31 maja 2017

Od Rourke "Muszę się napić"

Po wykonaniu kilku lżejszych robótek polegających na pozbyciu się kilku niewiernych przydupasów jakiegoś tam mafioza czy herszta złodziei, kto go tam wie, postanowiłem na dzisiaj skończyć pracę. Dlatego zaraz jak tylko odebrałem swoje wynagrodzenie chwyciłem torbę i udałem się na miasto.
Włożyłem do ust cygaro i je zapaliłem.
Co mogłem zrobić w wolnym czasie? Prawie całe ostatnie dziesięciolecia żyłem robotą. Zmarszczyłem brwi. Nawet nie pamiętałem czy kiedykolwiek robiłem coś dla relaksu. No może poza tymi nielicznymi spotkaniami z piękną, białowłosą Eileen.
Od razu przed moimi oczami pojawił się obraz cudownej kobiety o tak bujnych kształtach, że każdy facet na jej widok się ślinił. W tym ja nie pozostawałem wcale odporny na jej uroki.
Lśniące, o śnieżnobiałej barwie włosy spływały gęstą kaskadą aż do zgrabnego tyłeczka prawie natychmiast zawróciły mi w głowie, ale to nie wygląd był w niej najlepszy. Co to, to nie... Jej charakter był... No właśnie! Był!
Teraz gryzła ziemie od spodu. Moja jedyna miłość została zamordowana.Wraz z nią umarło także moje człowieczeństwo.
Westchnąłem.
-Muszę się napić- i z tymi słowami ruszyłam do baru Lorena na szklaneczkę whisky. Jednak coś czułem, że dzisiaj na tylko jednej się nie skończy.
***
Miałem chyba wybitnego pecha gdyż podczas tego kilkuminutowego spacerku do przybytku mojego przyjaciela zdążyłem zostać zaczepiony przez wątpliwej urody prostytutki. I to aż 3 razy. Potem jakieś młokosy chciały mnie skaleczyć. Bo raczej zabić to w nawet najśmielszych snach nie a i nawet zranić mnie to byłby cud. Żeby jeszcze umieli jakkolwiek walczyć... Phi, kolejni nędzni amatorzy. Nawet nie kłopotałem się używać broni. Po prostu połamałem im wszystkie kończyny po czym przywiązałem ich ciasno do drzewa. Niech się męczą.
No, ale ku mojej uldze dotarłem na miejsce w wyśmienitym humorze. Po moim dołku nie było ani śladu.
Postanowiłem wejść według mojego tradycyjnego rytuału. Czyli po prosty z całej siły kopnąłem w drzwi wiedząc, że polecą zapewne na drugi koniec sali jako że Loren nie kłopotał się inwestowaniem w coś mocniejszego. Dobry przyjaciel wiedział, że pewnego dnia kolejny raz zawitam u jego drzwi.
Jak gdyby nigdy nic wszedłem do głównej sali lokalu z szeroki uśmiechem na twarzy.
-Witaj Loren! Jak zawsze zapłacę za drzwi!- krzyknąłem i pomachałem znajomej, tegiej postaci piorunującej mnie wzrokiem.
-Nosz k**** mać!- usłyszałem za sobą stek przekleństw. Ten głos... Brzmiał znajomo!
-Oktay! Ty parszywa świnio!- ten wieczór robił sie coraz lepszy.

<Oktay? Arrow?>






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz