Zagotowało się we mnie, jak tylko usłyszałem od Rubio, co ta moja głupia siostrzyczka wyprawia. Jak może być aż tak głupia i nieodpowiedzialna?! Wyskoczyłem z łóżka jak oparzony, zostawiając Arrow samą. Chciała krzyknąć za mną, spytać co się stało, ale wyprzedziłem ją z wyjaśnieniami.
-- Idę zatłuc twojego byłego. -- Nie pozwoliłem nawet odpowiedzieć białowłosej, ponieważ opuściłem pokój, trzaskając drzwiami, które wyleciały z zawiasów, robiąc dużo hałasu.
-- Czyś ty na łeb upadł?! -- Z dołu usłyszałem mojego najstarszego brata, Tobirayę. W minutę wspiął się po schodach i znalazł się przy mnie. -- Małych obudzisz! Dopiero co... -- Tobiś nie dokończył zdania, gdyż płacz dziecka rozległ się po pietrze. Miś spojrzał na mnie wściekłym wzorkiem. -- Dopiero co ich położyliśmy spać.
-- Sorry -- rzuciłem niedbale. Złapałem brata za fraki i zacząłem wlec za sobą z powrotem na dół. -- Idziemy. Soraya wpakowała się w kłopoty.
-- Jakie kłopoty? -- Tobiś od razu ochłonął i przybrał tą swoją "ojcowską" minę.
-- Chodzi o niejakiego Simona. To były kochaś Arrow. Jest niebezpieczny. Zagraża naszej siostrze. Z resztą, opowiem ci wszystko po drodze, a teraz się pospiesz, bo nie ma czasu.
Tak jak obiecałem, opowiedziałem wszystko Tobirayi ze szczegółami. Nie pominąłem żadnego. Arrow może i nie zdradziła mi za wiele, jednak tyle informacji nam wystarczyło, by uznać go za osobę niepożądaną w naszym domu i w pobliżu naszej jedynej siostry. Szliśmy plażą już jakiś czas. Mimo, iż jeszcze nie było południa to słońce już porządnie grzało. Tobiraya, jak tylko się dowiedział o Simonie, to przywołał do siebie swoje błyskawice. Był gotowy w każdej chwili na przemianę w gromowładnego niedźwiedzia. Ja także byłem gotów. Gościu nie ma tu czego szukać. Po kilku minutach marszu zauważyliśmy ich. Stali obok siebie, a jak na mój gust to zdecydowanie zbyt blisko o jakieś dwadzieścia kilometrów.
-- Soraya -- zagrzmiał Tobiraya, gdy już do nich doszliśmy. -- Odejdź od niego. Natychmiast! -- Jego głos, w takich sytuacjach jak ta, zaczął przypominać ten ojca, kiedy się na nas wściekał. To był znak, że nie należy z nim dyskutować, a wiać gdzie pieprz rośnie.
-- Nie będziesz mi rozkazywać. -- Soraya nie pozostała dłużna Tobisiowi. Wyprostowała się dumnie. Jej spojrzenie... Poczułem się, jakbym miał naszego ojca przed sobą. Respekt i szacunek sprawiły, że przełknąłem nerwowo ślinę, jednak nie mogłem tak dać się złamać. Jest z nas najmłodsza, powinna się nas słuchać. Powinna...
-- Masz pięć sekund na zostawienie naszej siostry w spokoju, bo jak nie, to wszystkie flaki z ciebie wypruję... -- Zrobiłem krok w stronę tego kolesia. Zmierzyłem go spojrzeniem z góry na dół. Sięgnąłem po ramię Sor, by zabrać ją od niego. Szarpnąłem, może nawet trochę za mocno, fakt, ponieważ siostra wydała z siebie cichy krzyk.
-- Pogięło cię?! Zostaw, to boli Oktay..! -- Próbowała się wyrwać, ale jej an to nie pozwoliłem. Uniosłem ją do góry, była dość lekka, a dla mnie jej waga to żaden ciężar. -- Nie macie prawa...
-- Przymknij się, Soraya! -- Tobiraya uciszył ją jednym zdaniem, co zasługiwało na podziw. -- A co się tyczy ciebie... Simon... Masz trzymać się od niej z daleka.
Nad naszymi głowami zaczęły gromadzić się, znikąd, czarne chmury. Potem niebo przecięła pierwsza błyskawica. Energia Tobirayi skoczyła mocno w górę. On nie żartował, przywołał nawet burzę.
< Simon? Reszta? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz