Narracja 3.os.
Troje mężczyzn, wśród trupów, zażartych walk, ognia i gruzu zetknęło się ze sobą w zaciętej walce. Całe szczęście, nie walczyli ze sobą. Ramię w ramię osłaniali się wzajemnie, jak na braci przystało. Wyszkoleni przez ojca, posiadając doświadczenie, które zdobyli przez lata podróżując po świecie, mogli poszczycić się wspaniałymi umiejętnościami. Jednak nie popisywali się zbytnio, bowiem ich sytuacja była nieciekawa, jeśli nie rzec fatalna.
-- Jest ich za dużo...! -- wykrzyczał najstarszy z braci, Tobiraya.
-- Nie możesz porazić ich piorunem? -- odkrzyknął Oktay, przez swoje rodzeństwo pieszczotliwie zwany Okesiem. Uchronił się w porę przed ostrzem jednego ze wstrętnych pomiotów, które chciało przeciąć go na pół.
-- Poraziłby i nas przy okazji -- Matayas, średni z braci, którego spluwa trzymana pewnie w prawej dłoni wypaliła i trafiła jednego ze stworów prosto w czoło, pozbawiając go życia. -- Dobrze wiesz, że tu nie ma miejsca na użycie magii gromowładnego niedźwiedzia!
-- Przecież wiem...! -- Okeś, niby przypadkiem uderzył swojego brata w ramię, robiąc kolejny unik. Mat już chciał mu coś powiedzieć, kiedy nagle, coś tak potężnego, że niemal ich zwaliło z nóg, rozniosło się po całej wyspie, jeśli nie jeszcze dalej. Pomioty, jak za dotknięciem magicznej różdżki zaczęły... znikać. Jeden po drugim ginęły za sprawą nieludzkiej energii, która je unicestwiała. Ta osobliwa i wyjątkowa aura była jakby... nie z tego świata. Nie mogła należeć do zwykłego człowieka.
I nie należała.
A oni doskonale wiedzieli, do kogo mogła ona należeć.
Popatrzyli na siebie jedynie przez kilka krótkich sekund, by zgodnie podjąć tą samą decyzję. Czym prędzej pobiegli w stronę Akademii, skąd wyczuwali źródło boskiej energii.
< Haaa, takie inne coś. Ktoooś? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz