James parzył na mnie, niczym ciele w malowane wrota. No serio, jakby był kobietą, to bym się nie dziwił. W końcu jestem boski... No ale, faceci mnie nie pociągają, a już zwłaszcza tacy, co wbijają innym nóż w plecy i zdradzają przyjaciół. Obrzuciłem kolesia obojętnym spojrzeniem, choć w środku cały się rwałem, by mu dokopać. Chciałem poczuć jego ciepłą krew na swoich rękach..
-- Oktay..., co ty tutaj robisz, znaczy... Nie spodziewałem się ciebie tutaj.. -- Biedny James zaczynał panikować, widziałem to w jego oczach. I dobrze, niech się boi...
-- A wiesz, jestem przejazdem.. tak jakoś samo wyszło.. -- rzuciłem jakby od niechcenia. Westchnąłem ciężko, jednocześnie sięgając za plecy, gdzie pod bluzą miałem moją ulubioną spluwę.Wyjąłem ją jak gdyby nigdy nic, wycelowałem w Jamesa i strzeliłem do niego. Strzał był głośny, a co najważniejsze celny. Trafiłem dokładnie tam, gdzie chciałem, czyli w prawy bark, tuż nad płucem. Automatycznie wokoło rozległy się krzyki przerażonych kobiet, a faceci zastygli w bezruchu. Krew z miejsca postrzału trysnęła, przez co sporo krwi poleciało na jedną z panienek tego sukinsyna. Chyba nie zauważyła jeszcze tego, ponieważ gapiła się na mnie, podobnie jak jej koleżaneczka, będąc śmiertelnie przerażoną.
Uwielbiam, gdy tak żałośnie patrzą.
Odepchnąłem na bok stolik, który dzielił mnie od mojej ofiary. Zafundowałem mu porządnego, prawego sierpowego w nos, z którego wystrzeliła krwawa fontanna. Facet jęknął, ale miałem to gdzieś. Bardziej zainteresowało mnie to, że nikt mi nie przeszkodził.., dziwne. Dołożyłem gościowi jeszcze parę razy, aż jego fałszywa gęba była cała upaprana, razem z jego koszulą i moją bluzą czerwoną juchą, Na koniec, bezceremonialnie, chwyciłem go za prawą nogawkę spodni i zacząłem wlec za sobą ku tylnemu wyjściu. Po drodze zatrzymałem się przy barze. Zakrwawioną, wolną dłonią zacząłem przeszukiwać kieszenie, a gdy wreszcie znalazłem kilka złotych monet, rzuciłem je na zasyfiałą ladę, tuż przed nos spasionego barmana, który wlepiał we mnie wystraszone gały.
-- Reszty nie trzeba...! -- krzyknąłem wychodząc na tyły baru.
No! To teraz zacznie się moja uciecha z Jamesem! Gościu się szarpał, wyrywał mimo odniesionych, świeżych ran, ale ja nie pozwolę mu uciec.
Nic z tego.
Puściłem kolesia, który od razu próbował nawiać czołgając się. Nie wychodziło mu to, szczerze mówiąc. Zostawiał za sobą smugę krwi, także nawet jakby mi nawiał, znalazł bym go bez problemu.
-- Ładnie to tak zdradzać przyjaciół...? Opłacało ci się to? -- spytałem, lecz nim James zdążył mi odpowiedzieć, kopnąłem go mocno w brzuch. Ten jęknął przeciągle, co było muzyką dla mych uszu. -- Zadałem ci k**** pytanie, śmieciu! -- wrzasnąłem pochylając się nad mężczyzną. -- Dlaczego nas zdradziłeś?!
James zakaszlał kilka razy, leżał twarzą skierowaną w moją stronę, przez co miałem doskonały widok na jego twarz ściągniętą w wyrazie niemiłosiernego bólu. Uklęknąłem obok niego, ręką pociągnąłem go za włosy, zmuszając go tym samym do podniesienia się. Kolejne niezidentyfikowane dźwięki wydobyły się z jego oblepionych potem, kurzem i krwią ust.
-- On... on chce.. -- facet kaszlał, nie mogąc wydobyć z siebie sensownego zdania. Zaczynał mnie powoli denerwować.
-- Co? Co on chce..? -- dopytywałem, tracąc cierpliwość.
-- On chce zdobyć.., zdobyć magię.., i wiedzę. Chce je mieć obie.... -- James spojrzał na mnie. Biła z nich prośba o litość. Nadzieja, że może go puszczę wolno..., co za idiota. -- Chodzą słuchy.., że znalazł.. jakiegoś.. strażnika korony.. Że na Eter jest wszystko.., czego potrzebuje.. -- Jego słowa sprawiły, że na moment straciłem oddech. To niemożliwe, by wiedział o strażniku. Po prostu niemożliwe...! A co jeśli.., jeśli to rzeczywiście prawda? Mój gniew sięgnął zenitu. Złapałem za szmaty Jamesa i przybliżyłem do swojej twarzy jego ledwo żywe zwłoki.
-- Gadaj co wiesz, albo przysięgam, że znajdę twoją rodzinę i ją powyrzynam, rozumiesz..? -- Zatrząsłem nim solidnie, przez co jego głowa bimbała się do przodu i do tyłu jak szalona. -- Rozumiesz?!
-- Cierń szykuje się do.. do ataku.. na Eter... -- kolo zakaszlał, a przy tym opluł mnie swoją zdradziecką krwią. -- Zamknął w świecie snów tych.. których chce mieć po swojej.., stronie..
Tyle informacji mi wystarczyło. Puściłem Jamesa, zaś ten zaorał facjatą o brudny chodnik. Wyciągnąłem ponownie pistolet z zamiarem wpakowania z tego szczyla cały magazynek naboi.
-- Proszę... nie.. Oszczędź.., mnie.. M-miej litość.. -- gościu, niczym wstrętny robal zaczął wić się pod moimi stopami, prosić o łaskę. Jednak ja uśmiechnąłem się do niego smutno. Może i bym go oszczędził, ale w takich sytuacjach jak ta, kiedy patrzę na osobę, którą mam pozbawić życia, a zaczynają dopadać mnie wątpliwości, zaczynam myśleć o moim najmłodszym braciszku Katsuyi i o mamie. Dla nich nikt nie miał litości, nie okazał współczucia. Zabito ich z zimną krwią, a mnie i Sorayi kazali patrzeć, jak giną.
-- Na tym świecie nie ma litości. Powinieneś o tym wiedzieć. -- To były moje ostatnie słowa, jakie powiedziałem do byłego przyjaciela i towarzysza broni. Strzeliłem w jego głowę z pięć czy sześć razy, pozbawiając go życia szybko. Nie jestem potworem, który lubi bawić się w nieskończoność swoimi ofiarami.
Nie jestem taki...
Krwawa posoka zaczęła formować coraz większą kałużę wokół martwego już Jamesa i mnie. Ja stałem w tym bordowym morzu krwi i patrzyłem na swoje dzieło.
Jeden cel z głowy, zostało jeszcze dwóch...
Zostawiłem tak tego zdrajcę, a sam udałem się w swoją stronę.
Pora się napić.
< I jak mi wyszło..? >
-- Oktay..., co ty tutaj robisz, znaczy... Nie spodziewałem się ciebie tutaj.. -- Biedny James zaczynał panikować, widziałem to w jego oczach. I dobrze, niech się boi...
-- A wiesz, jestem przejazdem.. tak jakoś samo wyszło.. -- rzuciłem jakby od niechcenia. Westchnąłem ciężko, jednocześnie sięgając za plecy, gdzie pod bluzą miałem moją ulubioną spluwę.Wyjąłem ją jak gdyby nigdy nic, wycelowałem w Jamesa i strzeliłem do niego. Strzał był głośny, a co najważniejsze celny. Trafiłem dokładnie tam, gdzie chciałem, czyli w prawy bark, tuż nad płucem. Automatycznie wokoło rozległy się krzyki przerażonych kobiet, a faceci zastygli w bezruchu. Krew z miejsca postrzału trysnęła, przez co sporo krwi poleciało na jedną z panienek tego sukinsyna. Chyba nie zauważyła jeszcze tego, ponieważ gapiła się na mnie, podobnie jak jej koleżaneczka, będąc śmiertelnie przerażoną.
Uwielbiam, gdy tak żałośnie patrzą.
Odepchnąłem na bok stolik, który dzielił mnie od mojej ofiary. Zafundowałem mu porządnego, prawego sierpowego w nos, z którego wystrzeliła krwawa fontanna. Facet jęknął, ale miałem to gdzieś. Bardziej zainteresowało mnie to, że nikt mi nie przeszkodził.., dziwne. Dołożyłem gościowi jeszcze parę razy, aż jego fałszywa gęba była cała upaprana, razem z jego koszulą i moją bluzą czerwoną juchą, Na koniec, bezceremonialnie, chwyciłem go za prawą nogawkę spodni i zacząłem wlec za sobą ku tylnemu wyjściu. Po drodze zatrzymałem się przy barze. Zakrwawioną, wolną dłonią zacząłem przeszukiwać kieszenie, a gdy wreszcie znalazłem kilka złotych monet, rzuciłem je na zasyfiałą ladę, tuż przed nos spasionego barmana, który wlepiał we mnie wystraszone gały.
-- Reszty nie trzeba...! -- krzyknąłem wychodząc na tyły baru.
No! To teraz zacznie się moja uciecha z Jamesem! Gościu się szarpał, wyrywał mimo odniesionych, świeżych ran, ale ja nie pozwolę mu uciec.
Nic z tego.
Puściłem kolesia, który od razu próbował nawiać czołgając się. Nie wychodziło mu to, szczerze mówiąc. Zostawiał za sobą smugę krwi, także nawet jakby mi nawiał, znalazł bym go bez problemu.
-- Ładnie to tak zdradzać przyjaciół...? Opłacało ci się to? -- spytałem, lecz nim James zdążył mi odpowiedzieć, kopnąłem go mocno w brzuch. Ten jęknął przeciągle, co było muzyką dla mych uszu. -- Zadałem ci k**** pytanie, śmieciu! -- wrzasnąłem pochylając się nad mężczyzną. -- Dlaczego nas zdradziłeś?!
James zakaszlał kilka razy, leżał twarzą skierowaną w moją stronę, przez co miałem doskonały widok na jego twarz ściągniętą w wyrazie niemiłosiernego bólu. Uklęknąłem obok niego, ręką pociągnąłem go za włosy, zmuszając go tym samym do podniesienia się. Kolejne niezidentyfikowane dźwięki wydobyły się z jego oblepionych potem, kurzem i krwią ust.
-- On... on chce.. -- facet kaszlał, nie mogąc wydobyć z siebie sensownego zdania. Zaczynał mnie powoli denerwować.
-- Co? Co on chce..? -- dopytywałem, tracąc cierpliwość.
-- On chce zdobyć.., zdobyć magię.., i wiedzę. Chce je mieć obie.... -- James spojrzał na mnie. Biła z nich prośba o litość. Nadzieja, że może go puszczę wolno..., co za idiota. -- Chodzą słuchy.., że znalazł.. jakiegoś.. strażnika korony.. Że na Eter jest wszystko.., czego potrzebuje.. -- Jego słowa sprawiły, że na moment straciłem oddech. To niemożliwe, by wiedział o strażniku. Po prostu niemożliwe...! A co jeśli.., jeśli to rzeczywiście prawda? Mój gniew sięgnął zenitu. Złapałem za szmaty Jamesa i przybliżyłem do swojej twarzy jego ledwo żywe zwłoki.
-- Gadaj co wiesz, albo przysięgam, że znajdę twoją rodzinę i ją powyrzynam, rozumiesz..? -- Zatrząsłem nim solidnie, przez co jego głowa bimbała się do przodu i do tyłu jak szalona. -- Rozumiesz?!
-- Cierń szykuje się do.. do ataku.. na Eter... -- kolo zakaszlał, a przy tym opluł mnie swoją zdradziecką krwią. -- Zamknął w świecie snów tych.. których chce mieć po swojej.., stronie..
Tyle informacji mi wystarczyło. Puściłem Jamesa, zaś ten zaorał facjatą o brudny chodnik. Wyciągnąłem ponownie pistolet z zamiarem wpakowania z tego szczyla cały magazynek naboi.
-- Proszę... nie.. Oszczędź.., mnie.. M-miej litość.. -- gościu, niczym wstrętny robal zaczął wić się pod moimi stopami, prosić o łaskę. Jednak ja uśmiechnąłem się do niego smutno. Może i bym go oszczędził, ale w takich sytuacjach jak ta, kiedy patrzę na osobę, którą mam pozbawić życia, a zaczynają dopadać mnie wątpliwości, zaczynam myśleć o moim najmłodszym braciszku Katsuyi i o mamie. Dla nich nikt nie miał litości, nie okazał współczucia. Zabito ich z zimną krwią, a mnie i Sorayi kazali patrzeć, jak giną.
-- Na tym świecie nie ma litości. Powinieneś o tym wiedzieć. -- To były moje ostatnie słowa, jakie powiedziałem do byłego przyjaciela i towarzysza broni. Strzeliłem w jego głowę z pięć czy sześć razy, pozbawiając go życia szybko. Nie jestem potworem, który lubi bawić się w nieskończoność swoimi ofiarami.
Nie jestem taki...
Krwawa posoka zaczęła formować coraz większą kałużę wokół martwego już Jamesa i mnie. Ja stałem w tym bordowym morzu krwi i patrzyłem na swoje dzieło.
Jeden cel z głowy, zostało jeszcze dwóch...
Zostawiłem tak tego zdrajcę, a sam udałem się w swoją stronę.
Pora się napić.
< I jak mi wyszło..? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz