21 września 2017

Od Shurimy

Odkąd pamiętam wpajano mi, że magia była najpotezniejszą siłą, zdolną przeciwstawić się nawet bogom i to niezależnie w jakich się wierzyło. Składała cały świat u stóp jej najsilniejszych użytkowników. Należałam podobno do niegdyś najpotezniejszego oraz najstarszego rodu, w którego żyłach każdego członka płynęła niezwykle silna moc. Tak, nie mieliśmy kiedyś krwi a czysta energię lub magię. Byliśmy panami tej ziemi! Jednak pewnego dnia zazdrośni bogowie zstapili z niebios na ziemie. Najpierw przeklnęli nasz ród by potem odebrać moc. I to miało tłumaczyć dlaczego coraz rzadziej rodziły się dzieci zdolne do posługiwania się magią. Nie wspominając o kimś wybitnie uzdolnionym. Takich to wcale nie było.
Z jakiś powodów moja rodzina nie zamierzała się poddać. Postanowili zawalczyć o "swoje". Chcieli powrotu tego co zapomniane. Szczerze wątpię czy faktycznie byliśmy tak potężni. Z upływem czasu wyolbrzymia się pewne rzeczy.
Wracając, jeżeli rodził się ktoś obdarzony mocą zaraz był traktowany jak najlepszej rasy zwierzę, przyszłego medalistę. Każdy miał być szansą na powrót do wielkości. Dlatego też pozbawiano ich własnej woli. Cóż... Przynajmniej póki mieli wartość. Uczono ich jak pić, jeść, stać, zachowywać się. No i oczywiście maga. To była sprawa nadrzędna. Nie wazne, że ktoś był tak wyczerpany, że niemal umierał. Widzial światełko na tamten świat. Musiał dalej ćwiczyć. Ku glorii przodków i naszej rodziny.
Dlatego znienawidziłem magię. Wraz z upływem czasu każde pokolenie stawało się gorsze, bardziej chciwe na moc, a dzieci posiadających ową moc rodziło się coraz mniej. Obłuda i szaleństwo. To na sam koniec historii mojej rodziny dominowało. Teraz nie było już nikogo. Dwie pozostałe przy życiu osoby umierały.
Mój plugawy brat gdzieś w drzewie zapieczętowany przez druidów.
A ja? Nawet nie wiedziałam gdzie gnilam. Wszędzie wokół mnie panowała ciemność. Jednak jakimś cudem pozostawałam w.pelni świadoma. Czułam dreszcze w całym ciele. Z jednej strony przeraźliwie zimno, z drugiej zaś odór śmierci. Niestety nie wiedziałam gdzie byłam. Mysle mogłam swobodnie lecz ciało odmówiło posłuszeństwa.
Czy gdzieś niedaleko jest? A jego brat? Czekaj! Zaraz!
Nagle przypomniało mi się wszystko. To, co się wydarzyło, gdzie byłam i kogo spotkałam. Mimowolnie jęknelam. Z trudem zmusilam się by przywrócić siły swojemu ciału. Gwałtownie unikałam powieki.
Leżałam na kamiennej posadzce w ciemnym lochu. Cela była niewielka. Ciemna jak najgłębsze czeluścią piekieł. Przez chwilę nie widział.nic.
Po chwili jednak dojrzałam kraty, a zza nich wartownikow niosących wielkei, futrzastych cielsko. Ren! Mimowolnie z moich ust wydobył się jęk rozpaczy. Co oni mi zrobili? Był miał w strzępach. Zakrwawione futro teraz przypominało zlepek klakow.
- Słyszałeś coś?- nagle odezwał się jeden z wartownikow. Nie widziałam ich twarzy lecz sądząc po odglosach ocierających się o siebie ubrań mogłam wnioskować, że stanęli i spojrzeli na siebie.
- Nic prócz jęków ze sto dwunastki. Odbija Ci. Pospieszny się i wrzucamy to bydle z powrotem do klatki.- rzucił drugi do kolegi.
- Właściwie to chyba pozostałe kawałki. Nieźle go załatwili t na górze- zaśmiał się pierwszy, a we mnie zawrzało. Jednak nie moglam nic zrobić. Musieli myśleć, że wciąż jestem nieprzytomna.
Szczęk zamka, głośne stęknięcia i nagle tuż obok mnie z głośnym hukiem obok mnie wylądował nieprzytomny Ten. Żył jeszcze. Czułam to. Ale siły witalne go opuszczały.
Poczekałam aż strażnicy się oddalą. Następnie przystąpiłam do badania. Niewiele mogłam zrobić. Jednak musiałam utrzymać go przy życiu. Nie zasłużył na taki los. Dla niego, dla Kishana i dla mokego serca.

Ren? Kishan?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz