Czas mijał. Noc stawała się coraz ciemniejsza, mroczniejsza. W powietrzu unosił się zapach śmierci. To straszne. Przyszło nam żyć w tak niebezpiecznych czasach. Przyjaciele okazują się wrogami, zaś sprzymierzeńcy zdrajcami. Świat nigdy nie uwolni się od wojny. Ona jest wpisana w życie naszego świata, jak i wszystkich pozostałych. Nawet Bogowie toczą między sobą wojny. Ostatnia taka miała miejsce wieki temu, a jej powodem był mój przodek.
Lek działał, jak na razie, bez zarzutu. Ból był niemalże niewyczuwalny, jedynie senność i zawroty głowy odczuwałam raz mocniej raz silniej. Zniosę to bez problemu. Gorzej będzie, jak serum przestanie działać. Nie wiem jak zareaguje na to moje ciało. Zakładam już każdy scenariusz. Dla braci jestem w stanie zrobić wszystko. Absolutnie wszystko. Nie ma takiej przeszkody, zlecenia, wroga, którego dla nich bym nie pokonała. Niech tylko ktoś spróbuje tknąć moją rodzinę. Drugi raz tego nie podaruję. Nic mnie nie powstrzyma. Ja nie powstrzymam swojej drugiej strony... Ścisnęłam mocniej swój pistolet w lewej dłoni. Wyeliminowałam niemal wszystkich, którzy mieli coś wspólnego ze śmiercią mojej rodziny, jak i spiskowaniem przeciwko zmarłemu królowi. Tylu zabitych... Po jednej, jak i po drugiej stronie. Śmierć zbierała swoje żniwo gdziekolwiek się pojawiłam. Czuję się jak jej osobisty posłaniec. Jej prawa ręka. Wykonawca wyroków wydanych przez samego diabła. Jestem przeklęta.
W oddali słychać krzyki, zawody, płacze. Chaos ogarnął już całą wyspę. Pomioty zniszczyły większą jej część i wciąż próbują dostać się do Akademii, jednak nie mają szans. Kryształowy mur jest praktycznie niezniszczalny. Wiatr wieje coraz mocniej zabierając ze sobą odór krwi i wypalonych zgliszczy. Rozwiał mi włosy, które powiewały lekko z każdym podmuchem. Czuję niespokojną i wrogą energię wszędzie. Sprawia, że mam ochotę skulić się, ukryć gdzieś, jednak nie wolno mi tego zrobić. Mam zadanie, misję, którą poprzysięgłam wykonać. Nic mnie od tego nie odwiedzie. Tkwię w tym tak głęboko, że nie ma już dla mnie żadnego ratunku. Walczę już nie o swoje dobro, lecz o dobro innych, ponieważ dla mnie jest już za późno. Westchnienie wydobyło się z moich ust. Tak, już niedługo przyjdzie mi zapłacić za wszystko, co zrobiłam. Dlatego teraz, nie mam już zamiaru się powstrzymywać. Wykorzystam wszystkie swoje asy w rękawach, nawet te, których za wszelką cenę chciałam zataić, zapomnieć. Spojrzałam w prawo, w stronę Akademii. Luna ognia była na swój sposób piękna, ale...
Moje serce zamarło. Coś jest nie tak i to bardzo. Mroczna energia zaczęła się rozpraszać, przemieszczać w inne miejsca, no ale jak to?! To znaczy, że nie przyjdą tędy, a od strony portów. Nosz cholera jasna..! Obróciłam się na pięcie, dzięki czemu moje skórzane buty zakopały się jeszcze bardziej w plażowym piasku. Zamknęłam oczy, by móc się lepiej skoncentrować. Uderzyła mnie gwałtowna fala obcych mi energii. Zawsze tak było, gdy otwierałam swój umysł na otaczający mnie świat. A jednak, wojska Ciernia zmieniły kierunek. Niedobrze. Muszę być tam przed nimi inaczej mój plan czeka totalne fiasko! Nie tracąc ani sekundy, pognałam biegiem w stronę Akademii. Muszę pomyśleć co teraz mam zrobić, pozmieniać niektóre fazy mojego planu. Z jednej strony dopuszczałam to do wiadomości. Dlatego nie wszystko jeszcze stracone, wystarczy, że zjawię się tam przed przybyciem Xodo.
Biegłam szybko na tyle, na ile pozwalało mi moje zdrętwiałe ciało. Tyle tygodni spędzonych we śnie zrobiło swoje. Nie mogę już polegać na swoim wytrenowanym i rozciągniętym ciele, jednak jakoś muszę sobie poradzić. Dlatego przyspieszyłam, zmuszając mięśnie do katorżniczej pracy. Dobiegłam do wioski, akurat w momencie, w którym jakiś pegaz strząsał z siebie gromadkę wystraszonych i przerażonych dzieci. Dysząc, podbiegłam do nich i pomogłam im zgramolić się z grzbietu zwierzęcia, które było jawnie niezadowolone. Nie no, nie mogę tak zostawić tych maluchów. Mimo iż pegaz przyprowadził je w mało wiele bezpieczne.
-- Spokojnie, tylko spokojnie. -- Mój opanowany i łagodny głos sprawił, że dzieciaki się nieco uspokoiły. Pegaz zarżał głośno, nieco groźnie i jakby ostrzegawczo, jednak sama wiedziałam przed czym zwierze chciało mnie ostrzec. Obróciłam się szybko, zasłaniając sobą dzieci i jednocześnie unosząc przed siebie wyprostowaną lewą rękę, w której non stop trzymałam broń gotową do użycia. Strzeliłam dwa razy, zabijając dwa pomioty, które się do nas zakradły. Potem nadeszły jeszcze trzy pokraki uzbrojone w stępione ostrza. Jak na złość zakręciło mi się głowie, przez co omal się przewróciłam, ale złapałam równowagę dzięki Bogom. Mimo zagrożenia, moja twarz nadal jest spokojna. Nie zdradza żadnych emocji, bo po co? Pomioty to stworzenia zrodzone z czarnej magii, ani trochę nie jest mi ich szkoda. Gdy jeden ze stworów zamachnął się na mnie, wykonałam unik, obróciłam się wokół własnej osi i zadałam cios kopniakiem żałosnej pokrace, która ośmieliła się podnieść na mnie swoją ohydną łapę. Strzeliłam do kolejnego pomiota trafiając go w głowę, zaś do trzeciego strzeliłam cztery razy. Oba padły od razu. Na koniec został jeden. Do niego podeszłam powoli i jak gdyby nigdy nic, posłałam w jego obrzydliwą gębę dwie kule. Zręcznie wyrzuciłam opróżniony niemal magazynek i sięgnęłam po kolejny do kieszeni kurtki.
-- Posłuchajcie mnie teraz -- podeszłam i uklękłam przy płaczących szkrabach. -- Nie bójcie się, wszystko będzie dobrze. Te potwory już nic wam nie zrobią -- powiedziałam łagodnym tonem. Na koniec uśmiechnęłam się do dzieciaków. Najmniejszemu chłopcu o brązowych oczach przyłożyłam dłoń do okopconego policzka, ścierając przy tym jego łzy. Do niego uśmiechnęłam się cieplej, jednakże przeniosłam spojrzenie na najstarszego chłopca. Mógł mieć góra z jedenaście lat. -- Wyglądasz na silnego młodzieńca. Nie bój się, pokaż jak dzielny jesteś. Zaopiekuj się nimi, ukryjcie się i nie wychodźcie z kryjówki. Ktoś po was przyjdzie, gdy rozprawimy się z tymi potworami. -- Chłopak otarł swoje łzy rozmazując brud na swojej bladej buzi jeszcze bardziej. Pokiwał mi głową na zgodę, dlatego poczochrałam go po jego osmolonej czuprynie. Dzieci były ranne, dlatego opatrzyłam je szybko i na tyle dobrze, na ile byłam w stanie. Gdy odchodziłam jeszcze raz zwróciłam uwagę na czarnego pegaza, który od samego początku obserwował moje działania. Odchodząc nagle poczułam się strasznie słabo. Oparłam się o najbliższą ścianę zawalonego budynku, osuwając się na kolana. Wysiłek, do którego się zmuszam szkodzi mi, ale muszę to wytrzymać. Muszę pomóc innym.
-- Pegazie, jeśli jesteś władny, ochroń te dzieci. Ja muszę iść dalej... -- Spojrzałam na to cudowne stworzenie z powagą, ale i jednocześnie z szacunkiem. Pegazy to szlachetne stworzenia, bardzo honorowe. Dlatego jako dziecko zawsze je podziwiałam. Dźwignęłam się siłą, z problemami do góry i podążyłam dalej w stronę miasta, do Akademii.
< Pegazie??? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz