Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny. Może godzinę? Może dzień lub nawet tydzień! W końcu jednak otworzyłem oczy.
Leżałem na jednym z łóżek szpitalnych. Sala trochę opustoszała ale i tak było tu parę osób. Podniosłem się i rozejrzałem po sali. Nikt jak na razie nie zwrócił na mnie uwagi. Jeszcze chwilę odczekałem, upewniając się, że mam wolną drogę. Następnie wstałem i najspokojniej w świecie wyszedłem. Nikt nawet na mnie nie spojrzał!
Jak tylko przekroczyłem próg sali medycznej, dobiegły mnie odgłosy bitwy rozgrywającej się na zewnątrz. Podszedłem do najbliższego okna. Wyjrzałem i zakląłem siarczyście. Prędko zbiegłem po schodach, uprwniając się wcześniej, że mam swoją broń. Była na miejscu.
Wypadłem na zewnątrz przez jakieś wrota i stanąłem jak wryty. Na zewnątrz dzielnie walczyły grupki naszych, jednak w porównaniu z tymi pomiotami… Nagle jeden z Akademii, upadł na ziemię. Zaraz też do niego doskoczyłem i odbiłem mieczem dzidę przeciwnika. Jednocześnie wydarłem się do mojej sowy:
- Soren! Zmiataj do Akademii i znajdź mi jak najprędzej tego w okularkach. Mamy tu niezły syf do uprzątnięcia - w tym momencie wbiłem ostrze w jakiegoś niespełna rozumnego gościa, który zbliżył się ciut za bardzo
Może nierozsądnie było wciągać w to blondasa ale nikogo innego tu nie znałem.
< Plis... Napisz mi czy nadal chcesz ze mną pisać. Jeśli nie to spoko. Nie obrażę się. Chce po prostu wiedzieć >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz