22 sierpnia 2017

Od Sorayi Cd Zen


Zen mi odmówił, czego w sumie się spodziewałam. Niemniej, poczułam zawód. Wydawał mi się uczynnym facetem, jednak jak widać, pomyliłam się. Nawet tacy geniusze jak ja czasami się mylą. Białowłosy zostawił mi swój płaszcz, aczkolwiek nie zamierzałam go zatrzymywać. Nie wiem, czy będę mieć później okazję mu go oddać.
Gdy Zen wraz ze swoim interesującym Haresem mnie zostawili, w oddali dostrzegłam Oktaya, jednego z moich braci z jakąś białowłosą dziewczyną. Energia Okesia była mocno wzburzona co mogło oznaczać tylko jedno. Jest wściekły, a to niedobrze. Bardzo niedobrze. Co ja mam teraz zrobić? Myśl Soraya, myśl!
Myśli...
Zaraz zaraz. No tak! Myśli!
~ Jesteś tam, prawda? Słyszysz mnie? ~ Zamknęłam oczy, by móc się lepiej skupić. Od razu wyczułam obecność mojej smoczycy. Jest już dorosła. Jej zdolności, skrzętnie przez nas ukrywane, także się w pełni rozwinęły. Kazałam jej trenować z dala od Akademii, na wyspach nieco oddalonych od Smoczych. Dlatego omijałam zajęcia. Nie mogłam na nie się stawić bez smoka.
~ Jestem Sorayo. Zawsze jestem ~ odpowiedziała mi krysztalica. ~ W czym ci pomóc?
~ Zabierz mnie stąd. Błagam...
~ Już do ciebie lecę. ~ Nie minęła minuta, a szklana powłoka kopuły, która wznosiła się nad ogrodem zaczęła pękać, łamać się, aż olbrzymie odłamki szkła runęły na ziemię, niszcząc unikatowe, rzadkie oraz niezwykle cenne rośliny. Elficcy ogrodnicy nie będą z tegoż faktu zadowoleni. Cóż, smoczyca postarała się o wielkie wejście, jak zwykle zresztą. Wylądowała tuż obok mnie, zasłaniając tym samym Oktayowi, który już był blisko. Jak nic zabrałby mnie siłą z powrotem na oddział, a tego nie chciałam. Nie mogłam tam wrócić. Bracia powinni skupić się na toczonej właśnie bitwie, nie na mnie. Wtedy byłam jedynie przeszkodą, dlatego musiałam zniknąć. Dzięki temu także ich obroniłam. Skupią się na ważniejszych rzeczach. Poza tym, Tobiraya powinien w pierwszej kolejności zadbać o Anę. Była w szóstym miesiącu ciąży, a znając jej charakterek, pewnie jeszcze nie raz da mu popalić. Ana, dawnośmy się nie widziały z moja szwagierko.
Na tyle szybko, na ile pozwalały mi moje siły, wdrapałam się na kryształowego stwora, który pomógł mi w dostaniu się na jej grzbiet. Zjechałam po gładkiej powierzchni, by ukryć się choć trochę w zagłębieniu szyjnym. Przytuliłam się do smoczycy, której kryształowa skóra była wyjątkowo ciepła. Zaczęła mnie natychmiast ogrzewać, dzięki czemu nie trzęsłam się już tak bardzo. Płaszcz i prześcieradło zsunęły się ze mnie i poleciały, by dołączyć do ruin szklanej kopuły. Moje nagie ramiona i plecy zostały okryte jedynie warstwą z rozwianych na wszystkie strony świata włosów.
Smok poszybował w górę, zostawiając za sobą chaos i mego brata. Choć moja decyzja o ucieczce była nagła to wiedziałam, że zrobiłam dobrze. Odciągnęłabym od Akademii część wrogiego wojska, moja smoczyca uporałaby się z pomiotami, zaś niedobitki, które jakimś cudem za mną podążą, zginą w podziemiu. Tam żadna czarna magia nie ma prawa bytu. Jaszczur przeleciał nad murem, który okrążał całą Akademię, a gdy chciałam spytać jak on się tu znalazł, smok pokazał mi w myślach jak to zrobiła i dlaczego. Tak jak się spodziewałam, kryształowy mur będzie nie do przebicia przez pomioty, demony, ludzi, czy samego Ciernia. Smoczyca doskonaliła swoje umiejętności od kilku miesięcy, a w połączeniu z moją energią i umysłem będzie nie do sforsowania.
~ Świetnie się spisałaś.
~ Jak zawsze... ~ odpowiedziała mi w myślach tonem pełnym wyższości, ale również czułości. ~ Gdzie teraz?
~ Do mojego domu. Muszę wziąć stamtąd kilka rzeczy.

***

Gdy dotarłyśmy na wybrzeże, pomiotów już tak nie przybywało. Było ich coraz mniej, zapewne wszystkie ruszyły w kierunku centrum wyspy. Zapewne będą chciały otoczyć gmach Akademii, zmęczyć naszych wojowników i utorować drogę nowym oddziałom. Mądre, ale przewidywalne. Z pewnością nadchodzące wojska Ciernia są o wiele silniejsze niż te, które uderzyły teraz na Eter. Smoczyca wylądowała przed tylnym wejściem do mojego domu. Pomogła mi zejść ze swojego grzbietu. Jak tylko stanęłam na własnych nogach, niemal od razu upadłam. Wciąż nie za dobrze się czułam, jednak zawroty głowy powoli ustępowały. Gdyby tak samo było z moim osłabieniem... Od tamtej pory nic już nie chroniło mnie przed zimnem, które uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Trzęsąc się niczym galareta, podreptałam przez wydmy do tylnego wejścia. Całe szczęście, że schowałam zapasowe klucze pod doniczką. Z trudem schyliłam się, uważając przy tym na szwy na plecach. Nie obyło się bez zakłucia bólu, jednak po kilku minutach męczarni w drżących dłoniach trzymałam pęk kluczy. Minęły kolejne minuty, kiedy mozolnie otwierałam każdy zamek po kolei. Że też zachciało mi się dodatkowych zamków! Powinna byłam zainwestować w technologię, ale nie... Wybrałam tradycyjne sposoby zamykania. Jak tylko uporam się z nadchodzącą armią Ciernia zajmę się tymi cholernymi zamkami. Po niekończącej się męce z kluczami, wreszcie dostałam się do domu, zamykając za sobą z trzaskiem drzwi. Czułam się fatalnie, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię potrzebną do życia, co w sumie nie było takie dalekie od prawdy. Mało krwi w moich żyłach krążyło, co było przyczyną większości dolegliwości. Ale spokojnie. Zaraz poczuję się lepiej. Muszę tylko dostać się do laboratorium, do zapasów leków przewidzianych na właśnie takie sytuacje, w jakiej teraz jestem. Tak, właśnie tak. Mam w domu woreczki z krwią! Nie pytajcie po co. Po prostu przezorny zawsze ubezpieczony, jednak nie tego chcę akurat teraz użyć. Nie mam tyle czasu, by przez kilka godzin leżeć podpięta pod kolejną maszynę. Jakimś cudem udało mi się przemierzyć całą drogę do laboratorium szybciej niż się tego spodziewałam, jednakże ból z ran na plecach dawał o sobie znać coraz częściej. Dysząc, dopadłam do drzwi pomieszczenia, po czym je otworzyłam. Starłam pot z czoła, który paroma kroplami przyozdobił moją głowę. Niczym spragniony wędrowiec, dopadłam do odpowiedniej szafki, jakby ta była cudowną oazą na środku gorącej pustyni. Zaczęłam przeszukiwać kolejne półki, by znaleźć to, po co tu przyszłam. Po kolejnej długiej chwili w moje niemal sine ręce wpadły fiolki, tak usilnie przeze mnie poszukiwane. Wyjęłam to, co znalazły ręce ostrożnie, w końcu to ostatnie próbki z tym roztworem, jakie udało mi się stworzyć. Było ich dokładnie cztery i każda na wagę złota. Przynajmniej dla mnie. Zastygłam w bezruchu, patrząc na przejrzyste fiolki, w których iskrzyła się ciemna, burgundowa substancja. Nie powinna byłam robić tego, co aktualnie zamierzałam, jednak nie miałam wyjścia. To jedyna słuszna droga. Mój stan i tak był już fatalny. Powrót do pełnej sprawności zająłby mi przynajmniej kilka tygodni, więc... Co mi szkodziło zaryzykować? Westchnęłam ciężko, podejmując trudną decyzję. Mam plan, jego etapy przemyślałam i przeanalizowałam wystarczająco dużo razy. Nie dam się wziąć żywcem. Jeśli Cierń chce mojej osoby, będzie musiał się osobiście pofatygować. Ja tanio skóry nie sprzedam.
Zamknęłam szafkę, po czym wstałam powoli podpierając się o blat. Rozejrzałam się po wnętrzu mojego zagraconego laboratorium, jakbym robiła to ostatni raz. Kolejne westchnienie wydobyło się z moich ust. Spuściwszy głowę na dół, opuściłam labo i podążyłam w stronę wielkich schodów, by dostać się do mojej sypialni. Szłam powoli, krok za krokiem, stopień za stopniem. Gdy dotarłam do swojego pokoju pot ponownie przyozdobił moje czoło. Podpierając się ściany dostałam się do środka i niemal od razu doczłapałam do szafy z ubraniami. Otworzyłam ją, zaczęłam powolutku przetrząsać znajdujące się w niej sterty ubrań. Znalazłam mój stary podkoszulek, który zazwyczaj służył mi za piżamę, oraz brązową kurtkę ze smoczej skóry. Spróbowałam podnieść się z podłogi, no ale nie udało mi się to. Zawroty głowy powróciły, tak samo jak mdłości. Oparłam się bokiem o łóżko, przymykając na moment oczy, które coraz trudniej utrzymywałam otwarte. Nie. Nie wolno mi teraz spać. Muszę pomóc braciom, Akademii. Ochronić tych na których mi zależy.
Ochronić Oriona.
Nie wiem dlaczego, ale gdy o nim myślę to moje serce dziwnie przyspiesza. Do głowy wkradają się wspomnienia naszego pocałunku. Poczułam jak na moją twarz wstępują rumieńce. Co się ze mną dzieje? Najwyższa pora się ogarnąć. Jeszcze raz spróbowałam wstać i tym razem udało mi się. Powoli, w ślimaczym tempie usiadłam na łóżku. W szpitalu zakazano mu podnosić ręce, jednak jakoś muszę się ubrać, prawda? Zanim się za to wzięłam, odkorkowałam jedną fiolkę i wzięłam maleńki łyczek. Smak tego ekstraktu był jak zwykle obrzydliwy, aczkolwiek ulga w bólu była niemal natychmiastowa. Ból zelżał na tyle, że mogłam poruszyć bez problemu ramionami. Cuda postępującej medycyny, tak większość by nazwała owe serum, jednak jest to tylko, jakby to ująć, prototyp. Nietestowany lek. Moje najnowsze dzieło. Chciałam je jeszcze przetestować, a gdyby wyniki były zadowalające, to przesłałabym to Adris, by podawała je rannym na oddziale szpitalnym. Lecz u progu wojny, nie ma czasu na serie próbne. Liczyła się każda cenna sekunda. Jeśli serum okazałoby się niedopracowane, najwyżej moje ciało uległoby sparaliżowaniu na jakiś czas. Cóż, byłam w stanie ponieść to ryzyko, ale jak dotąd czułam się nieźle, bóle też ustały. Oby tak pozostało. Gdy upewniłam się, że jestem władna mało wiele ruszać nogami, a co najważniejsze rękami, ubrałam na siebie koszulkę ze sporym dekoltem i na to moją starą kurtkę. W jej zamaskowanych kieszonkach wciąż były ukryte zapasowe magazynki z nabojami. Kompletnie ubrana, wyszłam z pokoju po drodze zahaczając o jedne z drzwi. Odkąd wróciłam na Eter nie otworzyłam ich ani razu, jakoś nie mogłam się przemóc. Jednakże teraz... coś mnie ciągnęło w stronę tego zamkniętego pomieszczenia. Patrzyłam przez chwilę na drewniane drzwi. Wiedziałam, że z jednej strony marnuję czas, ale z drugiej, tęskniłam na NIM. Tak bardzo... Ręką sięgnęłam do klamki. Moje lekko drżące palce spoczęły na chłodnym metalu i przekręciły go szybko. Pchnęłam drzwi, a do moich nozdrzy dostał się drażliwy zapach oraz drobiny kurzu. Zakaszlałam kilka razy. Przekroczyłam próg pokoju, który kiedyś należał do mojego najmłodszego brata, Katsuyi. Na samo jego wspomnienie coś boleśnie zakuło mnie w klatce piersiowej, tak mocno, że aż złapałam się za serce. To wciąć bolało. Bardzo. Nie mogłam. Musiała wyjść z tego pokoju, bo inaczej szlak by mnie trafił. To nadal tak cholernie bolało..! Zamknęłam za sobą z hukiem drzwi. Wyszłam na korytarz i podążyłam do schodów, by zejść na dół do laboratorium. Czułam jak moje dłonie drżały, jak odpływa z nich resztka krwi, sprawiając, że stawały się sine. Nie, nie Soraya. Opanuj się! Nie daj się, pokonasz to! Nie myśl o tym. Skup się na rzeczywistości. To ona jest teraz najważniejsza. Na bosaka zeszłam po chodach, skręciłam do gabinetu, który przerobiłam na tymczasowe laboratorium. Z niego, przeszłam do kolejnego pomieszczenia, znacznie większego, które posiadało zejście do piwnic, no i tajne wyjście z podziemnych tuneli rozciągających się pod wyspą. To pomieszczenie to taka prowizoryczna zbrojownia, lub w tym przypadku bardziej adekwatną nazwą byłoby składzik na broń. Zapaliłam światło. Bez większego zastanowienia sięgnęłam po moje ulubione RGP Machy 5. Te cudeńka jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Włożyłam pistolety w odpowiednie kieszenie w spodniach i sięgnęłam po ostatnie dwie bronie. Po dwa samurajskie miecze, których czarne wypolerowane ostrza lśniły gotowe do poderżnięcia gardeł.

***

Na dworze panowała już noc. Szum fal oraz lekka morska bryza łagodziły moje nerwy i przynosiły duszy ukojenie. Stałam sama, na plaży. W towarzystwie zachmurzonego nieba. W powietrzu unosił się elektryzujący zapach burzy i słonawa woń morza.. Wciągając go czułam, jak wszystkie włoski na ciele stawały mi dęba. Adrenalina pomagała krwi szybciej krążyć w żyłach. Miałam jej w sobie mało. Dlatego wciąż byłam rozkojarzona, w głowie mi się kręciło. Mimo to wszystko, ja wciąż tam stałam. Wiatr rozwiewał delikatnie moje rozpuszczone długie włosy. Wstążkę mamy miałam zawiązaną na ręce, mój szczęśliwy amulet. Jednak tym razem ubrałam jeszcze jeden, czyli medalion, który dzięki dekoltowi aż do połowy żeber był doskonale widoczny. Srebrny wisior spoczywał w zagłębieniu między moimi piersiami.
Czekałam.
Wyczuwałam zło nadchodzące ku wyspom z oddali. Było już niedaleko, coraz bliżej. Wyszłam mu na przeciw. Nie bałam się nadchodzącego zła, ponieważ miałam już nieprzyjemność poznać jego źródło. Byłam sama. Tylko ja, morze i moje myśli, które krążyły wokół wybranych osób. Moja rodzina, ta jej część, która ocalała także stanęła do walki. Wyczuwałam ich, rozdzielili się. To mądre z ich strony. Winry, dziewczyna, która stała mi się bliska niczym siostra, której nigdy nie miałam. Parszywy Drake, którego w głębi serca, tak czarnego jak moje oczy, nadal kochałam jak brata. Amarisa, Naxia, Reo, Kaio, Ikou... to jeszcze mały chłopiec, dziecko. No i Orion. Jedna wielka, chodząca niewiadoma. Jego imię skądś znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie je słyszałam, a słyszałam na pewno. Orion... Ta wyprana z wszelkich emocji twarz i oczy, które go zawsze zdradzały. Jest niczym ocean, spokojny i opanowany. Jednak gdy się denerwuje zamienia się w pustoszący wszystko sztorm. Siłę nie do zatrzymania. Tajemnicę, którą chciałam rozwiązać. Chciałam choć raz jeszcze ujrzeć te jego niby obojętną twarz, poczuć dotyk jego dłoni, ciepło jego ciała. Poczuć prawdziwy spokój. Ale wiem, że mnie on nigdy nie będzie dany. Zbrodniarze i mordercy nie zasługują na spokój i szczęście. Moje miejsce to najgłębszy zakątek na dnie piekła.
Westchnęłam przeciągle, jednocześnie zamykając oczy. Drżenie rąk powoli ustawało, moją twarz przyozdobiła typowa dla mnie maska obojętności i wyniosłości. Gdy otworzyłam ponownie swoje oczy spojrzałam przed siebie, w kierunku z którego nadejść miała już niedługo wroga armia. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam się tak jakbym żegnała się ze światem. Niemniej jednak, byłam gotowa na powitanie. Xodo, czekam na ciebie.


< Po wielu mękach, bólach i nie wiem co jeszcze, jest coś ode mnie. Długie, wiem, ale takie być musi. Za jakiś czas wyjaśni się dlaczego. Kto chce, może odpisać. Byłoby mi bardzo miło. >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz