Mam wyjść? Ona sobie w kulki leci, chyba! Wkurzyła mnie, hipokrytka jedna...
-- Nie po to tłukłam się tu przez pół wyspy, by teraz sobie pójść! -- krzyknęłam wściekle po chwili namysłu. Lilith nie da sobie rady, przecież to widać gołym okiem. Ta inna dziewczyna co tu jest wspomaga ją magią, jednak i ona nie wiele jak widać może zdziałać. Ja energii używać nie potrafię, a nawet jakbym umiała, to... nie wolno mi. To zakrawa pod magię, a mnie nie wolno jej używać. Każdy Dreyar ma zakaz używania magii, jedynie mój najstarszy brat Tobiraya jest zwolniony z tego zakazu. Jako strażnicy wiedzy oraz powiernicy energii nie możemy parać się sztuką magiczną.
Lilith upadła na kolana, było kwestią czasu jak zaraz padnie na posadzkę bez życia, dlatego szybko podeszłam do niej. Uklękłam przed nią, położyłam jej ręce na ramionach. Kiedy to zrobiłam poczułam coś niezwykłego. Jej energia była taka słaba, zaraz miała się wyczerpać, podobnie było zresztą z dziewczyną, która starała się leczyć rany dowódcy Lilith. Wczułam się w aurę białowłosej dziewczyny, której życie gasło. Wtedy coś we mnie pękło. Do mojego wnętrza napłynęły wszystkie smutne emocje, uczucia ludzi, którzy ucierpieli w tej wojnie.
Tyle łez...
Tyle strachu...
Tyle bólu.
Ich ból stał się moim bólem, tak samo strach. Zrozumiałam, że tak naprawdę, to boję się tak samo jak oni. Boję się tego, że moi bracia umrą, że nie będę w stanie ich uratować. Boję się, że zawiodę ich. Boję się samotności, którą ciągle wybieram za towarzysza. Nie znoszę jej, a mimo to ciężko przebywać mi z ludźmi. Zaufać komuś... Oddać. Zaraz, jest jeden wyjątek. Zaufałam, tak o z miejsca jednej osobie, której praktycznie nie znam. Zaufałam Orionowi, ale dlaczego? Przyszło mi to tak łatwo. Gdzie on w ogóle jest? Poczułam, jak do oczu napływają mi łzy. Cierpienie innych było brzemieniem, które zawsze odczuwałam. Jako empata jestem na to skazana.
Chcę pomóc tym wszystkim ludziom, sprawić, by przestali cierpieć po stracie najbliższych. Tak samo jak ja po stracie mojego małego Katsuyi i zdradzie Drake'a. To boli. Nadal. Tak bardzo...
-- Nie chcę, byście cierpieli. Nie chcę, by Cierń wygrał... -- rzekłam pod nosem łamiącym się głosem. Ciecz z oczu pociekła w dół po policzkach, serce biło mi coraz szybciej. Płuca mieszały tlen coraz chaotyczniej. -- Bogowie, wiem, że mnie słyszycie... Proszę... Błagam... Pomóżcie nam.
Pomóżcie...
I właśnie wtedy poczułam to po raz drugi, ale tym razem byłam bardziej świadoma tego, co się wokół mnie dzieje. Coś we mnie, jakby uśpione, głęboko schowane, przebudziło się. Znajoma siła rozlała się po moim ciele w tym samym momencie, kiedy w wierzę uderzył piorun. Jego energia przeszyła mnie. Posłużyła jako klucz. W jednej chwili poczułam się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie ogromny ciężar, który nie pozwalał mi w pełni się wyprostować. Otworzyłam szerzej oczy, a to co ujrzałam niemal mnie zszokowało. Wokół siebie widziała przeróżnie kolorowe, na w półprzejrzyste smugi, które łączyły się ze sobą tworząc nowe. Widziałam cieniuteńką smugę wydobywającą się z Lilith, podobną z towarzyszącej nam dziewczyny, a także, aż czarną i zimną w odbiorze, energię Xodo i Ciernia. Tak, to były linie energii. Ojciec mi kiedyś o tym opowiadał. Nie przypuszczałam, że i ja zacznę je kiedykolwiek widzieć, przecież nie zaczęłam nawet treningu... Spojrzałam na Lilith, która ożywiła się w moim ramionach. Jej energia zaczęła być coraz wyraźniejsza i silniejsza. Białowłosa popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, lecz ja posłałam jej jedynie lekki uśmiech. Potem zamknęłam oczy i dałam się ponieść energii, która se mnie wypływała. Było jej tak wiele. Ogromnie wiele! Niemal nieskończenie... Rosła i rosła, a mimo to mnie nic nie było. Obie dziewczyny będące obok mnie zostały napełnione nowymi siłami. Lilith wznowiła tworzenie tarczy, jednak tym razem pozwoliłam sobie jej trochę pomóc i naparłam na jej magię. Jako, że moja siła życiowa okazała się silniejsza, tarcza ochronna nie tylko się wzmocniła tysiąckrotnie, ale rozprzestrzeniła się daleko poza granice wyspy. Żaden pomiot nie ma prawa przebywać przynajmniej w tej części świata. Niech sam Cierń poczuje, że nie pozwolimy mu na zdobycie Eter. Niech poczuje to każdy. Każdy na całym świecie, że tyrania Ciernia zbliża się ku końcowi. Ja, z rodu Dreyarów, nie pozwolę na to by ktoś odebrał mi moją wyspę....
Ta wyspa jest i zawsze będzie moja.
Moja.
Tylko moja.
W jednej chwili puściłam Lilith. Coś, ta druga strona mnie, wydostała ze swojej klatki. Nad naszymi głowami rozległ się ogłuszający huk pioruna, zaś na moją twarz przyozdobił szeroki uśmiech. Wyprostowałam się dumnie, odetchnęłam pełną piersią, wciągając ten przepiękny zapach burzy i mordu. O tak... To jest to. To to właśnie mnie wzywa. Pora wyrównać rachunki. Zapominając kompletnie o dziewczynach podeszłam do okna, po drodze zgarnęłam swoją broń, którą upuściłam po drodze i jak gdyby nigdy nic, wyskoczyłam przez okno. Jak za zawołanie, moja smoczyca znalazła się akurat tam gdzie powinna, dzięki czemu wylądowała na jej kryształowym grzbiecie.
~ Lecimy po głowę Xodo? ~ spytał smok. Czułam jej ekscytację i chęć zabicia. Była całkiem do mnie podobna. Nagle nie wydała mi się taka zła.
~ Tak, lecimy właśnie po to. ~ Zaśmiałam się pod nosem. Po kilku minutach lotu znalazłyśmy się nad polaną na obrzeżasz wyspy. Z góry dostrzegłam Xodo, który wyczerpany próbował się wycofać. Uciec. W życiu mu na to nie pozwolę..! Zeskoczyłam z mojego jaszczura, gdy ta szykowała się do lądowania. Gdy znalazłam się na ziemi, podłożem wstrząsnął pojedynczy impuls. Powoli, skupiwszy całą swoją uwagę na pełzającym po brudnym od krwi piasku Xodo, szłam ku niemu. Gdy byłam już blisko, złapałam za chełp tego skurwiela i mocno pociągnęłam do góry. Charknął głośno, po czym zachłysnął się własną śliną.
-- Dokąd to się wybieramy? Już nas opuszczasz? Nieładnie... -- rzekłam i przełożyłam go przez ramię. Facet wywinął fikołka w powietrzu i padł jak długi na glebę. Nadepnęłam na jego przyłbicę, wgniatając te jego zapluty łeb w ziemię. -- Co się stało, już nie jesteś taki cwany? Gdzie twoje wojsko? Gdzie twój pan..?! -- wykrzyczałam. Z ogromną przyjemnością powaliłam tego pasożyta drugi raz na ziemię. Znalazłam się nad nim, i gdyby nie zdołał przechylić głowy mój prawy sierpowy zamiast w piach trafił by w jego okutą w żelazo gębę. Złapałam go za jego postrzępione łachy. -- Powtórzę to raz, więc radzę zapamiętać to gnido. Powiedz swojemu pożal się Boże panu, że ma się trzymać z dala ode mnie, od innych i od tej wyspy. Ona jest moja, rozumiesz? Moja! Wara mi od niej. Po drugie, moja odpowiedź nadal brzmi: nie. Nigdy się do niego nie przyłączę. Nigdy! A jeśli chce mnie dorwać, to niech sam się tu pofatyguje. Czekam na niego... -- Puściłam tego śmiecia. Niech zaniesie moją wiadomość do tego palanta. Oby nie zdechł po drodze.
~ Pozwoliłaś mu odejść, by dać Cierniowi do zrozumienia, że nie dasz tak łatwo za wygraną, co? ~ spytała smoczyca kryształu, lądując obok mnie. Ja patrzyłam w oddalającego się Xodo, miałam tak ogromną ochotę poderżnąć mu gardło, ale nie mogłam tego zrobić. Plan jest inny. I musi zostać wykonany perfekcyjnie.
-- Tak, taki jest właśnie plan i tego się trzymajmy. -- Zaśmiałam się pogardliwie pod nosem. Biada tym, co zechcą wejść mi w drogę. Skryłam ponownie swoje czarne jak niebo nade mną oczy pod powiekami. Adrenalina powoli mnie opuszczała, ciało stawało się coraz cięższe, serce biło nienaturalnie mocno i szybko, wręcz obijając się o żebra. Zabolało mnie w klatce piersiowej. Zakuło jeden raz, potem drugi... auć! Złapałam się za klatkę piersiową. Ból stawał się coraz mocniejszy, pojawił się tak nie wiadomo skąd...
-- Aaa...! -- sapnęłam. Nogi się pode mną ugięły i nagle wszystko ustało, jak ręką odjął. Moja mordercza Ja wróciła do swojej klatki.
Wojna skończona, jak na razie.
Nie dotarło to do mnie jeszcze... Nie dotarło, że wygraliśmy.
< Wreszcie...! Teraz piszcie, co chcecie.:D >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz