27 sierpnia 2017

Od Devonshire

Te nędzne dwunogi są tak żałosne w tych czasach, że nawet wojny nie umieją prowadzić, co było kiedyś przecież ich żywiołem. Tłukli się to na lewo, to na prawo bez jakiegoś szczególnego powodu. No bo, że ktoś komuś żonę ukradł to raczej wina faceta iż nie przypilnował swojej białogłowej. Nawet chronić jej nie potrafił. A jak nie chciała wracać do swojego "kochanego" mężusia jego problem. Niech sobie kobieta żyje jak chce. Ach ci przygłupi dwunożni śmierdziele. Teraz do niczego się nie nadają. Szczególnie ten... ten cały Drake albo ci bracia Drayar.
Nie mam pojęcia jak oni przetrwali tyle czasu bez cudownego i wspaniałego  mnie, zbawcy rasy śmierdzieli. Ale dobra, teraz bez żartów.
Ci debile nawet nie zauważyli kiedy naga dwunożna dziołcha leciała sobie na swoim smoku po niebie jak gdyby nigdy nic. Jak dla mnie -
Widok przedni gdyby nie te paskudne rany na plecach. Jednak poza tym ciałko miała w porządku.
Ech wracając do tematu -  oczywiście przez ignorancję tej uszkodzonej rasy musiałem ruszyć swoje cudowne kopytka do najbliższego miasta
i wykonać parę nadprogramowych prac. Wiecie co ujrzałem w osadzie?
Śmierć, krew, ból, smród, czerń. Wszędzie panoszyły się te gówna Ciernia. Swoją drogą nawet mi imponuje. Tylko jeden człowiek, mała jednostka,
a ile chaosu. W sumie... Lubię zamieszanie. Przynajmniej nie jest nudno.
Może opowiem wam ciut dokładniej jak to wszystko wyglądało jako żę pewnym jest to, że dwunogi za dużo wam nie powiedzą skupione na własnych dupach.
***
Był zwyczajny, nudny poranek w akademii. Jak zawsze szwendałem się po ogrodach w poszukiwaniu jakiegoś smacznego śniadanka. Nie chciało mi się schodzić do kuchni. Jeszcze by mi dali paszę dla konia. Co jak co, ale szanujmy się trochę. Poza tym mam po niej wzdęcia. Wracając... Spacerowałem wokół jakiegoś kwietnika po wschodniej części szkoły usiłując wyłapać  kwiatek.
"Nosz na śmierdzące dwunożne bestie! Chyba wszystkie lepsze już zeżarłem." Pomyślałem nieco zmartwiony. Byle gówna jeść nie będę - m się rozumieć.
Chyba od zawsze byłem nieco wybrednym pegazem.
Nagle coś mnie tknęło. Wiecie... Takie dreszcze ni z tego, ni z owego. Takie co to mogą nieźle przestraszyć. Oczywiście nie wiedziałem na początku nic
o żadnym ataku, a co dopiero wojnie! Dlatego postanowiłem odszukać moją czcigodną panienkę. Długo szukać nie musiałem. Nawet wcale. Prawie natychmiast otrzymałem od niej wiadomość w myślach.
"Shiro? Słyszysz mnie?"
"Tak moja pani" Jak ja uwielbiałem jej głos, nawet w głowie. Choć czasami jej moc doprowadzała mnie do ostrej migreny. Nie mogłem jej jednaka przyprawić więcej zmartwień.
"Poczułeś to, prawda? Coś się dzieje. Proszę, udaj się do miasta. Nikt jeszcze chyba nie wyczuł zagrożenia. Ja ich powiadomię" I urwało. To rozmowa skończona. Nach, szkoda. Jak mnie poproszono, tak też zrobiłem. Pobiegłem do legowiska dwunożnych tępaków by poratować im trochę te tłuste tyłki.
***
Kiedy byłem na miejscu pomyślałem tylko dwa słowa "Ja pierdole". To był jakiś horror! Wszędzie krew. Te potwory zabijały wszystko, co tylko się znalazło w ich zasięgu. Istna rzeźnia. Nie mogłem tego taka zostawić.
Nawet te pełzające pasożyty zwane przez starsze odpowiedniki dziećmi! Czym prędzej ruszyłem w stronę właśnie uciekającej grupki. Kilka naprawdę małych glutów było prowadzone przez jakąś dziewczynę.
Przy okazji zostałem niemal stratowany przez biegnącego smoka! Komiczny widok. I może bym się śmiał, gdyby nie okoliczności. Mignęła mi fioletowa furia przed oczami razem z zielonymi włosami w ramionach. Kierowała się w stronę akademii. Cholera! Brat panienki!
Musiałem jednak najpierw wykonać zadanie. Z całej siły zrobiłem potworowi "z kopytka wjeżdżam" czym powaliłem go na ziemię. Natychmiast rozłupałem mu głowę.
-Wskakujcie dzieciarnia na mój grzbiet - ryknąłem w ich mowie co bardzo mnie rozdrażniło. Nienawidziłem takiej komunikacji, ale telepatia mogłaby im usmażyć móżdżki.
-Spokojnie maluszki. Ten kucyk zabierze was w bezpieczne miejsce. Pamiętacie opowieść o kucyku Suzy? To jej braciszek- uspokajała dziewczyna gluty. Teraz mogłem się jej przyjrzeć.
Wyglądała strasznie krucho. Długie czarne włosy teraz były mokre od krwi. Tylko nie wydawała się ranna. Na jej białej jak śnieg skórze nie było ani jednej ranki. Jak to możliwe w takich...
Zaraz... Kucyk... ŻE CO KURNA!?! CO TA DWUNOŻNA SOBIE MYŚLAŁA DO JASNEJ...
-Ty...- usłyszałem cichy syk. Jak tylko spojrzałem na nią moja krew zastygła. Te oczy mógł mieć tylko najgorszy demon. Zaraz jak tylko załadowała mi bachory na grzbiet pobiegłem w bezpieczniejsze miejsce. Mój mózg mówił tylko jedno "Uciekaj". I to nie chodziło o pomioty Ciernia. Ta dziewczyna...
-Panie Kucyku... Emilily nic się nie stanie prawda? - Któraś kluska odezwała się. Już miałem odpowiedzieć skąd mam kurna wiedzieć gdy uświadomiłem sobie, że to o dziewczynę chodzi. Raczej nie próbowała się ratować. Ogarnęło mnie czyste przerażenie. Jakim ona potworem była. Krew w moich żyłach i mózg jasno mówiły. Była większym zagrożeniem niż te potwory.
***
Gdy dotarłem do "azylu" pierwszą rzeczą jaką zrobiłem był głośne rżenie i wrzask w ludzkiej mowie.
-ZABIERZCIE ODE MNIE TE POMIOTY SZATANA- kto by pomyślał, że te "nieszkodliwe" robaki mogą być tak straszne. Nienawidzę śmierdzących dwunogów i ich bachorów.

Ktoś? ( (-_-) Rozdział taki średni, ale też nijako zapowiedź)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz