Starałam się nie zemdleć, ale coś było ze mną nie tak. Omal nie upadłam, jednak Simon złapał mnie w porę. Nie minęła sekunda, a chłopak wziął mnie na ręce. Oddał mi kolejną, tym razem znacznie większą część swojej energii. Z miejsca poczułam się lepiej, no ale ja nie mogę tak w nieskończoność brać od niego energię. On potrzebuje jej bardziej ode mnie. Trucizna w jego ciele przez to staje się silniejsza i trudniej będzie ją usunąć. Zaprotestowałam, nawet oddałam to, co mi przekazał, lecz Simon ponownie tchnął we mnie swoją siłę życiową.
Nazwał mnie kruszynką... Trochę nieswojo się poczułam, gdy anioł tak się do mnie zwrócił. Ale gdy znowu tak do mnie powiedział, chyba mi się nawet spodobało. Gdy mnie skrzyczał, postanowiłam zamknąć buzię na kłódkę i się z nim dłużej nie sprzeczać. Pogłaskałam ostatni raz jasnego konia, jej sierść była taka miła w dotyku. Bił od niej spokój, jakby sama swoją obecnością rozprowadzała wokół siebie harmonię.
Wokół zrobiło się już na serio ciemno i do tego chłodno, mimo, że wiatr dawno już ustał. Dzięki Simonowi, który tulił mnie do swojej piersi niczym niemowlę nie było mi wcale zimno, tylko przyjemnie ciepło. Przytuliłam swoją twarz do jego klatki piersiowej. Ciało Simona emanowało wręcz niemożliwym ciepłem, które rozlewało się po całym moim ciele. Było mi tak dobrze... Znaleźliśmy się już w moim domu. Bracia rozeszli się w swoje strony, przez co nikt nie zauważył, jak Simon wniósł mnie do domu. W pewnym momencie poczułam, jak moje serce niebezpiecznie zwalnia. Biło coraz wolniej i wolniej...Oddech stawał się coraz płytszy. Powieki same opadały na zmęczone oczy. Nie czułam już bólu, jednak nadal było coś ze nie w porządku. Później nie wiem co się działo, bo najzwyczajniej w świecie odpłynęłam. Tak po prostu. Ostatnią rzeczą jaką pamiętam to ciepły dotyk Simona, jego głos wołający moje imię i myśl o Orionie. O nich dwóch. Potem nastąpił koniec....
< Simon? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz