Udało się. Zwyciężyliśmy. Pomioty zostały pokonane i to za sprawą tarczy Lilith, dowódczyni Złotej Straży. Jednak nie jej należy się cała chwała. Gdyby nie ktoś, zginęłaby daremnie. Podobnie jak cała wyspa, ale, koniec końców, wszystko dobrze się skończyło.
Narazie.
Nie jestem zadowolony z faktu, że moja młodsza siostra gdzieś przepadła. Zupełnie jak kamfora...! Sor przegięła. Nie powinna robić nic na własną rękę. Dobrze wie jakie ryzyko to za sobą niesie. Wbrew pozorom jej stan nie jest stabilny. Udało mi się pospiesznie przejrzeć w domu jej ostanie wyniki, gdy zostawiałem tam Anę. Moja żona lada dzień może zacząć rodzić. Nie ukrywam, że jestem lekko podenerwowany, ale jestem medykiem. Staram się podchodzić do tej sprawy profesjonalnie, lecz nie wychodzi mi to zbytnio. Przecież tu chodzi o moje własne dziecko!
Wracając, stan zdrowia mojej siostry znowu się pogorszył. Może po niej tego nie widać, ale nie jest za dobrze. Na pierwszy rzut oka wygląda na okaz zdrowia, pomijając te wszystkie rany, których się ostatnio nabawiła, natomiast w środku, w jej krwi dzieje się coś niedobrego. Powinna już dawno zacząć trening, jednak ona nie chce. Upiera się przy swoim.
Jak ona tak w ogóle może?!
Chce wyrzec się własnego pochodzenia! Własnej krwi...!
To coś zabija ją od środka. Z każdym kolejnym zmarnowanym dniem jej życie diametralnie się skraca. Jak każdy Dreyar posiadający Boski Gen jest bardziej podatna na choroby. Jej ciało, mimo treningów i hartowania, jest delikatne i kruche. Niczym rosnące nieopodal naszego rodzinnego domu konwalie.
Soraya powinna wreszcie zaakceptować to kim jest. Wiem, że jest jej ciężko, ale nie zmieni swego przeznaczenia. Każdy z nas podąża wytyczoną własną drogą, którą wybrali dla nas Bogowie. Taki jest porządek tego świata i kiedyś moja mała siostrzyczka to zrozumie. Zrozumie to, kim tak w rzeczywistości jest. Ale najpierw trzeba ją jakoś nakłonić do treningu na energią. To będzie trudne zadanie, ale musimy, ja, moi bracia i Ana, dać radę. Losy świata i ten Sor będą od tego zależeć.
Nazajutrz, gdy niewyspany wstawałem z kanapy w salonie, rozbudziły mnie krzyki mojej ukochanej. Zerwałem się na równe nogi i w samych spodniach, na bosaka, pobiegłem do kuchni. Ana stała w rozkroku podpierając się jedną ręką o blat wyspy kuchennej, w kałuży wody. Patrzyła w dół. Po chwili jednak uniosła spojrzenie i spanikowana popatrzyła na mnie tymi swoimi pięknymi, dużymi oczami.
-- Tobiraya... chyba się zaczęło...!
< Idą bliźniaki na świat..! >
Narazie.
Nie jestem zadowolony z faktu, że moja młodsza siostra gdzieś przepadła. Zupełnie jak kamfora...! Sor przegięła. Nie powinna robić nic na własną rękę. Dobrze wie jakie ryzyko to za sobą niesie. Wbrew pozorom jej stan nie jest stabilny. Udało mi się pospiesznie przejrzeć w domu jej ostanie wyniki, gdy zostawiałem tam Anę. Moja żona lada dzień może zacząć rodzić. Nie ukrywam, że jestem lekko podenerwowany, ale jestem medykiem. Staram się podchodzić do tej sprawy profesjonalnie, lecz nie wychodzi mi to zbytnio. Przecież tu chodzi o moje własne dziecko!
Wracając, stan zdrowia mojej siostry znowu się pogorszył. Może po niej tego nie widać, ale nie jest za dobrze. Na pierwszy rzut oka wygląda na okaz zdrowia, pomijając te wszystkie rany, których się ostatnio nabawiła, natomiast w środku, w jej krwi dzieje się coś niedobrego. Powinna już dawno zacząć trening, jednak ona nie chce. Upiera się przy swoim.
Jak ona tak w ogóle może?!
Chce wyrzec się własnego pochodzenia! Własnej krwi...!
To coś zabija ją od środka. Z każdym kolejnym zmarnowanym dniem jej życie diametralnie się skraca. Jak każdy Dreyar posiadający Boski Gen jest bardziej podatna na choroby. Jej ciało, mimo treningów i hartowania, jest delikatne i kruche. Niczym rosnące nieopodal naszego rodzinnego domu konwalie.
Soraya powinna wreszcie zaakceptować to kim jest. Wiem, że jest jej ciężko, ale nie zmieni swego przeznaczenia. Każdy z nas podąża wytyczoną własną drogą, którą wybrali dla nas Bogowie. Taki jest porządek tego świata i kiedyś moja mała siostrzyczka to zrozumie. Zrozumie to, kim tak w rzeczywistości jest. Ale najpierw trzeba ją jakoś nakłonić do treningu na energią. To będzie trudne zadanie, ale musimy, ja, moi bracia i Ana, dać radę. Losy świata i ten Sor będą od tego zależeć.
Nazajutrz, gdy niewyspany wstawałem z kanapy w salonie, rozbudziły mnie krzyki mojej ukochanej. Zerwałem się na równe nogi i w samych spodniach, na bosaka, pobiegłem do kuchni. Ana stała w rozkroku podpierając się jedną ręką o blat wyspy kuchennej, w kałuży wody. Patrzyła w dół. Po chwili jednak uniosła spojrzenie i spanikowana popatrzyła na mnie tymi swoimi pięknymi, dużymi oczami.
-- Tobiraya... chyba się zaczęło...!
< Idą bliźniaki na świat..! >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz