Nim odpowiedziałem tej młodej niewieście, zastanowiłem się dwa razy nad odpowiedzią. Nie chciałem jej niepotrzebnie denerwować, a widząc ją w takim niemrawym stanie, mogę się po niej spodziewać wszystkiego. Z całego swojego rodzeństwa to właśnie ona najwięcej odziedziczyła po ojcu. W tym trudny charakter.
-- Tak się jakoś złożyło... wpadłem w odwiedziny. No i pozałatwiać kilka spraw, sama rozumiesz... Interesy... -- Uśmiechnąłem się znacząco do Sorayi, jednak ta tylko popatrzyła na mnie przez kilka sekund, po czym ponownie skierowała swe spojrzenie na ocean.
-- Rozumiem -- odpowiedziała. -- Wybrałeś sobie nieodpowiedni czas na odwiedziny.
-- Zawsze miałem kiepskie wyczucie czasu -- zażartowałem, mając nadzieję, że choć trochę rozluźnię atmosferę.
-- Muszę iść... -- wypaliła nagle, i jak rzekła, tak też uczyniła. Po prostu obróciła się na pięcie i odeszła. Zdziwiło mnie jej zachowanie. Tak po prostu, bez żadnego pożegnania zostawiła mnie i Dantego. Co jest z ta dziewczyną? Czyżby coś się stało? Może znowu pokłóciła się z moim synem? Jak tylko dorwę tego smarkacza to mu nogi z dupy powyrywam...
-- Więc... co teraz? Idziemy do Akademii? -- Swoje pytanie skierowałem do Dantego, który patrzył na oddalającą się dziewczynę. -- Halo, ziemia do starego idioty..! -- Szturchnąłem mojego kompana lekko, a może wcale nie tak lekko w ramię.
-- Idziemy do Akademii.
-- Świetnie. Przy okazji stłukę mojego syna.
< ? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz