Sytuacja robiła się dosyć..niezręczna. Eshia, nie znosiła facetów, i widać to było od początku, gdy tylko zobaczyła Mercurego. Dobrze wiedziałam, że muszę go odciągnąć, by nie zrobił czegoś czego mógłby żałować. Mercury jest zbyt pewny siebie, jeśli chodzi o kobiety.. wolę nie próbować co by wyszło z relacji Mercury Eshia. Złapałam go za rękę i spojrzałam na niego porozumiewawczo. Powiedziałam, iż musimy udać się do dyrektora i szybko ruszyliśmy za bramę ogrodów.
-Twoja przyjaciółka chciała mnie zabić samym spojrzeniem. Zawsze tak ma?-zapytał żartobliwie Mercury. Mi jednak do śmiechu nie było.
-Nie cieszyłbyś się gdyby ścięła ci głowę-powiedziałam uśmiechając się złośliwie. Nadal czułam, że ktoś za nami idzie, jednak gdy się odwracałam nikogo nie było. Po chwili poczółam jak ktoś mnie chwyta i podnosi do góry.
-Jakaś leciutka!-zawołał rozbawiony. Zaczęłam bić go po plecach, jednak nic to nie dawało.
-Postaw mnie na ziemię!-krzyczałam. Ten podniósł mnie i popatrzył mi w oczy.
-Dlaczego? Nie lubisz tego? Nigdy nie miałaś nic przeciwko-zapytał z uśmiechem. Ucichłam.. na mojej twarzy pojawiły się rumieńce..czułam to..były gorętsze niż aktualna temperatura mojego ciała.. Odwróciłam wzrok i skupiłam się na zielonych liściach pobliskiego drzewa. Odstawił mnie na ziemię nadal uśmiechając się.
-Czego się szczerzysz?-warknęłam.
-Dobrze już dobrze-powiedział i przyciągnął mnie do siebie obejmując ramieniem, poprowadził do akademii.
----
Wyszliśmy z gabinetu dyrektora, był ucieszony wizytą chłopaka. Kiedy wyszłam na korytarz zetknęłam się z Eshią.
<Eshia? Mercury? Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz