpryt, żagle rejowe i łacińskie, cztery maszty, ster, itd. A oprócz tego miało coś jeszcze - wzdłuż całego kadłuba rozciągły się w pięć rzędów olbrzymie żółwie płetwy, jakby przytwierdzone na stałe do niego i pchały okręt ku lądowi. Viktor usiadł po turecku, odłożył kawałek dalej gitarę, spojrzał ogłupiałe i dał sobie raza w twarz. "Ależ te zaświaty pokręcone!" przebiegło mu przez myśli, ale nie chciał się nad tym dłużej zastanawiać, bo poczuł się głodny jak ten wir na statki. "Czy jeśli pomyślę, że chcę pieczeń to ją dostanę w zaświatach jak ten okręt?!" pomyślał, choć nic zbytnio się nie wydarzyło. Postukał palcami o podłoże i znieruchomiał. Wokół jego palców biegły srebrne nici, takie jak między tymi światełkami wcześniej. Próbował się ich pozbyć z początku, co za skutkowało utkaniu między jego rękoma dwóch krzywych konstelacji gęsi i jednej bardzo niekształtnej kupki, które zmaterializowały się przed nim. Odkrycie w sobie tej mocy za skutkowało tym, że po godzinie siedział wykończony pracą fizyczną, jaką było plecenie gwiazdozbiorów, a do tego otaczało go pełno dziwnych tworów i obiektów podobnych do kombinacji kobzy z nektarynką. Po wielu nieudanych próbach miał przed sobą konstelację pieczonej ryby, zaś wokół biegały konstelacje kurcząt w hełmach i popiskiwały. W takim właśnie gronie dopłynął do lądu, a kiedy do niego dobił, poczuł że brak mu sił na cokolwiek i padł na trawę. Nie widział, jak statek odpływa samotnie ku horyzontowi. Natomiast wszystkie twory żywe, uzyskane z tkania, bez tkacza po prostu zniknęły. Minęły już lata od tego wydarzenia, Viktor panuje całkiem przyzwoicie nad swoją umiejętnością i właśnie skierował się ku olbrzymiemu, jego zdaniem, budynkowi znanemu jako Akademia.
Właściciel: bewarethegoldenhind@gmail.com
Monety: 5 (jest biedny, no cóż, bywa)
Punkty Umiejętności:
WYTRZYMAŁOŚĆ: 45/SIŁA: 15/SZYBKOŚĆ: 15/ZWINNOŚĆ: 25
Postać zwierzęca: Lew

Amulet: Srebrna struna w gitarze akustycznej "Erzsébet"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz