Soraya to ma głowę do takich rzeczy. Sam nie mogłem uwierzyć, że to wszystko się udało. Nasza krew tworzyła razem coś wyjątkowego, coś co działało jak antidotum na wszystko. Całkowicie zdrowy.. Czy to na prawdę tak będzie? Sam nie wiem, ale przekonamy się o tym później. Ciemnowłosa była widocznie zmęczona, do tego jak zauważyłem zapomniała wziąć maść na swoje rany. Westchnąłem i ubrałem koszulę po czym podszedłem do niej z lekkim uśmiechem. Chwyciłem ją za dłonie i popatrzyłem na nią, nasze spojrzenia kolejny raz się spotkały.
-Spokojnie, jesteś zmęczona. Dożo dziś dla mnie zrobiłaś. Co powiesz na wizytę w moim świecie?-zapytałem. Soraya chwilkę się zastanawiała.
-No chodź..odpoczniesz chodź trochę. Po za tym u mnie mam dużo tej maści, więc ci z chęcią pomogę.-powiedziałem uśmiechając się. Ciemnowłosa popatrzyła w dół równocześnie się uśmiechając.. czyżby myślała, że tego nie zauważę?
-Dobrze. Masz rację. Lećmy-powiedziała w końcu. Zdjęła kitel i uprzątnęła trochę laboratorium, również trochę pomogłem. Po chwili mogliśmy już lecieć.
---
Jak zawsze wylądowałem przy jednej z altan. Soraya już chciała wyrwać się z moich objęć by ponownie gdzieś się udać na obserwacje tegoż miejsca, ale jej na to nie pozwoliłem, trzymałem ją dalej na rękach.
-Simon..-zaczeła, ale nie obchodziło mnie to, że ona chce na ziemię. Uśmiechnąłem się tylko i skierowałem się do mojego domu, gdzie dopiero na łóżku ją posadziłem.
-Poczekaj, lecę do gabinetu po maść.-powiedziałem i ucałowałem ją w czoło.
<Soraya?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz