Byłam tam. Znów tam byłam. Widziałam te same wysokie na trzy hi (metry) bambusowe łodygi. Tą samą wąską i krętą ścieżkę biegnącą przez las. Znów słyszałam ciche parsknięcia konia i spokojny oddech śpiącego Yukio. Potem patrzę na niego i choć wiem co się zaraz stanie nie mogę nic zrobić. To koszmar senny. Następnie ponownie kieruje wzrok na ścieżkę.
Nagle ze wszystkich stron wyskakują postacie odziane w ciemnozielone komina z chustami na twarzy w tym samym kolorze. To po to by wśród bambusowego lasu, pozostać niewidocznym. Jak mogłam ich nie zauważyć?! Jak mogłam ich nie usłyszeć?! Nie ma jednak na to czasu. Dobywam nihontõ (katane) i rzucam się do obrony brata. Wiem, że znów przegram tę walkę. Mimo wszystko siekę przeciwników na prawo i lewo. Ich miecze nie mogą mnie dosięgnąć. Wtem czuje ostry ból. Patrzę w dół, a moja koszula przybiera kolor krwi. Nadal stoję. Nie mogą zabrać mi Yukio. Ale jest już za późno. Osuwam się na kolana. Zabrali go. A ja nie mogę nawet wstać.
Obudził mnie czyjś krzyk. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to ja. Rozejrzałam się dookoła nieco zdezorientowana.
Leżałam na jakimś łóżku. Ktoś oczyścił i zabandażował moją ranę. Ostatnie co pamiętam to jak spadam wycieńczona z konia. A potem? Nie wiem. Gdzie ja byłam?!
<Ktosieł? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz