Uśmiechnąłem się do Alory nikło. Czułem radość, szczęście, ale też... smutek... Smutek, widząc ją w takim stanie, smutek, wiedząc w głebi serca, że cierpi. Przytuliłem ją delikatnie.
- Nigdy więcej nie pozwolę żeby stała Ci się krzywda... - wyszeptałem jej czule do ucha.
- A... i... - dodałem, odsuwając się od niej na trochę. Spojrzałem na nią z góry. - Czemu nie mówiłaś o truciznie? - spytałem. Widząc wyraz twarzy Alory, wiedziałem, że nie będzie chciała mi powiedzieć, wiedziałem, że się tego... wstydziła?
- No... Em... - już miała, chyba, powiedzieć dla mnie, gdy usłyszałem Adris z jakże ważną informacją, którą była: "Pięć minut minęło". Teraz wiedziałem, że z nią nie wygram. Pożegnałem się szybko z Alorą i poszedłem prędko do wyjścia.
31 sierpnia 2017
30 sierpnia 2017
Od Alvara
Mój plan, jeśli w ogóle można było to tak nazywać, był doprawdy szalony. W końcu pchałem się w sam środek nieprzyjacielskich szeregów! Zanim to wszystko zrobiłem powinienem naprawdę mocno walnąć się w łeb. Teraz było już za późno. Co się stało, to się nie odstanie…
Cały spięty wyszedłem poza tarczę stworzoną przez smoki. Oby moje przeczucie się sprawdziło.
Uspokoiłem oddech i wszedłem między pomioty z groźnym, a zarazem pogardliwym wyrazem twarzy. Stwory, o dziwo wcale nie próbowały mnie atakować. Tylko na samym początku musiałem na parę z nich warknąć. Nagle zdałem sobie sprawę, że kompletnie nie mam pomysłu w którą stronę do Xoda. Chwyciłem pierwszego lepszego pomiota i przybliżyłem groźnie twarz
- Gdzie Xodo?
- Już prowadzę, Najjaśniejszej Panie! - wrzasnął przerażony stwór i zaraz zaczął prowadzić mnie w nieznanym mi kierunku
C. D. N.
28 sierpnia 2017
Od Tobirayi Cd Tehane
Jedna chwila. Wystarczyła jedna chwila, moment nie uwagi, by ktoś porwał mi Tehane sprzed nosa. Wyczułem moją siostrę. Jej smoczyca właśnie nade mną przeleciała. Nie podoba mi się jej zachowanie, jednak jest dorosła. Ma prawo podejmować samodzielnie decyzję, nawet takie, które Sor, obyś wiedziała co robisz...
Zdenerwowałem się. Wyczułem dość niedaleko energię Tehane oraz jakąś inną, ale za to paskudną. Od razu ruszyłem w jej kierunku. Jakimś dziwnym trafem żaden pomiot czy inny żołnierz Ciernia mnie nie zaatakował. Zmierzałem prosto do nieco oddalonego i dobrze zamaskowanego mniejszego namiotu obok drugiego, większego.
Wyczułem, że w środku prócz mojej nowej znajomej nikogo nie ma. Będąc ciągle ukrytym, obserwowałem namiot zza winkla. W razie czego złapałem za rękojeść mojego miecza mocniej, by być w każdej chwili gotowym do odparcia ataku. Przemknąłem niepostrzeżenie do mniejszego namiotu i w jego środku znalazłem związaną dziewczynę. Jak tylko mnie zobaczyła otworzyła usta by coś powiedzieć, ale szybko dopadłem do niej. Uklęknąłem i zatkałem jej buzię ręką, drugą zaś pokazałem by była cicho. Tehane pokiwała głową, dając mi znać, że będzie milczeć, dlatego odsłoniłem jej usta.
-- Zaraz cię uwolnię, ale cii... -- szepnąłem do niej ledwo słyszalnie i zabrałem się za uwalnianie jej z więzów. Dość prędko się z tym uwinąłem. Pomogłem dziewczynie wstać, lecz po chwili wziąłem ją na ręce i już chciałem wybiec z tego przeklętego namiotu jednak Tehane mnie powstrzymała.
-- Stój, to jajo.. ono mnie woła -- szepnęła patrząc na ów rzecz leżącą koło jakiegoś kufra.
-- Chyba cię wybrało. -- Byłem w lekkim szoku widząc smocze jajo w takim miejscu. No ale zabrałem także jajo i pędem wybiegłem z tego cholernego namiotu. Mam nadzieję, że po drodze nie natkniemy się na ludzi Ciernia...
< Tehane? >
Zdenerwowałem się. Wyczułem dość niedaleko energię Tehane oraz jakąś inną, ale za to paskudną. Od razu ruszyłem w jej kierunku. Jakimś dziwnym trafem żaden pomiot czy inny żołnierz Ciernia mnie nie zaatakował. Zmierzałem prosto do nieco oddalonego i dobrze zamaskowanego mniejszego namiotu obok drugiego, większego.
Wyczułem, że w środku prócz mojej nowej znajomej nikogo nie ma. Będąc ciągle ukrytym, obserwowałem namiot zza winkla. W razie czego złapałem za rękojeść mojego miecza mocniej, by być w każdej chwili gotowym do odparcia ataku. Przemknąłem niepostrzeżenie do mniejszego namiotu i w jego środku znalazłem związaną dziewczynę. Jak tylko mnie zobaczyła otworzyła usta by coś powiedzieć, ale szybko dopadłem do niej. Uklęknąłem i zatkałem jej buzię ręką, drugą zaś pokazałem by była cicho. Tehane pokiwała głową, dając mi znać, że będzie milczeć, dlatego odsłoniłem jej usta.
-- Zaraz cię uwolnię, ale cii... -- szepnąłem do niej ledwo słyszalnie i zabrałem się za uwalnianie jej z więzów. Dość prędko się z tym uwinąłem. Pomogłem dziewczynie wstać, lecz po chwili wziąłem ją na ręce i już chciałem wybiec z tego przeklętego namiotu jednak Tehane mnie powstrzymała.
-- Stój, to jajo.. ono mnie woła -- szepnęła patrząc na ów rzecz leżącą koło jakiegoś kufra.
-- Chyba cię wybrało. -- Byłem w lekkim szoku widząc smocze jajo w takim miejscu. No ale zabrałem także jajo i pędem wybiegłem z tego cholernego namiotu. Mam nadzieję, że po drodze nie natkniemy się na ludzi Ciernia...
< Tehane? >
27 sierpnia 2017
Od Sorayi Cd Devonshire
Czas mijał. Noc stawała się coraz ciemniejsza, mroczniejsza. W powietrzu unosił się zapach śmierci. To straszne. Przyszło nam żyć w tak niebezpiecznych czasach. Przyjaciele okazują się wrogami, zaś sprzymierzeńcy zdrajcami. Świat nigdy nie uwolni się od wojny. Ona jest wpisana w życie naszego świata, jak i wszystkich pozostałych. Nawet Bogowie toczą między sobą wojny. Ostatnia taka miała miejsce wieki temu, a jej powodem był mój przodek.
Lek działał, jak na razie, bez zarzutu. Ból był niemalże niewyczuwalny, jedynie senność i zawroty głowy odczuwałam raz mocniej raz silniej. Zniosę to bez problemu. Gorzej będzie, jak serum przestanie działać. Nie wiem jak zareaguje na to moje ciało. Zakładam już każdy scenariusz. Dla braci jestem w stanie zrobić wszystko. Absolutnie wszystko. Nie ma takiej przeszkody, zlecenia, wroga, którego dla nich bym nie pokonała. Niech tylko ktoś spróbuje tknąć moją rodzinę. Drugi raz tego nie podaruję. Nic mnie nie powstrzyma. Ja nie powstrzymam swojej drugiej strony... Ścisnęłam mocniej swój pistolet w lewej dłoni. Wyeliminowałam niemal wszystkich, którzy mieli coś wspólnego ze śmiercią mojej rodziny, jak i spiskowaniem przeciwko zmarłemu królowi. Tylu zabitych... Po jednej, jak i po drugiej stronie. Śmierć zbierała swoje żniwo gdziekolwiek się pojawiłam. Czuję się jak jej osobisty posłaniec. Jej prawa ręka. Wykonawca wyroków wydanych przez samego diabła. Jestem przeklęta.
W oddali słychać krzyki, zawody, płacze. Chaos ogarnął już całą wyspę. Pomioty zniszczyły większą jej część i wciąż próbują dostać się do Akademii, jednak nie mają szans. Kryształowy mur jest praktycznie niezniszczalny. Wiatr wieje coraz mocniej zabierając ze sobą odór krwi i wypalonych zgliszczy. Rozwiał mi włosy, które powiewały lekko z każdym podmuchem. Czuję niespokojną i wrogą energię wszędzie. Sprawia, że mam ochotę skulić się, ukryć gdzieś, jednak nie wolno mi tego zrobić. Mam zadanie, misję, którą poprzysięgłam wykonać. Nic mnie od tego nie odwiedzie. Tkwię w tym tak głęboko, że nie ma już dla mnie żadnego ratunku. Walczę już nie o swoje dobro, lecz o dobro innych, ponieważ dla mnie jest już za późno. Westchnienie wydobyło się z moich ust. Tak, już niedługo przyjdzie mi zapłacić za wszystko, co zrobiłam. Dlatego teraz, nie mam już zamiaru się powstrzymywać. Wykorzystam wszystkie swoje asy w rękawach, nawet te, których za wszelką cenę chciałam zataić, zapomnieć. Spojrzałam w prawo, w stronę Akademii. Luna ognia była na swój sposób piękna, ale...
Moje serce zamarło. Coś jest nie tak i to bardzo. Mroczna energia zaczęła się rozpraszać, przemieszczać w inne miejsca, no ale jak to?! To znaczy, że nie przyjdą tędy, a od strony portów. Nosz cholera jasna..! Obróciłam się na pięcie, dzięki czemu moje skórzane buty zakopały się jeszcze bardziej w plażowym piasku. Zamknęłam oczy, by móc się lepiej skoncentrować. Uderzyła mnie gwałtowna fala obcych mi energii. Zawsze tak było, gdy otwierałam swój umysł na otaczający mnie świat. A jednak, wojska Ciernia zmieniły kierunek. Niedobrze. Muszę być tam przed nimi inaczej mój plan czeka totalne fiasko! Nie tracąc ani sekundy, pognałam biegiem w stronę Akademii. Muszę pomyśleć co teraz mam zrobić, pozmieniać niektóre fazy mojego planu. Z jednej strony dopuszczałam to do wiadomości. Dlatego nie wszystko jeszcze stracone, wystarczy, że zjawię się tam przed przybyciem Xodo.
Biegłam szybko na tyle, na ile pozwalało mi moje zdrętwiałe ciało. Tyle tygodni spędzonych we śnie zrobiło swoje. Nie mogę już polegać na swoim wytrenowanym i rozciągniętym ciele, jednak jakoś muszę sobie poradzić. Dlatego przyspieszyłam, zmuszając mięśnie do katorżniczej pracy. Dobiegłam do wioski, akurat w momencie, w którym jakiś pegaz strząsał z siebie gromadkę wystraszonych i przerażonych dzieci. Dysząc, podbiegłam do nich i pomogłam im zgramolić się z grzbietu zwierzęcia, które było jawnie niezadowolone. Nie no, nie mogę tak zostawić tych maluchów. Mimo iż pegaz przyprowadził je w mało wiele bezpieczne.
-- Spokojnie, tylko spokojnie. -- Mój opanowany i łagodny głos sprawił, że dzieciaki się nieco uspokoiły. Pegaz zarżał głośno, nieco groźnie i jakby ostrzegawczo, jednak sama wiedziałam przed czym zwierze chciało mnie ostrzec. Obróciłam się szybko, zasłaniając sobą dzieci i jednocześnie unosząc przed siebie wyprostowaną lewą rękę, w której non stop trzymałam broń gotową do użycia. Strzeliłam dwa razy, zabijając dwa pomioty, które się do nas zakradły. Potem nadeszły jeszcze trzy pokraki uzbrojone w stępione ostrza. Jak na złość zakręciło mi się głowie, przez co omal się przewróciłam, ale złapałam równowagę dzięki Bogom. Mimo zagrożenia, moja twarz nadal jest spokojna. Nie zdradza żadnych emocji, bo po co? Pomioty to stworzenia zrodzone z czarnej magii, ani trochę nie jest mi ich szkoda. Gdy jeden ze stworów zamachnął się na mnie, wykonałam unik, obróciłam się wokół własnej osi i zadałam cios kopniakiem żałosnej pokrace, która ośmieliła się podnieść na mnie swoją ohydną łapę. Strzeliłam do kolejnego pomiota trafiając go w głowę, zaś do trzeciego strzeliłam cztery razy. Oba padły od razu. Na koniec został jeden. Do niego podeszłam powoli i jak gdyby nigdy nic, posłałam w jego obrzydliwą gębę dwie kule. Zręcznie wyrzuciłam opróżniony niemal magazynek i sięgnęłam po kolejny do kieszeni kurtki.
-- Posłuchajcie mnie teraz -- podeszłam i uklękłam przy płaczących szkrabach. -- Nie bójcie się, wszystko będzie dobrze. Te potwory już nic wam nie zrobią -- powiedziałam łagodnym tonem. Na koniec uśmiechnęłam się do dzieciaków. Najmniejszemu chłopcu o brązowych oczach przyłożyłam dłoń do okopconego policzka, ścierając przy tym jego łzy. Do niego uśmiechnęłam się cieplej, jednakże przeniosłam spojrzenie na najstarszego chłopca. Mógł mieć góra z jedenaście lat. -- Wyglądasz na silnego młodzieńca. Nie bój się, pokaż jak dzielny jesteś. Zaopiekuj się nimi, ukryjcie się i nie wychodźcie z kryjówki. Ktoś po was przyjdzie, gdy rozprawimy się z tymi potworami. -- Chłopak otarł swoje łzy rozmazując brud na swojej bladej buzi jeszcze bardziej. Pokiwał mi głową na zgodę, dlatego poczochrałam go po jego osmolonej czuprynie. Dzieci były ranne, dlatego opatrzyłam je szybko i na tyle dobrze, na ile byłam w stanie. Gdy odchodziłam jeszcze raz zwróciłam uwagę na czarnego pegaza, który od samego początku obserwował moje działania. Odchodząc nagle poczułam się strasznie słabo. Oparłam się o najbliższą ścianę zawalonego budynku, osuwając się na kolana. Wysiłek, do którego się zmuszam szkodzi mi, ale muszę to wytrzymać. Muszę pomóc innym.
-- Pegazie, jeśli jesteś władny, ochroń te dzieci. Ja muszę iść dalej... -- Spojrzałam na to cudowne stworzenie z powagą, ale i jednocześnie z szacunkiem. Pegazy to szlachetne stworzenia, bardzo honorowe. Dlatego jako dziecko zawsze je podziwiałam. Dźwignęłam się siłą, z problemami do góry i podążyłam dalej w stronę miasta, do Akademii.
< Pegazie??? >
Od Fistaszka
Wszędzie krew, czerwień wszędzie. Chaos, panika. Ludzie biegający w każdym kierunku. Nie ogarniałem tego wszystkiego swoim genialnym mózgiem. Co się działo? Obchodziło mnie tylko jedno- dogasające życie mojego glona, który teraz cały poharatany i w kilku kawałkach leżał w moich ramionach. A ja biegłem, najszybciej jak mogłem. Miałem głęboko w zadzie jak to musiało wyglądać.
Ledwo zadawałem sobie sprawę z tego co się dzieje. Wszędzie paskudne robale tego potwora, o którym opowiadał mi Reo. Zabijały. On musi przeżyć! Musi! Musi zobaczyć moją nowa umiejętność! Nic do mnie nie podchodziło! Póki byłem w takim stanie jakim byłem, potrafiłem utrzymać jakąś dziwną tarczę. W zasadzie to też mam głęboko gdzieś. Ale dzięki temu mogłem go chronić. Chyba za późno...
ON MUSI PRZEŻYĆ!!! Wszystko we mnie krzyczało, krew wrzała. Choć nie mieliśmy wcześniej żadnej więzi teraz wszystko we mnie dawało mi znaki, że jednak jesteśmy tym czym jesteśmy.
Nie pamiętam jak dotarłem do akademii, ani potem co się działo. Widziałem tylko zakrwawione, zielone włosy wszędzie. I słyszałem coraz bardziej słabnące serce. Bum, bum, chwila przerwy i znowu bum bum. Coraz wolniej.
Chciałem ryczeć, ryczałem. Mój instynkt wzywał do walki. Zabić, zniszczyć tych, którzy to uczynili, którzy mogli mu zaszkodzić. Jednak zanim zemsta to trzeba ratować go. Coś się we mnie ścisnęło, jakbym podświadomie wyczuwał, co się wydarzy. Nie! Nie może! Jak on śmie zostawiać tak cudownego smoka jakim jestem ja! Zwinąłem się na środku jakiegoś pomieszczenia otaczając własnym ciałem Glona. Ryczałem na wszystko co mogło mu zagrozić. Muszę go ochronić. Za cenę własnego życia.
Ktoś? (Nieco chaotyczne no, ale... Śmierć, śmierć, śmierć :-D )
Ledwo zadawałem sobie sprawę z tego co się dzieje. Wszędzie paskudne robale tego potwora, o którym opowiadał mi Reo. Zabijały. On musi przeżyć! Musi! Musi zobaczyć moją nowa umiejętność! Nic do mnie nie podchodziło! Póki byłem w takim stanie jakim byłem, potrafiłem utrzymać jakąś dziwną tarczę. W zasadzie to też mam głęboko gdzieś. Ale dzięki temu mogłem go chronić. Chyba za późno...
ON MUSI PRZEŻYĆ!!! Wszystko we mnie krzyczało, krew wrzała. Choć nie mieliśmy wcześniej żadnej więzi teraz wszystko we mnie dawało mi znaki, że jednak jesteśmy tym czym jesteśmy.
Nie pamiętam jak dotarłem do akademii, ani potem co się działo. Widziałem tylko zakrwawione, zielone włosy wszędzie. I słyszałem coraz bardziej słabnące serce. Bum, bum, chwila przerwy i znowu bum bum. Coraz wolniej.
Chciałem ryczeć, ryczałem. Mój instynkt wzywał do walki. Zabić, zniszczyć tych, którzy to uczynili, którzy mogli mu zaszkodzić. Jednak zanim zemsta to trzeba ratować go. Coś się we mnie ścisnęło, jakbym podświadomie wyczuwał, co się wydarzy. Nie! Nie może! Jak on śmie zostawiać tak cudownego smoka jakim jestem ja! Zwinąłem się na środku jakiegoś pomieszczenia otaczając własnym ciałem Glona. Ryczałem na wszystko co mogło mu zagrozić. Muszę go ochronić. Za cenę własnego życia.
Ktoś? (Nieco chaotyczne no, ale... Śmierć, śmierć, śmierć :-D )
Od Devonshire
Te nędzne dwunogi są tak żałosne w tych czasach, że nawet wojny nie umieją prowadzić, co było kiedyś przecież ich żywiołem. Tłukli się to na lewo, to na prawo bez jakiegoś szczególnego powodu. No bo, że ktoś komuś żonę ukradł to raczej wina faceta iż nie przypilnował swojej białogłowej. Nawet chronić jej nie potrafił. A jak nie chciała wracać do swojego "kochanego" mężusia jego problem. Niech sobie kobieta żyje jak chce. Ach ci przygłupi dwunożni śmierdziele. Teraz do niczego się nie nadają. Szczególnie ten... ten cały Drake albo ci bracia Drayar.
Nie mam pojęcia jak oni przetrwali tyle czasu bez cudownego i wspaniałego mnie, zbawcy rasy śmierdzieli. Ale dobra, teraz bez żartów.
Ci debile nawet nie zauważyli kiedy naga dwunożna dziołcha leciała sobie na swoim smoku po niebie jak gdyby nigdy nic. Jak dla mnie -
Widok przedni gdyby nie te paskudne rany na plecach. Jednak poza tym ciałko miała w porządku.
Ech wracając do tematu - oczywiście przez ignorancję tej uszkodzonej rasy musiałem ruszyć swoje cudowne kopytka do najbliższego miasta
i wykonać parę nadprogramowych prac. Wiecie co ujrzałem w osadzie?
Śmierć, krew, ból, smród, czerń. Wszędzie panoszyły się te gówna Ciernia. Swoją drogą nawet mi imponuje. Tylko jeden człowiek, mała jednostka,
a ile chaosu. W sumie... Lubię zamieszanie. Przynajmniej nie jest nudno.
Może opowiem wam ciut dokładniej jak to wszystko wyglądało jako żę pewnym jest to, że dwunogi za dużo wam nie powiedzą skupione na własnych dupach.
***
Był zwyczajny, nudny poranek w akademii. Jak zawsze szwendałem się po ogrodach w poszukiwaniu jakiegoś smacznego śniadanka. Nie chciało mi się schodzić do kuchni. Jeszcze by mi dali paszę dla konia. Co jak co, ale szanujmy się trochę. Poza tym mam po niej wzdęcia. Wracając... Spacerowałem wokół jakiegoś kwietnika po wschodniej części szkoły usiłując wyłapać kwiatek.
"Nosz na śmierdzące dwunożne bestie! Chyba wszystkie lepsze już zeżarłem." Pomyślałem nieco zmartwiony. Byle gówna jeść nie będę - m się rozumieć.
Chyba od zawsze byłem nieco wybrednym pegazem.
Nagle coś mnie tknęło. Wiecie... Takie dreszcze ni z tego, ni z owego. Takie co to mogą nieźle przestraszyć. Oczywiście nie wiedziałem na początku nic
o żadnym ataku, a co dopiero wojnie! Dlatego postanowiłem odszukać moją czcigodną panienkę. Długo szukać nie musiałem. Nawet wcale. Prawie natychmiast otrzymałem od niej wiadomość w myślach.
"Shiro? Słyszysz mnie?"
"Tak moja pani" Jak ja uwielbiałem jej głos, nawet w głowie. Choć czasami jej moc doprowadzała mnie do ostrej migreny. Nie mogłem jej jednaka przyprawić więcej zmartwień.
"Poczułeś to, prawda? Coś się dzieje. Proszę, udaj się do miasta. Nikt jeszcze chyba nie wyczuł zagrożenia. Ja ich powiadomię" I urwało. To rozmowa skończona. Nach, szkoda. Jak mnie poproszono, tak też zrobiłem. Pobiegłem do legowiska dwunożnych tępaków by poratować im trochę te tłuste tyłki.
***
Kiedy byłem na miejscu pomyślałem tylko dwa słowa "Ja pierdole". To był jakiś horror! Wszędzie krew. Te potwory zabijały wszystko, co tylko się znalazło w ich zasięgu. Istna rzeźnia. Nie mogłem tego taka zostawić.
Nawet te pełzające pasożyty zwane przez starsze odpowiedniki dziećmi! Czym prędzej ruszyłem w stronę właśnie uciekającej grupki. Kilka naprawdę małych glutów było prowadzone przez jakąś dziewczynę.
Przy okazji zostałem niemal stratowany przez biegnącego smoka! Komiczny widok. I może bym się śmiał, gdyby nie okoliczności. Mignęła mi fioletowa furia przed oczami razem z zielonymi włosami w ramionach. Kierowała się w stronę akademii. Cholera! Brat panienki!
Musiałem jednak najpierw wykonać zadanie. Z całej siły zrobiłem potworowi "z kopytka wjeżdżam" czym powaliłem go na ziemię. Natychmiast rozłupałem mu głowę.
-Wskakujcie dzieciarnia na mój grzbiet - ryknąłem w ich mowie co bardzo mnie rozdrażniło. Nienawidziłem takiej komunikacji, ale telepatia mogłaby im usmażyć móżdżki.
-Spokojnie maluszki. Ten kucyk zabierze was w bezpieczne miejsce. Pamiętacie opowieść o kucyku Suzy? To jej braciszek- uspokajała dziewczyna gluty. Teraz mogłem się jej przyjrzeć.
Wyglądała strasznie krucho. Długie czarne włosy teraz były mokre od krwi. Tylko nie wydawała się ranna. Na jej białej jak śnieg skórze nie było ani jednej ranki. Jak to możliwe w takich...
Zaraz... Kucyk... ŻE CO KURNA!?! CO TA DWUNOŻNA SOBIE MYŚLAŁA DO JASNEJ...
-Ty...- usłyszałem cichy syk. Jak tylko spojrzałem na nią moja krew zastygła. Te oczy mógł mieć tylko najgorszy demon. Zaraz jak tylko załadowała mi bachory na grzbiet pobiegłem w bezpieczniejsze miejsce. Mój mózg mówił tylko jedno "Uciekaj". I to nie chodziło o pomioty Ciernia. Ta dziewczyna...
-Panie Kucyku... Emilily nic się nie stanie prawda? - Któraś kluska odezwała się. Już miałem odpowiedzieć skąd mam kurna wiedzieć gdy uświadomiłem sobie, że to o dziewczynę chodzi. Raczej nie próbowała się ratować. Ogarnęło mnie czyste przerażenie. Jakim ona potworem była. Krew w moich żyłach i mózg jasno mówiły. Była większym zagrożeniem niż te potwory.
***
Gdy dotarłem do "azylu" pierwszą rzeczą jaką zrobiłem był głośne rżenie i wrzask w ludzkiej mowie.
-ZABIERZCIE ODE MNIE TE POMIOTY SZATANA- kto by pomyślał, że te "nieszkodliwe" robaki mogą być tak straszne. Nienawidzę śmierdzących dwunogów i ich bachorów.
Ktoś? ( (-_-) Rozdział taki średni, ale też nijako zapowiedź)
Nie mam pojęcia jak oni przetrwali tyle czasu bez cudownego i wspaniałego mnie, zbawcy rasy śmierdzieli. Ale dobra, teraz bez żartów.
Ci debile nawet nie zauważyli kiedy naga dwunożna dziołcha leciała sobie na swoim smoku po niebie jak gdyby nigdy nic. Jak dla mnie -
Widok przedni gdyby nie te paskudne rany na plecach. Jednak poza tym ciałko miała w porządku.
Ech wracając do tematu - oczywiście przez ignorancję tej uszkodzonej rasy musiałem ruszyć swoje cudowne kopytka do najbliższego miasta
i wykonać parę nadprogramowych prac. Wiecie co ujrzałem w osadzie?
Śmierć, krew, ból, smród, czerń. Wszędzie panoszyły się te gówna Ciernia. Swoją drogą nawet mi imponuje. Tylko jeden człowiek, mała jednostka,
a ile chaosu. W sumie... Lubię zamieszanie. Przynajmniej nie jest nudno.
Może opowiem wam ciut dokładniej jak to wszystko wyglądało jako żę pewnym jest to, że dwunogi za dużo wam nie powiedzą skupione na własnych dupach.
***
Był zwyczajny, nudny poranek w akademii. Jak zawsze szwendałem się po ogrodach w poszukiwaniu jakiegoś smacznego śniadanka. Nie chciało mi się schodzić do kuchni. Jeszcze by mi dali paszę dla konia. Co jak co, ale szanujmy się trochę. Poza tym mam po niej wzdęcia. Wracając... Spacerowałem wokół jakiegoś kwietnika po wschodniej części szkoły usiłując wyłapać kwiatek.
"Nosz na śmierdzące dwunożne bestie! Chyba wszystkie lepsze już zeżarłem." Pomyślałem nieco zmartwiony. Byle gówna jeść nie będę - m się rozumieć.
Chyba od zawsze byłem nieco wybrednym pegazem.
Nagle coś mnie tknęło. Wiecie... Takie dreszcze ni z tego, ni z owego. Takie co to mogą nieźle przestraszyć. Oczywiście nie wiedziałem na początku nic
o żadnym ataku, a co dopiero wojnie! Dlatego postanowiłem odszukać moją czcigodną panienkę. Długo szukać nie musiałem. Nawet wcale. Prawie natychmiast otrzymałem od niej wiadomość w myślach.
"Shiro? Słyszysz mnie?"
"Tak moja pani" Jak ja uwielbiałem jej głos, nawet w głowie. Choć czasami jej moc doprowadzała mnie do ostrej migreny. Nie mogłem jej jednaka przyprawić więcej zmartwień.
"Poczułeś to, prawda? Coś się dzieje. Proszę, udaj się do miasta. Nikt jeszcze chyba nie wyczuł zagrożenia. Ja ich powiadomię" I urwało. To rozmowa skończona. Nach, szkoda. Jak mnie poproszono, tak też zrobiłem. Pobiegłem do legowiska dwunożnych tępaków by poratować im trochę te tłuste tyłki.
***
Kiedy byłem na miejscu pomyślałem tylko dwa słowa "Ja pierdole". To był jakiś horror! Wszędzie krew. Te potwory zabijały wszystko, co tylko się znalazło w ich zasięgu. Istna rzeźnia. Nie mogłem tego taka zostawić.
Nawet te pełzające pasożyty zwane przez starsze odpowiedniki dziećmi! Czym prędzej ruszyłem w stronę właśnie uciekającej grupki. Kilka naprawdę małych glutów było prowadzone przez jakąś dziewczynę.
Przy okazji zostałem niemal stratowany przez biegnącego smoka! Komiczny widok. I może bym się śmiał, gdyby nie okoliczności. Mignęła mi fioletowa furia przed oczami razem z zielonymi włosami w ramionach. Kierowała się w stronę akademii. Cholera! Brat panienki!
Musiałem jednak najpierw wykonać zadanie. Z całej siły zrobiłem potworowi "z kopytka wjeżdżam" czym powaliłem go na ziemię. Natychmiast rozłupałem mu głowę.
-Wskakujcie dzieciarnia na mój grzbiet - ryknąłem w ich mowie co bardzo mnie rozdrażniło. Nienawidziłem takiej komunikacji, ale telepatia mogłaby im usmażyć móżdżki.
-Spokojnie maluszki. Ten kucyk zabierze was w bezpieczne miejsce. Pamiętacie opowieść o kucyku Suzy? To jej braciszek- uspokajała dziewczyna gluty. Teraz mogłem się jej przyjrzeć.
Wyglądała strasznie krucho. Długie czarne włosy teraz były mokre od krwi. Tylko nie wydawała się ranna. Na jej białej jak śnieg skórze nie było ani jednej ranki. Jak to możliwe w takich...
Zaraz... Kucyk... ŻE CO KURNA!?! CO TA DWUNOŻNA SOBIE MYŚLAŁA DO JASNEJ...
-Ty...- usłyszałem cichy syk. Jak tylko spojrzałem na nią moja krew zastygła. Te oczy mógł mieć tylko najgorszy demon. Zaraz jak tylko załadowała mi bachory na grzbiet pobiegłem w bezpieczniejsze miejsce. Mój mózg mówił tylko jedno "Uciekaj". I to nie chodziło o pomioty Ciernia. Ta dziewczyna...
-Panie Kucyku... Emilily nic się nie stanie prawda? - Któraś kluska odezwała się. Już miałem odpowiedzieć skąd mam kurna wiedzieć gdy uświadomiłem sobie, że to o dziewczynę chodzi. Raczej nie próbowała się ratować. Ogarnęło mnie czyste przerażenie. Jakim ona potworem była. Krew w moich żyłach i mózg jasno mówiły. Była większym zagrożeniem niż te potwory.
***
Gdy dotarłem do "azylu" pierwszą rzeczą jaką zrobiłem był głośne rżenie i wrzask w ludzkiej mowie.
-ZABIERZCIE ODE MNIE TE POMIOTY SZATANA- kto by pomyślał, że te "nieszkodliwe" robaki mogą być tak straszne. Nienawidzę śmierdzących dwunogów i ich bachorów.
Ktoś? ( (-_-) Rozdział taki średni, ale też nijako zapowiedź)
Od Nieznanego
Nie jestem okrutnym człowiekiem - pragnę wyjaśnić na początku. Ani złodziejem, włamywaczem czy innym nicponiem. Nic, co zrobię nie jest także kierowane jakimiś niecnymi pobudkami. Po prostu moim zadaniem jest
informowanie, na różny sposób.. Dlatego też siedziałem sobie obecnie w gabinecie dyrka Eurosa przystrajając nieco jego biureczko o parę dodatkowych rzeczy.
Między innymi paczuszka, którą miał otrzymać jaśnie pan Kapitan Orion. Ile ja musiałem się natrudzić żeby ją przechwycić. Dla dobra wszystkich było lepiej żeby jej nie otrzymał. Znów by rzeźnie urządził, a ta jego zołza przy okazji zabiła również jego. No i kolejny utalentowany człowiek poszedłby do piekła. Klient jasno dawał do zrozumienia, że mam tą sprawę w miarę szybko załatwić. W sumie... To się nie dziwię skoro wojna trwa. Ach, zastanawia mnie czy czasem nie wyniknie z tego jeszcze większe gówno. No cóż...
Położyłem "prezent" pośrodku rozsypanych białych róż, teatralne efekty muszą być. Do tego liścik mojej własnej roboty.
"Szykuje się mord. Jeden zginął, jeszcze tylko dwójka. Kaskada pozdrawia"
Swoja drogą głowa najmłodszego właśnie była w tej paczce. Starszy młodszy brat białasa właśnie biegł na śmierć. W takim razie została jeszcze tylko jedna osoba. Chyba nie miał więcej rodzeństwa... O ile mi wiadomo.
(Taka mała zapowiedź :3)
informowanie, na różny sposób.. Dlatego też siedziałem sobie obecnie w gabinecie dyrka Eurosa przystrajając nieco jego biureczko o parę dodatkowych rzeczy.
Między innymi paczuszka, którą miał otrzymać jaśnie pan Kapitan Orion. Ile ja musiałem się natrudzić żeby ją przechwycić. Dla dobra wszystkich było lepiej żeby jej nie otrzymał. Znów by rzeźnie urządził, a ta jego zołza przy okazji zabiła również jego. No i kolejny utalentowany człowiek poszedłby do piekła. Klient jasno dawał do zrozumienia, że mam tą sprawę w miarę szybko załatwić. W sumie... To się nie dziwię skoro wojna trwa. Ach, zastanawia mnie czy czasem nie wyniknie z tego jeszcze większe gówno. No cóż...
Położyłem "prezent" pośrodku rozsypanych białych róż, teatralne efekty muszą być. Do tego liścik mojej własnej roboty.
"Szykuje się mord. Jeden zginął, jeszcze tylko dwójka. Kaskada pozdrawia"
Swoja drogą głowa najmłodszego właśnie była w tej paczce. Starszy młodszy brat białasa właśnie biegł na śmierć. W takim razie została jeszcze tylko jedna osoba. Chyba nie miał więcej rodzeństwa... O ile mi wiadomo.
(Taka mała zapowiedź :3)
26 sierpnia 2017
Od Matayasa Cd Alvar
Mogłem się domyślić, że gościu chce nawiać. Teraz leżę sobie w krzakach, unieruchomiony, ale jednego ten cały Alvar nie przewidział. Może i udało mu się mnie powalić, jednak nie poleżę tu aż tak długo. Za jakiś kwadrans odzyskam władzę w ciele. Później udam się na rozeznanie terenu i do Eurosa. Słyszałem, że Lilith jest tutaj. Natomiast z Alvarem policzę się później. Pewnie ma coś w planach, jednakże nie będę sobie tym na razie zaprzątać głowy.
Po ponad kwadransie poczułem, że mogę już się powoli ruszać, dlatego wyczołgałem się ostrożnie z krzaczorów, uważając by żaden z pomiotów mnie nie zauważył. Gdy tak sobie leżałem kilkoro z nich napatoczyło się akurat niedaleko mnie. Cudownie. Dobrze, że Oktay jest w pobliżu. Jemu zostawię załatwienie tych pokrak, zaś sam udam się do Eurosa. Mam nadzieję, że spotkam gdzieś po drodze dowódcę Złotej Straży. Minąłem po drodze Okesia i jego nową towarzyszkę, jednak tym razem nie zwróciłem na nią większej uwagi. Jako jeden z dwóch głównych celów Ciernia z moim młodszym bratem jest absolutnie bezpieczna. O nią się nie martwię, tylko... Zostaje jeszcze sprawa mojej siostry. Chyba domyślam się co zamierza, ale obawiam się, że w jej obecnym stanie nie da sobie rady w pojedynkę. Co ją podkusiło do podjęcia takich decyzji?! Rozumiem, że chce byśmy byli bezpieczni, by cała Akademia i Dragoso także były wyzwolone spod jarzma Ciernia, ale nie jej własnym kosztem! Idiotka chce się poświęcić za nas wszystkich! Sługusy Ciernia jej nie zabiją, tak samo Xodo, czy sam Cierniowy Król. Jest zbyt cenna. Tylko ona może koronować nowego króla lub królową Dragoso i tylko ona wie, gdzie jest korona. Poza tym, nie to jest prawdziwym celem tego szaleńca. Razem z Sorayą rozgryźliśmy jego zamiary. Władanie innymi światami i wymiarami, to jeszcze by uszło, ale on chce przejąć kontrolę nad Boskimi Krainami! To kompletne szaleństwo..! Jak zwykły człowiek może postawić się Bogom?! To samobójstwo. Sam Oromis nie podważa boskich decycji, a co dopiero zwyczajny śmiertelnik... Jeśli Cierń wierzy w mit o półbogach, to moja siostra jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. On ją wykorzysta, posłuży się nią, by to ona zamiast niego przeszła przez wrota do Boskich Krain, a jak oczywiście wiadomo, każdy człowiek przekraczający granicę naszego świata z tym boskim, umiera. Ale...ale jeśli ten mit to szczera prawda, to posiadanie półboga po swojej stronie będzie sposobem na zwycięstwo. Ktoś taki będzie władny nie tylko pokonać Ciernia, ale zaprowadzić ład w całej krainie. Może to właśnie ten legendarny Wybraniec? Nowożytne oraz starożytne pisma dowodzą istnienia zaledwie kilku domniemanych wybitnych jednostek. Sam już nie wiem, może historie o Wybrańcu to zwykła bujda..? Powinienem bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Tej oraz mitowi o Bogu Dreyarze. Jeśli faktycznie ten, co jest odporny na błyskawice w mojej rodzinie jest herosem, to będzie to przełomowe odkrycie. Udowodnimy tym samym, iż wszystkie legendy i podania z przeszłości są prawdziwe.
Przemierzałem kręte korytarze smoczej uczelni szybko i sprawnie. Mimo, iż nie jestem jej uczniem, to bywam tu niemal codziennie. Pierwszym powodem tego była Soraya, oczywiście. Po drugie, to dowiadywałem się na czym stoimy, jeśli chodzi o armię, a jest z nią kiepsko. Nie ma nas zbyt wielu, a nadchodzące wojska nieprzyjaciela są ogromne. Oddziały Podziemia nie zdążą dotrzeć na Eter na czas. Jesteśmy zgubieni. Właśnie wtedy, gdy przystanąłem na chwilę uświadamiając sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźliśmy, zobaczyłem Eurosa i Lilith.
-- Przepraszam, czy możemy porozmawiać?
< Lilith? Euros? Ktokolwiek? >
Po ponad kwadransie poczułem, że mogę już się powoli ruszać, dlatego wyczołgałem się ostrożnie z krzaczorów, uważając by żaden z pomiotów mnie nie zauważył. Gdy tak sobie leżałem kilkoro z nich napatoczyło się akurat niedaleko mnie. Cudownie. Dobrze, że Oktay jest w pobliżu. Jemu zostawię załatwienie tych pokrak, zaś sam udam się do Eurosa. Mam nadzieję, że spotkam gdzieś po drodze dowódcę Złotej Straży. Minąłem po drodze Okesia i jego nową towarzyszkę, jednak tym razem nie zwróciłem na nią większej uwagi. Jako jeden z dwóch głównych celów Ciernia z moim młodszym bratem jest absolutnie bezpieczna. O nią się nie martwię, tylko... Zostaje jeszcze sprawa mojej siostry. Chyba domyślam się co zamierza, ale obawiam się, że w jej obecnym stanie nie da sobie rady w pojedynkę. Co ją podkusiło do podjęcia takich decyzji?! Rozumiem, że chce byśmy byli bezpieczni, by cała Akademia i Dragoso także były wyzwolone spod jarzma Ciernia, ale nie jej własnym kosztem! Idiotka chce się poświęcić za nas wszystkich! Sługusy Ciernia jej nie zabiją, tak samo Xodo, czy sam Cierniowy Król. Jest zbyt cenna. Tylko ona może koronować nowego króla lub królową Dragoso i tylko ona wie, gdzie jest korona. Poza tym, nie to jest prawdziwym celem tego szaleńca. Razem z Sorayą rozgryźliśmy jego zamiary. Władanie innymi światami i wymiarami, to jeszcze by uszło, ale on chce przejąć kontrolę nad Boskimi Krainami! To kompletne szaleństwo..! Jak zwykły człowiek może postawić się Bogom?! To samobójstwo. Sam Oromis nie podważa boskich decycji, a co dopiero zwyczajny śmiertelnik... Jeśli Cierń wierzy w mit o półbogach, to moja siostra jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. On ją wykorzysta, posłuży się nią, by to ona zamiast niego przeszła przez wrota do Boskich Krain, a jak oczywiście wiadomo, każdy człowiek przekraczający granicę naszego świata z tym boskim, umiera. Ale...ale jeśli ten mit to szczera prawda, to posiadanie półboga po swojej stronie będzie sposobem na zwycięstwo. Ktoś taki będzie władny nie tylko pokonać Ciernia, ale zaprowadzić ład w całej krainie. Może to właśnie ten legendarny Wybraniec? Nowożytne oraz starożytne pisma dowodzą istnienia zaledwie kilku domniemanych wybitnych jednostek. Sam już nie wiem, może historie o Wybrańcu to zwykła bujda..? Powinienem bliżej przyjrzeć się tej sprawie. Tej oraz mitowi o Bogu Dreyarze. Jeśli faktycznie ten, co jest odporny na błyskawice w mojej rodzinie jest herosem, to będzie to przełomowe odkrycie. Udowodnimy tym samym, iż wszystkie legendy i podania z przeszłości są prawdziwe.
Przemierzałem kręte korytarze smoczej uczelni szybko i sprawnie. Mimo, iż nie jestem jej uczniem, to bywam tu niemal codziennie. Pierwszym powodem tego była Soraya, oczywiście. Po drugie, to dowiadywałem się na czym stoimy, jeśli chodzi o armię, a jest z nią kiepsko. Nie ma nas zbyt wielu, a nadchodzące wojska nieprzyjaciela są ogromne. Oddziały Podziemia nie zdążą dotrzeć na Eter na czas. Jesteśmy zgubieni. Właśnie wtedy, gdy przystanąłem na chwilę uświadamiając sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźliśmy, zobaczyłem Eurosa i Lilith.
-- Przepraszam, czy możemy porozmawiać?
< Lilith? Euros? Ktokolwiek? >
25 sierpnia 2017
Od Cymesa CD reszta
Po Kalenie od razu było widać, że ma słabość do naszej Gii.. Biedny chłopak, po co pchać się w takie cuda nie widy? Skoro można być samemu i mieć z tego większe korzyści? Ja nigdy się nie zakochałem i nie zakocham, szczęście iż nie mam tego w głowie, inaczej byłbym skończony tak jak moi bracia. Ezio ledwo pozbierał się po utracie Belli, Kalen kiedyś był zabujany..a ja, a ja nic! Jestem odporny na uroki płci pięknej i całe szczęście, bo było by ze mną kiepsko. Ja i związek, przecież to w parze nie idzie! Kobieta daje ci tylko ograniczenia, a ja owych nie potrzebuję. Po co komu to?
Kolejny raz dziś padłem na ziemię, tym razem to Kalen wykorzystał moją nieuwagę i rzucił się na mnie z ostrzem, w miarę szybko się pozbierałem i skoczyłem ku niemu, następnie wszyscy razem walczyliśmy przeciwko sobie.. Jednak po chwili Ezio musiał lecieć na miejsce kapitana, ponieważ ster już przez dłuższy czas leciał sobie jak chce.
-Dobra gołąbki, ja idę do domu!-zawołałem wesoło i ruszyłem na gniazdo. Szybko się wspiąłem po linie i oglądałem wszystko z góry, tu czuję się najlepiej, to moje miejsce, moje miejsce do którego nikt nie ma wstępu. Mój mały azyl!
-Jam król tegoż gniazda!-zawołałem z góry śmiejąc się w niebogłosy.
<Inni?>
od Kalena CD Ezio/Cymes/Gia/Masami
Następnie ja stanąłem do walki z Gią. Walczyliśmy ze sobą jakiś czas aż się dosyć zmęczyliśmy. Stanęliśmy naprzeciw siebie. Dokładnie wpatrywałem się w jej piękne fiołkowe oczy, w których odbijało się rozgwieżdżone niebo.. za raz, o czym ja myślę?! W tej samej chwili poczułem jak zaczynam się rumienić, dalej wpatrując się w dziewczynę. W jednej chwili znalazłem się na ziemi. Nawet nie wiem co zrobiła.
- ej, Kalen! - z zamyślenia wybudził mnie głos Ezia.
- wstawaj! To nie pora na drzemanie! - zaśmiał się Cymes.
Słysząc braci szybko się podniosłem od razu odwracając wzrok od Gii.
- nie spałem - odpowiedziałem splatając ręce na piersi - nie tym razem... - dodałem nieco ciszej po czym uniosłem broń w górę i dosłownie rzuciłem się na młodszego brata. Już po chwili, razem z nową towarzyszką walczyliśmy każdy na każdego.
<Reszta?>
Od Ezio CD Kalen/Gia/Masami/Cymes
-Północny kurs trzymać!-zawołał kobiecy głos. Gia świetnie nadawała się na kapitana, dlatego też zaproponowałem jej by na tę trasę ona dowodziła, ale nie oszukujmy się, ja jestem i zawsze będę panem tegoż statku. Podczas gdy Gia kierowała statkiem, ja zająłem się śledzeniem mapy, a pomagała mi przy tym Masami.
-Dobijemy do miasteczka Doreaso? Jest tam tak przepięknie, chętnie zwiedziłabym to miasto wraz z Gią-Czarnowłosa ćwiczyła na mnie właśnie swój błagający wzrok.. Jako jedyny byłem na tyle mądry by nie pozwalać sobie na takie uleganie, jednak.. to moja mała siostrzyczka, a ja jestem jej starszym bratem. Przewróciłem oczami i skupiłem się na niej lekko się uśmiechając.
-W Doreaso mamy kilka spraw do załatwienia, także na pewno tam zrobimy postój-stwierdziłem.
---
Wyszedłem na pokład, od razu moim oczom ukazał się obrazek walczącego Kalena z Cymesem, to dobrze, niech trenują. Dobyłem własnego ostrza i dobiegłem do nich naparzając to w Kalena to w Cymesa, oboje zdezorientowani, jednak po chwili skupili się na walce.
-Kalen, musisz pewniej wykonywać ruchy, nie myśl o tym czy zrobisz mi krzywdę, bo ostrza są zabezpieczone-zaleciłem mu. Przed każdą naszą walką Cymes magią osłania ostrza w ten sposób by nie mogło nam zrobić krzywdy, po za paroma siniakami. Chłopakom ani razu nie udało się mnie nawet tknąć, dużo muszą jeszcze poćwiczyć by dorównać mnie, Kalen szybciej dokonuje postępów, Cymes błądzi w obłokach, zawsze w głowie mu co innego.
Po paru minutach ćwiczeń wylądowaliśmy każdy bez koszuli, było dość ciepło, a trening tylko nas pobudził. Patrząc na niebo stwierdziłem pewnie, że jest około pierwszej w nocy.. Mimo iż przydałoby się odpocząć po całym dniu, nie dla mnie to.. Już za chwilę muszę zmienić się z Gią, kobieta nie może być tak wykorzystywana, nawet jeśli kierowanie statkiem sprawia jej przyjemność. Także już po chwili Gia przybyła do nas, a ja odszedłem kierując się w należne mi miejsce kapitana.
-Kto się ze mną zmierzy?-usłyszałem jej głos za sobą, Cymes zabezpieczył jej ostrze. Postanowił pokazać na co go stać, jednak ku mojemu zaskoczeniu Gia szybko powaliła go na łopatki.. No pięknie Cymes..
<Kalen? Gia? Cymes? Masami?>
Od Baaldon'a

Blondyna nawet nie będzie wiedziała co się dzieje, i co się wydarzy. Nie jest na to w tym momencie przygotowana. Wykorzystam jej siłę przeciwko jej samej. Muszę sprawić by jej demon się obudził. Zamknąłem oczy i zacząłem walkę z jej umysłem, widziałem jak słania się na nogach. Wyciągnąłem dłonie przed siebie, przy czym powstało błękitne koło..Wymierzyłem je wprost w Zulę. Puki co nie będzie o tym wiedziała..ale w końcu dostanie objawów i nie będzie dla niej ratunku.
C.D.N
Od Avelli
~Myślałam, że już nigdy cię nie ujrzę moja mała-myśl mej smoczycy krążyła w mojej świadomości.
Podeszłam do niej pewnie i objęłam jej szyję..Tak dawno się nie widziałyśmy..
Łzy same cisnęły mi się do oczu, jednak pozostałam silna, nie uronię łez..nie teraz i nie w tym momencie. Pogładziłam jeszcze Sarillę i spojrzałam prosto w jej fioletowe oczy.
-Już nigdy się nie rozdzielimy. Obiecuję ci-powiedziałam.
Niebo w tym momencie było niesamowicie czarne..ciemność Ciernia rozniosła się po wyspie przynosząc śmierć rośliną i zwierzętom. Jednak, to co wydarzyło się po chwili było..nieziemskie.
Cała wyspa zadrżała a z nieba rozniosły się złote promienie oraz pył.
~Wyspa walczy z ciemnością. Oromis zaczął pomagać-wyjaśniła mi smoczyca.
Wsiadłam na jej grzbiet, odziana w lekką zbroję i diamentowy miecz.
-Musimy pomóc w wiosce-odparłam. Sarilla zaryczała niebywale głośno i wzleciała w powietrze.
<Ktoś?>
Od Adris (Próba Przejścia Tehane)
Gratulacje Tehane przeszła Próbę Przejścia!
Żywioł Smoka:Magia Płeć: Samica
Wygląd gdy dorośnie:
24 sierpnia 2017
Od Miguela Cd Naxia
Uśmiechnąłem się do uszatej dziewczyny nieco szerzej, gdy ta wreszcie uścisnęła moją wyciągniętą ręką. Przyjrzałem jej się dokładniej. Nie no, wilczyca jak się patrzy. Gdyby nie obecne okoliczności, to już bym działał w odpowiednim kierunku, ale nie mogę. Koniec z flirtami. Dla mnie istnieje już tylko jedna kobieta. Jedyna godna stania u mego boku. Tak samo jak tylko i wyłącznie ja jestem godzien stać przy niej.
-- Jesteś piękna Naxio, ale... -- Przekręciłem głowę lekko w prawo, by moje włosy odsłoniły mi oczy. -- Nie obraź się, ale na tym świecie żyje istota, która bije całe piękno tego świata na głowę. Potęga jej urody objawia wraz z pierwszym uderzeniem pioruna. Niemniej jednak ty, urocza wilczyco, jesteś doprawdy przesłodka. To co, idziemy pozabijać parę pomiotów? Chcę odnaleźć kogoś wyjątkowego, a do tego pomóc Akademii. To jak, malutka, idziemy? -- Zadając ostatnie pytanie przybliżyłem się do Naxii bardzo blisko, świdrując ją wzrokiem. Speszona odskoczyła ode mnie niemal od razu. Ach Miguel, jak ty działasz na kobiety...
< Naxia? >
-- Jesteś piękna Naxio, ale... -- Przekręciłem głowę lekko w prawo, by moje włosy odsłoniły mi oczy. -- Nie obraź się, ale na tym świecie żyje istota, która bije całe piękno tego świata na głowę. Potęga jej urody objawia wraz z pierwszym uderzeniem pioruna. Niemniej jednak ty, urocza wilczyco, jesteś doprawdy przesłodka. To co, idziemy pozabijać parę pomiotów? Chcę odnaleźć kogoś wyjątkowego, a do tego pomóc Akademii. To jak, malutka, idziemy? -- Zadając ostatnie pytanie przybliżyłem się do Naxii bardzo blisko, świdrując ją wzrokiem. Speszona odskoczyła ode mnie niemal od razu. Ach Miguel, jak ty działasz na kobiety...
< Naxia? >
Od Tehane Cd. Tobiray Próba przejście cz.1
Propozycja mężczyzny mnie ucieszyła. Niby znałam się na tym trochę ale nie na tyle by nazwać się lekarzem! Kiwnęłam głową na znak zgody. Ten jednak się nie ruszył. Zadarłam głowę by móc spojrzeć na jego twarz. Jego wzrok był wbity w… smoka, który właśnie nad nami przelatywał. Na chwilę przez jego twarz przemknął gniew, a ja przezornie cofnęłam się o krok.
Tyle tylko wystarczył. Jeden z podmiotów, który skradał się od tyłu, zatkał mi usta wielką masywną łapą i…. PO PROSTU zwiał. Wiłam się w jego uścisku jednak nic to nie pomagało. Niestety nie mogłam również obrócić głowy i sprawdzić czy Tobiraya ruszył w pogoń. Nie było to zresztą ważne. Ponieważ mój porywacz wpadł pędem do olbrzymiego namiotu
- Panie! Przyprowadziłem jedną!
- To nie ta głupku - odparł mu rzężący głos - ta jest czarna. To zwykły dziki murzyn. Nadaje się najwyżej do niewolnictwa
- Sam jesteś idiotą! Morderca! W tym ohydnym łbie masz jedynie vengi, vengi haba!
W tym momencie poczułam silny ból i prawie się zgięłam. W ostatnim momencie się powstrzymałam. Nie pokłonię się temu idiocie!
- Wrzućcie ją do magazynu. Nasi żołnierze dawno nie mieli kontaktu z kobietami
Zaprowadzono mnie do namiotu obok po czym silnie przywiązano do głównego masztu. Już po chwili zostałam sama. Z irytacją kopnęłam w najbliższą skrzynie. Ta przewróciła się, a ze środka wypadło… smocze jajo. Ja natomiast usłyszałam
- Tehane
< Tobiraya? >
Od Kalena CD Gia/reszta
Wyszedłem za Gią po czym widząc, że rozmawia z Cymesem zatrzymałem się w progu. Słysząc pytania brata już miałem zamiar jakoś zareagować, lecz wtedy pojawiła się Masami. Bogu dzięki. Rozejrzałem się z zamyśleniem i już chciałem podejść do Cymesa by mu parę rzeczy wyjaśnić, gdy nagle usłyszałem.
- Nie jest taki zły. Jest nawet całkiem przystojny... - usłyszałem. Po tych słowach dziewczyna odwróciła się w moją stronę. Poczułem jak zalewa mnie rumieniec. Szybko odwróciłem się w inną stronę nadal czując ten rumieniec. Czemu zawsze się tak ze mną dzieje? Akurat w tym momencie słychać było wołanie Ezia.
- kotwice w górę! odwiązać liny! Wypływamy z portu! - Całe szczęście. Szybko udałem się pod pokład by zająć się podnoszeniem kotwicy w górę. Jest to bardzo ciężka praca, więc od razu zdjąłem koszulkę.
<Reszta?>
Od Gii CD Kalen
Facet był na serio trochę dziwny..ale to jak ich większość. Każdy jeden nie wiadomo co ma w głowie. Nigdy ich nie zrozumiem i nawet nie chcę ich rozumieć.. po tamtym incydencie jest mi na prawdę wszystko jedno.. Żaden facet nie ma prawa się do mnie zbliżyć. Znajomość świetnie, coś więcej? Niebezpieczeństwo i ucieczka.. Tak to ze mną bywa i co poradzić?
Od razu wiem, iż z Kalenem nie będę miała takiego problemu, czuję jakby się mnie bał.. a może on również ma złe doświadczenia? Może po prostu mnie nie lubi?
Z resztą co mnie to obchodzi?
Opuściłam pokój i udałam się na górę pokładu. Lada chwila, a wypłyniemy i zaczniemy wspólną wyprawę. Kiedy tylko zjawiłam się na pokładzie podszedł do mnie Cymes, białowłosy chłopak, widać, że najmłodszy z braci. Patrzył na mnie badawczo oraz rozglądał się jakby kogoś szukał.
-Aa.. Kalen gdzie? Rozmawiał z tobą? Uciekł? Może rzucił się za burtę? Może już coś wyszło?-Z jego ust wybrnęło tysiąc pytań, których w ogóle nie rozumiałam..
-Cymes, zostaw ją w spokoju!-wszystko to przerwała ich siostra,Masami. Podeszła do nas i wypędziła białowłosego, popatrzyła na mnie i lekko się uśmiechnęła.
-Jak ci się podoba?-zapytała.
-Jest świetnie, nie spodziewałam się, iż tak szybko znajdę z wami wspólny język-odpowiedziałam. Dziewczyna zaczęła się śmiać, w końcu chwyciła mnie za ramię.
-Nie..ni hahaah. Nie pytałam jak tu ci się podoba, ale to też świetnie, że jest okej. Hahah pytałam czy Kalen ci wpadł w oko-powiedziała nadal się śmiejąc. Czułam jak oblewa mnie lekki rumieniec, który szybko poszedł w niepamięć.
-Powiedziałam ci przy naszym spotkaniu, że nie interesuję się twoimi braćmi. Nie rozumiem skąd to pytanie.-wyjaśniłam. Masami westchnęła jakby ze smutkiem, a po chwili ponownie się uśmiechnęła.
-Ale..nie jest zły?-zapytała.. Chyba nie da mi spokoju.
-Nie nie jest zły.. Jest nawet całkiem przystojny-odpowiedziałam, dziewczyna ucieszyła się, a po chwili spojrzała w kierunku wejścia pod pokład. Kiedy się odwróciłam zobaczyłam Kalena.. zaraz! On to słyszał?! Westchnęłam cicho i spojrzałam na Masami, która wyglądała jak by była w siódmym niebie, że to powiedziałam..
????
Od Kalena CD Gia
Stanąłem w wejściu i na chwilę popatrzyłem na dziewczynę po czym od razu odwróciłem wzrok.
- ...he-hej - powiedziałem trochę niepewnie. Nagle w mojej głowie odezwał się głos.
- "No i czego się jeszcze opierasz" - delikatny kobiecy głos, który zawsze odzywał się w najmniej odpowiednim momencie - "no odezwij się do niej normalnie, bo tak to tylko pomyśli, że jesteś jakiś dziwny!" - zawołała.
- "Cicho bądź Garjzla!" - odpowiedziałem w myślach rozglądając się. Wtedy w oknie dostrzegłem odlatującą smoczycę. Odchrząknąłem i podszedłem do swojego łóżka.
<Gia?>
Od Gii CD Kalen
Mężczyzna był dosyć.. niepewny, od razu wiedziałam, iż nie potrafił obchodzić się z kobietami, jednakoż mnie to ani trochę nie przeszkadzało. Tak czy tak jestem tu tylko dlatego, że potrzebowałam transportu. A żaden facet mnie nie zdoła ujarzmić, nawet gdyby był nie wiadomo jaki. Zgodziłam się mimo wszystko by z nim pójść, dobrze będzie wiedzieć na jakim okręcie się przebywa i gdzie co jest.
Kalen zaprowadził mnie do jasnobrązowej kuchni, która była bardzo zadbana, widać że niczego im nie brakuje. Widziałam ich ładownię oraz miejsce kapitana, którym okazał się Ezio, w sumie to nawet mnie to nie dziwi. Doszliśmy do dwóch sypialni, jedna i druga były jasne i przestronne. Kiedy wychodziłam z sypialni styknęłam się z wysokim mężczyzną, który od razu odwrócił wzrok, odsunęłam się i zarzuciłam włosy na plecy.
-Przepraszam.-rzekłam tylko. Ominęłam Kalena i udałam się do góry, szybko znalazłam Ezia, miałam z nim parę rzeczy do omówienia, mniej więcej to jak będzie przebiegała podróż, gdzie się jeszcze zatrzymujemy i czy mam w jakiś sposób pomóc, a także kwestię noclegu.
----
Udałam się do pokoju Masami oraz Kalena, gdzie ponoć było jedno wolne łóżko na którym miałam spać. Odłożyłam tam rzeczy i zaczęłam rozczesywać włosy, w tym momencie do pokoju wszedł Kalen.
<Kalen?>
Od Kalena CD Gia
- ...em... - mruknąłem pod nosem opierając rękę na szyi odwracając głowę od dziewczyny. Po chwili w końcu się przemogłem - ch-cho-chodź.. - powiedziałem odwracając się - n-najpierw... po-pokażę ci... kuchnię... a później - zastanawiałem się jak się odezwać przy okazji nie zwracając uwagi na dosyć słyszalne pod śmiechy braci.
<Reszta?>
Od Ezio CD Kalen/Cymes/Masami/Gia
No nie, myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok.. Jak można być tak nieodpowiedzialnym?!
-Jak to była tu gdzieś??!-zapytałem. Już po chwili ruszyliśmy by ją znaleźć, jeśli coś jej się stanie..
Sprawdziłem dolny pokład..nic, ładownia nic, sypialnie nic.
-Masami!-usłyszałem kolejne wołanie, tym razem ze strony Cymesa, który wdrapał się na gniazdo i wyszukiwał jej z góry. Już ja jej dam, wie że nie ma wychodzić sama!
--
Miałem już opuścić okręt gdy zobaczyłem czarnowłosą u wejścia, cała i zdrowa..całe szczęście.
-Gdzieś ty..-zaczął Cymes, lecz nie dokończył. Obok Masami pojawiła się kobieta, którą nie sposób było rozpoznać. Była to Gia, Gia Vatore, najsłynniejsza piratka i bogini tych wód. Nadzwyczaj piękna, żaden facet nie oparłby się jej wdziękom. Podszedłem i wyciągnąłem w jej stronę dłoń, ta ujęła ją swoją własną, przywitałem ją należycie całując w rękę.
-Witaj pani, nazywam się Ezio Kuninaga, to Cymes, a jeszcze gdzieś kręci się Kalen. Co cię do nas sprowadza?-przywitałem się.
-Miło mi poznać, jestem Gia Vatore.-odpowiedziała.
-Gia potrzebowała transportu, więc zaproponowałam, że może płynąć z nami.-wyjaśniła mi siostrzyczka. To przecież zaszczyt gościć królową piratów na naszym okręcie!
-Nikt nie ma nic przeciwko.-rzekłem, spojrzałem na Cymesa.
-Może oprowadzisz naszego gościa?-zapytałem, ten wymigał się mówiąc iż ma coś do zrobienia. Tuż po chwili spostrzegłem Kalena.
-Kalen! Kalen cię oprowadzi!-zawołałem. Ten przybył nie wiedząc jeszcze co go czeka.
-My z Masami musimy obejrzeć mapę-powiedziałem i pociągnąłem siostrę ze sobą.
C.D.N
Od Kalena
Pozbierałem się z zaspaniem kładąc dłoń na czole. Z popatrzyłem na braci ze zdziwieniem.
- gdzieś tu była, nie? Ty miałeś jej pilnować.. - mruknąłem wstając. Bracia popatrzyli najpierw na siebie a później znowu na mnie. To znaczyło tylko jedno..
5 minut później...
- Masami! Gdzie jesteś?!
<Ezio? Cymes?>
od Angeli (postać poboczna) CD Ariana/Antonio
Poczułam się jak trafiona gromem. Moja siostra nie żyje... szukałam jej tak długo by dowiedzieć się, że nie żyje.. Czyli dla tego nie dostałam odpowiedzi na ostatni list? Dla czego się nie domyśliłam?
Wpatrywałam się w nią z nadzieją, że to jednak nie prawda, lecz Ariana płakała. Łzy zaczęły i mi spływać po twarzy. Uniosłam się tak bardzo jak mogłam na łokciach i objęłam Arianę rękoma przytulając ją do siebie. Chłopak, który jej towarzyszył najpierw położył rękę na jej ramieniu a później się podniósł i ruszył do wyjścia.
- ja może popilnuję wejścia, gdyby jakieś pomioty się zbytnio zbliżyły.. - powiedział. Odpowiedziałam mu kiwnięciem głową. Widziałam wyraźną troskę w jego oczach.
Nie tak wyobrażałam sobie pierwsze spotkanie z rodziną...
<Ariana? Antonio?>
Wpatrywałam się w nią z nadzieją, że to jednak nie prawda, lecz Ariana płakała. Łzy zaczęły i mi spływać po twarzy. Uniosłam się tak bardzo jak mogłam na łokciach i objęłam Arianę rękoma przytulając ją do siebie. Chłopak, który jej towarzyszył najpierw położył rękę na jej ramieniu a później się podniósł i ruszył do wyjścia.
- ja może popilnuję wejścia, gdyby jakieś pomioty się zbytnio zbliżyły.. - powiedział. Odpowiedziałam mu kiwnięciem głową. Widziałam wyraźną troskę w jego oczach.
Nie tak wyobrażałam sobie pierwsze spotkanie z rodziną...
<Ariana? Antonio?>
Od Ariany CD Angela/Antonio
Skąd ona zna moją matkę? I skąd zna mnie? Angela Roditi..mama miała siostrę i nic nam o niej nie powiedziała.. W moich oczach pojawiły się łzy.. Czy ona o niczym nie wie?
-Jesteś..siostrą mamy?-zapytałam spokojnie, ale już miałam lekko roztrzęsiony głos.
-Tak-odparła krótko.-Ona..jest tu na wyspie?-zapytała po chwili. Tym pytaniem dobiła mnie do ziemi.. Łza spłynęła po moim policzku..oczywiście szybko ją starłam.
-Nie..nie ma jej na wyspie.. -szepnęłam.. -Zostałam tylko ja i Zula, reszta nie żyje..-wydukałam.
<Angela? Antonio?>
od Angeli (postać poboczna) CD Ariana/Antonio
- ja.. - dla czego ja się zastanawiam, przecież wiem kim jestem.. - nazywam się Angela.. Angela Roditi - powiedziałam patrząc na nich. Ariana... kojarzę to imię. Tak samo miała córka mojej siostry, Agaty. Może to ona.
- jesteś Ariana? Czy jesteś córką Agaty Roditi? Miała rude włosy i brązowe oczy.. - powiedziałam z nadzieją w oczach. Gdy dokładniej się przyjrzałam dziewczynie wyglądała jak z opisu mej siostry, z listów, a wyraz jej twarzy wskazywał iż dobrze wie o kim mowa. Uśmiechnęłam się lekko. W końcu znalazłam kogoś z rodziny. Już nie będę sama...
<Ariana? Antonio?>
- jesteś Ariana? Czy jesteś córką Agaty Roditi? Miała rude włosy i brązowe oczy.. - powiedziałam z nadzieją w oczach. Gdy dokładniej się przyjrzałam dziewczynie wyglądała jak z opisu mej siostry, z listów, a wyraz jej twarzy wskazywał iż dobrze wie o kim mowa. Uśmiechnęłam się lekko. W końcu znalazłam kogoś z rodziny. Już nie będę sama...
<Ariana? Antonio?>
Od Ariany CD Antonio/Angela
~Wróciłaś. Kobieta jest bezpieczna.-powiedział Spire. Dotknęłam jego szyi lekko się uśmiechając.
~Dziękuję-rzekłam, na co ten mruknął tylko.
Brązowowłosa na szczęście się obudziła, była w złym stanie, ale nie w tragicznym.
Podeszłam do niej ciągle na nią spoglądając, jej błękitne oczy upewniły mnie w przekonaniu, iż to nie moja matka.. Mama miała brązowozłote oczy, nie niebieskie, jak ta kobieta..która do złudzenia jest do niej podobna.
-Nic nam nie jest.-powiedział Antonio.
-Nazywam się Ariana, a to Antonio. Kim jest pani?-przedstawiłam nas.
<Angela? Antonio?>
od Antonia CD Ariana/Angela
Popatrzyłem na Ari z lekki uśmieszkiem, lecz dałem jej się uwolnić.
- Na plażę - powiedziała szybko, odsuwając się ode mnie - tam musimy się udać - poleciła.
Przebiegliśmy przez miasteczko, które im mniej zniszczone tym bardziej opustoszałe. Ci, którzy zdołali ukryli się w murach akademii, zaś ci którzy nie zdążyli kończyli jak ta kobieta.. chociaż ona nie wyglądała na mieszkankę tego miejsca..
Po upływie pewnego czasu dotarliśmy na plażę, a po upewnieniu się, e nikt nas nie śledzi udaliśmy się do kryjówki. Tam pod jedną ze ścian ułożona była ów ranna kobieta. Na twarzy, brzuchu, rękach i nogach miała liczne rany. Krew ciągle barwiła jej ubiór. Ariana wpatrywała się w nią przez chwilę, jakby ujrzała ducha. Czy ona ją zna?
- musimy szybko zatamować krwawienie! - zawołałem podbiegając do kobiety i rozdarłem kawałek nogawki u jej dosyć poszarpanych spodni po cym ciasno przewiązałem materiał wokół jednej z ran. Nagle ona zaczęła się budzić.
- gdzie ja..? - zapytała patrząc przez przymknięte lekko czy i syknęła z bólu.
- spokojnie, pomożemy ci - mówiłem ze spokojem, spoglądając na Ari, która zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta chwyciła się a ramię a jej rany powoli zaczęły się zasklepiać, jednak nie miała zbyt wiele siły, więc wystarczyło jej tylko by zatamować krwawienie.
- jesteście ranni? - zapytała po chwili, patrząc na nas.
<Ariana? Angela?>
- Na plażę - powiedziała szybko, odsuwając się ode mnie - tam musimy się udać - poleciła.
Przebiegliśmy przez miasteczko, które im mniej zniszczone tym bardziej opustoszałe. Ci, którzy zdołali ukryli się w murach akademii, zaś ci którzy nie zdążyli kończyli jak ta kobieta.. chociaż ona nie wyglądała na mieszkankę tego miejsca..
Po upływie pewnego czasu dotarliśmy na plażę, a po upewnieniu się, e nikt nas nie śledzi udaliśmy się do kryjówki. Tam pod jedną ze ścian ułożona była ów ranna kobieta. Na twarzy, brzuchu, rękach i nogach miała liczne rany. Krew ciągle barwiła jej ubiór. Ariana wpatrywała się w nią przez chwilę, jakby ujrzała ducha. Czy ona ją zna?
- musimy szybko zatamować krwawienie! - zawołałem podbiegając do kobiety i rozdarłem kawałek nogawki u jej dosyć poszarpanych spodni po cym ciasno przewiązałem materiał wokół jednej z ran. Nagle ona zaczęła się budzić.
- gdzie ja..? - zapytała patrząc przez przymknięte lekko czy i syknęła z bólu.
- spokojnie, pomożemy ci - mówiłem ze spokojem, spoglądając na Ari, która zbliżyła się do niej. Wtedy kobieta chwyciła się a ramię a jej rany powoli zaczęły się zasklepiać, jednak nie miała zbyt wiele siły, więc wystarczyło jej tylko by zatamować krwawienie.
- jesteście ranni? - zapytała po chwili, patrząc na nas.
<Ariana? Angela?>
Od Ariany CD Antonio/Angela
Chaos toczący się wokół nas był nie do zdarcia.. Wiele pomiotów napierało na nas z każdej strony. Hałas nie pozwalał mi myśleć, jednak myśl Spire nie pozwalała mi stać.. Może i to nie w moim stylu pomagać komukolwiek, ale to, że ta kobieta jest niedaleko i potrzebuje natychmiastowej pomocy..
~Spire prześlij mi jej obraz!-odniosłam się do towarzysza. Ten od razu to uczynił.. Zatkało mnie.. wygląd tej kobiety.. Nie..nie może być!
-Mamy zadanie, albo biegniesz ze mną, albo tu zostajesz-rzekłam do Antonia. Ten bez zastanowienia zgodził się mi pomóc. Biegliśmy rąbiąc przy tym kilkanaście pomiotów naraz, równocześnie się przedzierając przez nie wszystkie. Gdzie teraz podziewa się Aven kiedy mógłby się na coś przydać? Ten tygrys jest niemożliwy..
Szybko dotarliśmy do wioski, gdzie widok spustoszałych budynków nawet kuł mnie w serce.. Przypomniało mi się nasze miasteczko.. Tuż przed tym jak straciłam rodzinę.
Kiedy usłyszałam ryk gryfa, wiedziałam dokładnie gdzie mam się udać.
---
Doleciałam do kobiety, wyglądającej prawie jak moja matka.. To.. to było dziwne.. Albo ja ponownie mam zwidy..najpierw ojciec teraz matka..
Kobieta była nieprzytomna, zagwizdałam i podleciał Spire.
-Weź ją do naszej kryjówki, zaraz tam będziemy-powiedziałam. Smok posłusznie uczynił to o co go poprosiłam. Spojrzałam na gryfa, który wydawał się wystraszony.
-Spokojnie, uratujemy ją. Leć za tym smokiem-poleciłam.
Odwróciłam się szybko i.. super..wpadłam wprost w ramiona chłopaka, który złapał mnie w pasie ratując tym samym mnie od upadku na ziemię. Szybko się w sobie zebrałam i wyrwałam się mu z objęć..
~Czuję to-myśl smoka panoszyła się w mojej głowie.
~Nie masz co czuć bo nic mi nie jest!-ostrzegłam go.
-Na plażę..-powiedziałam do Antonia, który wciąż spoglądał na mnie.
Na plaży znajduje się nasza kryjówka w której wraz ze Spire uczymy się nowych umiejętności.
<Antonio? Angela? Ktoś?>
od Angeli - postać poboczna
Wojna zawsze musi zebrać swoje żniwo..
Nie kończący się ból..
Przebiegłam przez jeden z płonących już domów. Ludzie mieszkający na skraju wioski mają najgorzej, gdyż pomioty atakują bezpośrednio ich. Ręką osłoniętą specjalną rękawicą ochronną odepchnęłam pomiota.
- Już prawie! - zawołałam do siebie - Na pewno cię tu słyszałam!
Wbiegłam do nieco zawalonego pokoju, a tam moim oczom ukazała się mała dziewczynka. Siedziała skulona pod podniszczoną ścianą, zza której słychać było odgłosy walki. Wzięłam ją na ręce i wyskoczyłam przez okno.
- Ayro! Zabierz ją stąd! - zawołałam po wylądowaniu na ziemi. Po chwili moim oczom ukazał się młody gryf. Szybko się zniżył i delikatnie chwycił dziewczynkę. Całe szczęście była jedynie lekko zadrapana i wystraszona. Przekazałam jej trochę swej energii, by uleczyć drobne rany i dać jej siły. Wtedy gryf zabrał ją ze sobą.
- dosyć Angela! Za raz całkiem stracisz siły i kto wtedy pomoże tobie?
- Ty Atosie - mówiąc otarłam krew z rany, która pojawiła się na mojej twarzy - I nie mów mi jak mam żyć! Wiesz, że nie mogę przestać im pomagać! - zawołałam lecz nie uzyskałam odpowiedzi. W jednej chwili poczułam silny ból w żebrach, a po chwili uderzyłam w ścianę i osunęłam się na ziemię. Nie zagojone jeszcze rany ponownie się otworzyły. Nie miałam siły wstać. Tylko patrzyłam jak pomioty zbliżają się w moją stronę.
- Atosie... - jęknęłam - Atosie pomóż mi... - lecz nikt nie odpowiadał. On mnie nie słyszy - ktokolwiek..
<Ktoś?>
od Alexanda - postać poboczna
Stałem na tyle wysoko, że dokładnie było widać jakie wielkie ilości pomiotów nacierają na Eter. Miasteczko, gdyby nie miało pomocy uczniów akademii dawno by już legło w gruzach, chociaż i tak jest już źle. Ale co mnie to właściwie obchodzi? Nie moje miasto, nie moi ludzie, a już tym bardziej nie moja sprawa.
Opierając się o ścianę jednej z pomniejszych wież dachowych budynku akademii przyglądałem się temu wszystkiemu.
- miło cię znowu widzieć - powiedziałem lekko się uśmiechając - mam ją na oku - dodałem. Postać opierająca się o równoległą ścianę wieży odpowiedziała milczeniem - ucieszą się jak cię rozpoznają.
- masz czas? - dobrze znany mi głos odezwał się w końcu.
- zastanówmy się.. - mówiąc to wyciągnąłem pusty notes z kieszeni i zacząłem go przeglądać - chyba znajdę chwilę - powiedziałem po chwili, chowając przedmiot.
- musimy coś omówić, ale nie tu - powiedział.
- w porządku, więc prowadź..
C.D.N.
Opierając się o ścianę jednej z pomniejszych wież dachowych budynku akademii przyglądałem się temu wszystkiemu.
- miło cię znowu widzieć - powiedziałem lekko się uśmiechając - mam ją na oku - dodałem. Postać opierająca się o równoległą ścianę wieży odpowiedziała milczeniem - ucieszą się jak cię rozpoznają.
- masz czas? - dobrze znany mi głos odezwał się w końcu.
- zastanówmy się.. - mówiąc to wyciągnąłem pusty notes z kieszeni i zacząłem go przeglądać - chyba znajdę chwilę - powiedziałem po chwili, chowając przedmiot.
- musimy coś omówić, ale nie tu - powiedział.
- w porządku, więc prowadź..
C.D.N.
Od Lilith CD Euros
Sytuacja na wyspach Eter nie jest i nie wygląda kolorowo. Nasza armia jest zbyt słaba by złamać siły wroga.. Moja tarcza, nadaje się w tym przypadku do niczego..
-Panno Lilith, co mamy robić? Jak działać?-wszedł do sali jeden z głównodowodzących armii.
Stałam przez chwilę zamyślona, co mam zrobić? Powiedzieć mu, żeby walczyli i bronili Eter nawet jeśli wszyscy i tak zginą? W tym momencie do sali wpadła Adris.
-Lilith, mam propozycję, jednak ty i twój brat musicie mi w tym pomóc.-powiedziała. Spojrzałam na nią pytająco.
-Mów-rzekłam.
---
Eliksir siły, może trochę zdziałać, jednak nadal jesteśmy zbyt słabi dla całej armii Ciernia oraz Xodo.
Adris zajęła się już jej wytwarzaniem, wraz z pomocnikami których jej powierzyłam.
C.D.N
Od Zuli CD Drake/inni
Wszyscy tu byli nie ogarnięci.. Matayas zniknął gdzieś z nieznanym mi mężczyzną. Zostaliśmy tylko my.. Ja, Drake, Oktay i Black Arrow. Co zrobić teraz? Tego nawet ja nie wiedziałam.
-Naszym celem jest obrona Akademii-odparła poważnie Arrow. Od razu zobaczyłam sprzeciw w oczach jej towarzysza, co jest dziwne, chyba zna Arrow, wie jaka ona jest.. Zawsze dołącza się do walki nawet jeśli grozi to jej śmiercią. Jestem nawet zaskoczona, że Arrow trzyma się z Oktayem, a nie z Falcomem..czyżby jakaś zmiana?
-Black Arrow ma rację, nie możemy tak bezczynnie stać.. -powiedziałam. Mimo iż nadal czułam się dość słabo, wiedziałam że muszę coś, cokolwiek zrobić by pomóc Eter.
~Jestem z tobą Zulo-usłyszałam głos w głowie.. Dawno jej nie słyszałam.. Moja smoczyca wylądowała obok nas, jej spojrzenie tkwiło ciągle na mnie. Nie mamy ze sobą byt dobrych relacji.. To przez to, że nie było na to czasu.. Jej umiejętności jednak sięgnęły wysokiego poziomu.
~Dziękuję Isma-odpowiedziałam jej. Kiedy chciałam ją dotknąć poczułam jak nagle opuszczają mnie siły..nie wiedziałam co się dzieje..do czasu.. Ktoś próbuje się włamać do mojego umysłu..
Isma otarła się o mnie lekko podtrzymując mnie swoją paszczą. Ledwie łapałam równowagę.
<Drake? Oktay? Black Arrow? Ktoś?>
Od Antonia CD Ariana
- dzieki! - odpowiedzialem z radoscia po czym wbilem obydwa miecze w kolejne stwory. Walka u boku Ari byla czyms wspanialym. Bylismy calkiem nie zle zgrani ze soba. Te stwory padaly dziesiatkami. Jednak nie wazne ile zabilismy pomiotow, przybywalo ich jeszcze wiecej, a my bylismy powoli zmuszeni sie wycofywac, nawet z pomoca smokow.
- co teraz? - zawolalem przez chalas jaki te potwory robil.
<Ariana?>
- co teraz? - zawolalem przez chalas jaki te potwory robil.
<Ariana?>
Od Alvara Cd. Matayasa
Uderzyłem otwartą dłonią w twarz. Nie dość, że facet wcale nie był Smoczym Jeźdźcem. To na dodatek jeden z głównych celów Ciernia, właśnie postanowił wziąć nogi za pas! Ci ludzie byli takim nieogarami!
W tym wypadku pozostało mi jedno… Oby tylko nikt się nie połapał.
- Dobra! Nie mam żadnego dobrego pomysłu! - nie kłamałem. Ten był naprawdę kiepski - Muszę na chwilę odejść na bok w mam nadzieję wiadomej sprawie…
- Idę z tobą - powiedział blondas i bez zbędnych ceregieli pociągnął mnie na bok
Westchnęłam z irytacją. Czy ten człowiek nie da mi spokoju?!
- Okej! Tylko się obróć! - zarządałem. Facet obrócił się z ociąganiem
Załatwiłem swoje potrzeby i już mieliśmy wracać. Poprosiłem jeszcze żebym mógł się o niego oprzeć i poprawić but. Tym razem również spojrzał podejrzliwie ale się zgodził. Na to tylko czekałem. Lekko nadusiłem parę mięśni na ramieniu a blondyna zwalił mi się pod nogi. Przeturlałem go w bezpieczniejsze miejsce i powiedziałem
- Wybacz kolego. Muszę pójść pozałatwiać pewne osobiste sprawy. Na razie nie możesz się ruszyć. Za pół godziny wszystko wróci do normy. Postaraj się przeżyć tę wojnę
To mówiąc ruszyłem samotnie w kierunku armii podmiotów. Miałem niedokończone sprawy z panem Xodo. Najwyższa pora by je rozwiązać.
< Matayas? Mam pewien pomysł… Daj iść Alvarowi do Xodo >
22 sierpnia 2017
Od Sorayi Cd Zen
Zen mi odmówił, czego w sumie się spodziewałam. Niemniej, poczułam zawód. Wydawał mi się uczynnym facetem, jednak jak widać, pomyliłam się. Nawet tacy geniusze jak ja czasami się mylą. Białowłosy zostawił mi swój płaszcz, aczkolwiek nie zamierzałam go zatrzymywać. Nie wiem, czy będę mieć później okazję mu go oddać.
Gdy Zen wraz ze swoim interesującym Haresem mnie zostawili, w oddali dostrzegłam Oktaya, jednego z moich braci z jakąś białowłosą dziewczyną. Energia Okesia była mocno wzburzona co mogło oznaczać tylko jedno. Jest wściekły, a to niedobrze. Bardzo niedobrze. Co ja mam teraz zrobić? Myśl Soraya, myśl!
Myśli...
Zaraz zaraz. No tak! Myśli!
~ Jesteś tam, prawda? Słyszysz mnie? ~ Zamknęłam oczy, by móc się lepiej skupić. Od razu wyczułam obecność mojej smoczycy. Jest już dorosła. Jej zdolności, skrzętnie przez nas ukrywane, także się w pełni rozwinęły. Kazałam jej trenować z dala od Akademii, na wyspach nieco oddalonych od Smoczych. Dlatego omijałam zajęcia. Nie mogłam na nie się stawić bez smoka.
~ Jestem Sorayo. Zawsze jestem ~ odpowiedziała mi krysztalica. ~ W czym ci pomóc?
~ Zabierz mnie stąd. Błagam...
~ Już do ciebie lecę. ~ Nie minęła minuta, a szklana powłoka kopuły, która wznosiła się nad ogrodem zaczęła pękać, łamać się, aż olbrzymie odłamki szkła runęły na ziemię, niszcząc unikatowe, rzadkie oraz niezwykle cenne rośliny. Elficcy ogrodnicy nie będą z tegoż faktu zadowoleni. Cóż, smoczyca postarała się o wielkie wejście, jak zwykle zresztą. Wylądowała tuż obok mnie, zasłaniając tym samym Oktayowi, który już był blisko. Jak nic zabrałby mnie siłą z powrotem na oddział, a tego nie chciałam. Nie mogłam tam wrócić. Bracia powinni skupić się na toczonej właśnie bitwie, nie na mnie. Wtedy byłam jedynie przeszkodą, dlatego musiałam zniknąć. Dzięki temu także ich obroniłam. Skupią się na ważniejszych rzeczach. Poza tym, Tobiraya powinien w pierwszej kolejności zadbać o Anę. Była w szóstym miesiącu ciąży, a znając jej charakterek, pewnie jeszcze nie raz da mu popalić. Ana, dawnośmy się nie widziały z moja szwagierko.
Na tyle szybko, na ile pozwalały mi moje siły, wdrapałam się na kryształowego stwora, który pomógł mi w dostaniu się na jej grzbiet. Zjechałam po gładkiej powierzchni, by ukryć się choć trochę w zagłębieniu szyjnym. Przytuliłam się do smoczycy, której kryształowa skóra była wyjątkowo ciepła. Zaczęła mnie natychmiast ogrzewać, dzięki czemu nie trzęsłam się już tak bardzo. Płaszcz i prześcieradło zsunęły się ze mnie i poleciały, by dołączyć do ruin szklanej kopuły. Moje nagie ramiona i plecy zostały okryte jedynie warstwą z rozwianych na wszystkie strony świata włosów.
Smok poszybował w górę, zostawiając za sobą chaos i mego brata. Choć moja decyzja o ucieczce była nagła to wiedziałam, że zrobiłam dobrze. Odciągnęłabym od Akademii część wrogiego wojska, moja smoczyca uporałaby się z pomiotami, zaś niedobitki, które jakimś cudem za mną podążą, zginą w podziemiu. Tam żadna czarna magia nie ma prawa bytu. Jaszczur przeleciał nad murem, który okrążał całą Akademię, a gdy chciałam spytać jak on się tu znalazł, smok pokazał mi w myślach jak to zrobiła i dlaczego. Tak jak się spodziewałam, kryształowy mur będzie nie do przebicia przez pomioty, demony, ludzi, czy samego Ciernia. Smoczyca doskonaliła swoje umiejętności od kilku miesięcy, a w połączeniu z moją energią i umysłem będzie nie do sforsowania.
~ Świetnie się spisałaś.
~ Jak zawsze... ~ odpowiedziała mi w myślach tonem pełnym wyższości, ale również czułości. ~ Gdzie teraz?
~ Do mojego domu. Muszę wziąć stamtąd kilka rzeczy.
***
Gdy dotarłyśmy na wybrzeże, pomiotów już tak nie przybywało. Było ich coraz mniej, zapewne wszystkie ruszyły w kierunku centrum wyspy. Zapewne będą chciały otoczyć gmach Akademii, zmęczyć naszych wojowników i utorować drogę nowym oddziałom. Mądre, ale przewidywalne. Z pewnością nadchodzące wojska Ciernia są o wiele silniejsze niż te, które uderzyły teraz na Eter. Smoczyca wylądowała przed tylnym wejściem do mojego domu. Pomogła mi zejść ze swojego grzbietu. Jak tylko stanęłam na własnych nogach, niemal od razu upadłam. Wciąż nie za dobrze się czułam, jednak zawroty głowy powoli ustępowały. Gdyby tak samo było z moim osłabieniem... Od tamtej pory nic już nie chroniło mnie przed zimnem, które uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Trzęsąc się niczym galareta, podreptałam przez wydmy do tylnego wejścia. Całe szczęście, że schowałam zapasowe klucze pod doniczką. Z trudem schyliłam się, uważając przy tym na szwy na plecach. Nie obyło się bez zakłucia bólu, jednak po kilku minutach męczarni w drżących dłoniach trzymałam pęk kluczy. Minęły kolejne minuty, kiedy mozolnie otwierałam każdy zamek po kolei. Że też zachciało mi się dodatkowych zamków! Powinna byłam zainwestować w technologię, ale nie... Wybrałam tradycyjne sposoby zamykania. Jak tylko uporam się z nadchodzącą armią Ciernia zajmę się tymi cholernymi zamkami. Po niekończącej się męce z kluczami, wreszcie dostałam się do domu, zamykając za sobą z trzaskiem drzwi. Czułam się fatalnie, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię potrzebną do życia, co w sumie nie było takie dalekie od prawdy. Mało krwi w moich żyłach krążyło, co było przyczyną większości dolegliwości. Ale spokojnie. Zaraz poczuję się lepiej. Muszę tylko dostać się do laboratorium, do zapasów leków przewidzianych na właśnie takie sytuacje, w jakiej teraz jestem. Tak, właśnie tak. Mam w domu woreczki z krwią! Nie pytajcie po co. Po prostu przezorny zawsze ubezpieczony, jednak nie tego chcę akurat teraz użyć. Nie mam tyle czasu, by przez kilka godzin leżeć podpięta pod kolejną maszynę. Jakimś cudem udało mi się przemierzyć całą drogę do laboratorium szybciej niż się tego spodziewałam, jednakże ból z ran na plecach dawał o sobie znać coraz częściej. Dysząc, dopadłam do drzwi pomieszczenia, po czym je otworzyłam. Starłam pot z czoła, który paroma kroplami przyozdobił moją głowę. Niczym spragniony wędrowiec, dopadłam do odpowiedniej szafki, jakby ta była cudowną oazą na środku gorącej pustyni. Zaczęłam przeszukiwać kolejne półki, by znaleźć to, po co tu przyszłam. Po kolejnej długiej chwili w moje niemal sine ręce wpadły fiolki, tak usilnie przeze mnie poszukiwane. Wyjęłam to, co znalazły ręce ostrożnie, w końcu to ostatnie próbki z tym roztworem, jakie udało mi się stworzyć. Było ich dokładnie cztery i każda na wagę złota. Przynajmniej dla mnie. Zastygłam w bezruchu, patrząc na przejrzyste fiolki, w których iskrzyła się ciemna, burgundowa substancja. Nie powinna byłam robić tego, co aktualnie zamierzałam, jednak nie miałam wyjścia. To jedyna słuszna droga. Mój stan i tak był już fatalny. Powrót do pełnej sprawności zająłby mi przynajmniej kilka tygodni, więc... Co mi szkodziło zaryzykować? Westchnęłam ciężko, podejmując trudną decyzję. Mam plan, jego etapy przemyślałam i przeanalizowałam wystarczająco dużo razy. Nie dam się wziąć żywcem. Jeśli Cierń chce mojej osoby, będzie musiał się osobiście pofatygować. Ja tanio skóry nie sprzedam.
Zamknęłam szafkę, po czym wstałam powoli podpierając się o blat. Rozejrzałam się po wnętrzu mojego zagraconego laboratorium, jakbym robiła to ostatni raz. Kolejne westchnienie wydobyło się z moich ust. Spuściwszy głowę na dół, opuściłam labo i podążyłam w stronę wielkich schodów, by dostać się do mojej sypialni. Szłam powoli, krok za krokiem, stopień za stopniem. Gdy dotarłam do swojego pokoju pot ponownie przyozdobił moje czoło. Podpierając się ściany dostałam się do środka i niemal od razu doczłapałam do szafy z ubraniami. Otworzyłam ją, zaczęłam powolutku przetrząsać znajdujące się w niej sterty ubrań. Znalazłam mój stary podkoszulek, który zazwyczaj służył mi za piżamę, oraz brązową kurtkę ze smoczej skóry. Spróbowałam podnieść się z podłogi, no ale nie udało mi się to. Zawroty głowy powróciły, tak samo jak mdłości. Oparłam się bokiem o łóżko, przymykając na moment oczy, które coraz trudniej utrzymywałam otwarte. Nie. Nie wolno mi teraz spać. Muszę pomóc braciom, Akademii. Ochronić tych na których mi zależy.
Ochronić Oriona.
Nie wiem dlaczego, ale gdy o nim myślę to moje serce dziwnie przyspiesza. Do głowy wkradają się wspomnienia naszego pocałunku. Poczułam jak na moją twarz wstępują rumieńce. Co się ze mną dzieje? Najwyższa pora się ogarnąć. Jeszcze raz spróbowałam wstać i tym razem udało mi się. Powoli, w ślimaczym tempie usiadłam na łóżku. W szpitalu zakazano mu podnosić ręce, jednak jakoś muszę się ubrać, prawda? Zanim się za to wzięłam, odkorkowałam jedną fiolkę i wzięłam maleńki łyczek. Smak tego ekstraktu był jak zwykle obrzydliwy, aczkolwiek ulga w bólu była niemal natychmiastowa. Ból zelżał na tyle, że mogłam poruszyć bez problemu ramionami. Cuda postępującej medycyny, tak większość by nazwała owe serum, jednak jest to tylko, jakby to ująć, prototyp. Nietestowany lek. Moje najnowsze dzieło. Chciałam je jeszcze przetestować, a gdyby wyniki były zadowalające, to przesłałabym to Adris, by podawała je rannym na oddziale szpitalnym. Lecz u progu wojny, nie ma czasu na serie próbne. Liczyła się każda cenna sekunda. Jeśli serum okazałoby się niedopracowane, najwyżej moje ciało uległoby sparaliżowaniu na jakiś czas. Cóż, byłam w stanie ponieść to ryzyko, ale jak dotąd czułam się nieźle, bóle też ustały. Oby tak pozostało. Gdy upewniłam się, że jestem władna mało wiele ruszać nogami, a co najważniejsze rękami, ubrałam na siebie koszulkę ze sporym dekoltem i na to moją starą kurtkę. W jej zamaskowanych kieszonkach wciąż były ukryte zapasowe magazynki z nabojami. Kompletnie ubrana, wyszłam z pokoju po drodze zahaczając o jedne z drzwi. Odkąd wróciłam na Eter nie otworzyłam ich ani razu, jakoś nie mogłam się przemóc. Jednakże teraz... coś mnie ciągnęło w stronę tego zamkniętego pomieszczenia. Patrzyłam przez chwilę na drewniane drzwi. Wiedziałam, że z jednej strony marnuję czas, ale z drugiej, tęskniłam na NIM. Tak bardzo... Ręką sięgnęłam do klamki. Moje lekko drżące palce spoczęły na chłodnym metalu i przekręciły go szybko. Pchnęłam drzwi, a do moich nozdrzy dostał się drażliwy zapach oraz drobiny kurzu. Zakaszlałam kilka razy. Przekroczyłam próg pokoju, który kiedyś należał do mojego najmłodszego brata, Katsuyi. Na samo jego wspomnienie coś boleśnie zakuło mnie w klatce piersiowej, tak mocno, że aż złapałam się za serce. To wciąć bolało. Bardzo. Nie mogłam. Musiała wyjść z tego pokoju, bo inaczej szlak by mnie trafił. To nadal tak cholernie bolało..! Zamknęłam za sobą z hukiem drzwi. Wyszłam na korytarz i podążyłam do schodów, by zejść na dół do laboratorium. Czułam jak moje dłonie drżały, jak odpływa z nich resztka krwi, sprawiając, że stawały się sine. Nie, nie Soraya. Opanuj się! Nie daj się, pokonasz to! Nie myśl o tym. Skup się na rzeczywistości. To ona jest teraz najważniejsza. Na bosaka zeszłam po chodach, skręciłam do gabinetu, który przerobiłam na tymczasowe laboratorium. Z niego, przeszłam do kolejnego pomieszczenia, znacznie większego, które posiadało zejście do piwnic, no i tajne wyjście z podziemnych tuneli rozciągających się pod wyspą. To pomieszczenie to taka prowizoryczna zbrojownia, lub w tym przypadku bardziej adekwatną nazwą byłoby składzik na broń. Zapaliłam światło. Bez większego zastanowienia sięgnęłam po moje ulubione RGP Machy 5. Te cudeńka jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Włożyłam pistolety w odpowiednie kieszenie w spodniach i sięgnęłam po ostatnie dwie bronie. Po dwa samurajskie miecze, których czarne wypolerowane ostrza lśniły gotowe do poderżnięcia gardeł.
***
Na dworze panowała już noc. Szum fal oraz lekka morska bryza łagodziły moje nerwy i przynosiły duszy ukojenie. Stałam sama, na plaży. W towarzystwie zachmurzonego nieba. W powietrzu unosił się elektryzujący zapach burzy i słonawa woń morza.. Wciągając go czułam, jak wszystkie włoski na ciele stawały mi dęba. Adrenalina pomagała krwi szybciej krążyć w żyłach. Miałam jej w sobie mało. Dlatego wciąż byłam rozkojarzona, w głowie mi się kręciło. Mimo to wszystko, ja wciąż tam stałam. Wiatr rozwiewał delikatnie moje rozpuszczone długie włosy. Wstążkę mamy miałam zawiązaną na ręce, mój szczęśliwy amulet. Jednak tym razem ubrałam jeszcze jeden, czyli medalion, który dzięki dekoltowi aż do połowy żeber był doskonale widoczny. Srebrny wisior spoczywał w zagłębieniu między moimi piersiami.
Czekałam.
Wyczuwałam zło nadchodzące ku wyspom z oddali. Było już niedaleko, coraz bliżej. Wyszłam mu na przeciw. Nie bałam się nadchodzącego zła, ponieważ miałam już nieprzyjemność poznać jego źródło. Byłam sama. Tylko ja, morze i moje myśli, które krążyły wokół wybranych osób. Moja rodzina, ta jej część, która ocalała także stanęła do walki. Wyczuwałam ich, rozdzielili się. To mądre z ich strony. Winry, dziewczyna, która stała mi się bliska niczym siostra, której nigdy nie miałam. Parszywy Drake, którego w głębi serca, tak czarnego jak moje oczy, nadal kochałam jak brata. Amarisa, Naxia, Reo, Kaio, Ikou... to jeszcze mały chłopiec, dziecko. No i Orion. Jedna wielka, chodząca niewiadoma. Jego imię skądś znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie je słyszałam, a słyszałam na pewno. Orion... Ta wyprana z wszelkich emocji twarz i oczy, które go zawsze zdradzały. Jest niczym ocean, spokojny i opanowany. Jednak gdy się denerwuje zamienia się w pustoszący wszystko sztorm. Siłę nie do zatrzymania. Tajemnicę, którą chciałam rozwiązać. Chciałam choć raz jeszcze ujrzeć te jego niby obojętną twarz, poczuć dotyk jego dłoni, ciepło jego ciała. Poczuć prawdziwy spokój. Ale wiem, że mnie on nigdy nie będzie dany. Zbrodniarze i mordercy nie zasługują na spokój i szczęście. Moje miejsce to najgłębszy zakątek na dnie piekła.
Westchnęłam przeciągle, jednocześnie zamykając oczy. Drżenie rąk powoli ustawało, moją twarz przyozdobiła typowa dla mnie maska obojętności i wyniosłości. Gdy otworzyłam ponownie swoje oczy spojrzałam przed siebie, w kierunku z którego nadejść miała już niedługo wroga armia. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam się tak jakbym żegnała się ze światem. Niemniej jednak, byłam gotowa na powitanie. Xodo, czekam na ciebie.
< Po wielu mękach, bólach i nie wiem co jeszcze, jest coś ode mnie. Długie, wiem, ale takie być musi. Za jakiś czas wyjaśni się dlaczego. Kto chce, może odpisać. Byłoby mi bardzo miło. >
Gdy Zen wraz ze swoim interesującym Haresem mnie zostawili, w oddali dostrzegłam Oktaya, jednego z moich braci z jakąś białowłosą dziewczyną. Energia Okesia była mocno wzburzona co mogło oznaczać tylko jedno. Jest wściekły, a to niedobrze. Bardzo niedobrze. Co ja mam teraz zrobić? Myśl Soraya, myśl!
Myśli...
Zaraz zaraz. No tak! Myśli!
~ Jesteś tam, prawda? Słyszysz mnie? ~ Zamknęłam oczy, by móc się lepiej skupić. Od razu wyczułam obecność mojej smoczycy. Jest już dorosła. Jej zdolności, skrzętnie przez nas ukrywane, także się w pełni rozwinęły. Kazałam jej trenować z dala od Akademii, na wyspach nieco oddalonych od Smoczych. Dlatego omijałam zajęcia. Nie mogłam na nie się stawić bez smoka.
~ Jestem Sorayo. Zawsze jestem ~ odpowiedziała mi krysztalica. ~ W czym ci pomóc?
~ Zabierz mnie stąd. Błagam...
~ Już do ciebie lecę. ~ Nie minęła minuta, a szklana powłoka kopuły, która wznosiła się nad ogrodem zaczęła pękać, łamać się, aż olbrzymie odłamki szkła runęły na ziemię, niszcząc unikatowe, rzadkie oraz niezwykle cenne rośliny. Elficcy ogrodnicy nie będą z tegoż faktu zadowoleni. Cóż, smoczyca postarała się o wielkie wejście, jak zwykle zresztą. Wylądowała tuż obok mnie, zasłaniając tym samym Oktayowi, który już był blisko. Jak nic zabrałby mnie siłą z powrotem na oddział, a tego nie chciałam. Nie mogłam tam wrócić. Bracia powinni skupić się na toczonej właśnie bitwie, nie na mnie. Wtedy byłam jedynie przeszkodą, dlatego musiałam zniknąć. Dzięki temu także ich obroniłam. Skupią się na ważniejszych rzeczach. Poza tym, Tobiraya powinien w pierwszej kolejności zadbać o Anę. Była w szóstym miesiącu ciąży, a znając jej charakterek, pewnie jeszcze nie raz da mu popalić. Ana, dawnośmy się nie widziały z moja szwagierko.
Na tyle szybko, na ile pozwalały mi moje siły, wdrapałam się na kryształowego stwora, który pomógł mi w dostaniu się na jej grzbiet. Zjechałam po gładkiej powierzchni, by ukryć się choć trochę w zagłębieniu szyjnym. Przytuliłam się do smoczycy, której kryształowa skóra była wyjątkowo ciepła. Zaczęła mnie natychmiast ogrzewać, dzięki czemu nie trzęsłam się już tak bardzo. Płaszcz i prześcieradło zsunęły się ze mnie i poleciały, by dołączyć do ruin szklanej kopuły. Moje nagie ramiona i plecy zostały okryte jedynie warstwą z rozwianych na wszystkie strony świata włosów.
Smok poszybował w górę, zostawiając za sobą chaos i mego brata. Choć moja decyzja o ucieczce była nagła to wiedziałam, że zrobiłam dobrze. Odciągnęłabym od Akademii część wrogiego wojska, moja smoczyca uporałaby się z pomiotami, zaś niedobitki, które jakimś cudem za mną podążą, zginą w podziemiu. Tam żadna czarna magia nie ma prawa bytu. Jaszczur przeleciał nad murem, który okrążał całą Akademię, a gdy chciałam spytać jak on się tu znalazł, smok pokazał mi w myślach jak to zrobiła i dlaczego. Tak jak się spodziewałam, kryształowy mur będzie nie do przebicia przez pomioty, demony, ludzi, czy samego Ciernia. Smoczyca doskonaliła swoje umiejętności od kilku miesięcy, a w połączeniu z moją energią i umysłem będzie nie do sforsowania.
~ Świetnie się spisałaś.
~ Jak zawsze... ~ odpowiedziała mi w myślach tonem pełnym wyższości, ale również czułości. ~ Gdzie teraz?
~ Do mojego domu. Muszę wziąć stamtąd kilka rzeczy.
***
Gdy dotarłyśmy na wybrzeże, pomiotów już tak nie przybywało. Było ich coraz mniej, zapewne wszystkie ruszyły w kierunku centrum wyspy. Zapewne będą chciały otoczyć gmach Akademii, zmęczyć naszych wojowników i utorować drogę nowym oddziałom. Mądre, ale przewidywalne. Z pewnością nadchodzące wojska Ciernia są o wiele silniejsze niż te, które uderzyły teraz na Eter. Smoczyca wylądowała przed tylnym wejściem do mojego domu. Pomogła mi zejść ze swojego grzbietu. Jak tylko stanęłam na własnych nogach, niemal od razu upadłam. Wciąż nie za dobrze się czułam, jednak zawroty głowy powoli ustępowały. Gdyby tak samo było z moim osłabieniem... Od tamtej pory nic już nie chroniło mnie przed zimnem, które uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Trzęsąc się niczym galareta, podreptałam przez wydmy do tylnego wejścia. Całe szczęście, że schowałam zapasowe klucze pod doniczką. Z trudem schyliłam się, uważając przy tym na szwy na plecach. Nie obyło się bez zakłucia bólu, jednak po kilku minutach męczarni w drżących dłoniach trzymałam pęk kluczy. Minęły kolejne minuty, kiedy mozolnie otwierałam każdy zamek po kolei. Że też zachciało mi się dodatkowych zamków! Powinna byłam zainwestować w technologię, ale nie... Wybrałam tradycyjne sposoby zamykania. Jak tylko uporam się z nadchodzącą armią Ciernia zajmę się tymi cholernymi zamkami. Po niekończącej się męce z kluczami, wreszcie dostałam się do domu, zamykając za sobą z trzaskiem drzwi. Czułam się fatalnie, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię potrzebną do życia, co w sumie nie było takie dalekie od prawdy. Mało krwi w moich żyłach krążyło, co było przyczyną większości dolegliwości. Ale spokojnie. Zaraz poczuję się lepiej. Muszę tylko dostać się do laboratorium, do zapasów leków przewidzianych na właśnie takie sytuacje, w jakiej teraz jestem. Tak, właśnie tak. Mam w domu woreczki z krwią! Nie pytajcie po co. Po prostu przezorny zawsze ubezpieczony, jednak nie tego chcę akurat teraz użyć. Nie mam tyle czasu, by przez kilka godzin leżeć podpięta pod kolejną maszynę. Jakimś cudem udało mi się przemierzyć całą drogę do laboratorium szybciej niż się tego spodziewałam, jednakże ból z ran na plecach dawał o sobie znać coraz częściej. Dysząc, dopadłam do drzwi pomieszczenia, po czym je otworzyłam. Starłam pot z czoła, który paroma kroplami przyozdobił moją głowę. Niczym spragniony wędrowiec, dopadłam do odpowiedniej szafki, jakby ta była cudowną oazą na środku gorącej pustyni. Zaczęłam przeszukiwać kolejne półki, by znaleźć to, po co tu przyszłam. Po kolejnej długiej chwili w moje niemal sine ręce wpadły fiolki, tak usilnie przeze mnie poszukiwane. Wyjęłam to, co znalazły ręce ostrożnie, w końcu to ostatnie próbki z tym roztworem, jakie udało mi się stworzyć. Było ich dokładnie cztery i każda na wagę złota. Przynajmniej dla mnie. Zastygłam w bezruchu, patrząc na przejrzyste fiolki, w których iskrzyła się ciemna, burgundowa substancja. Nie powinna byłam robić tego, co aktualnie zamierzałam, jednak nie miałam wyjścia. To jedyna słuszna droga. Mój stan i tak był już fatalny. Powrót do pełnej sprawności zająłby mi przynajmniej kilka tygodni, więc... Co mi szkodziło zaryzykować? Westchnęłam ciężko, podejmując trudną decyzję. Mam plan, jego etapy przemyślałam i przeanalizowałam wystarczająco dużo razy. Nie dam się wziąć żywcem. Jeśli Cierń chce mojej osoby, będzie musiał się osobiście pofatygować. Ja tanio skóry nie sprzedam.
Zamknęłam szafkę, po czym wstałam powoli podpierając się o blat. Rozejrzałam się po wnętrzu mojego zagraconego laboratorium, jakbym robiła to ostatni raz. Kolejne westchnienie wydobyło się z moich ust. Spuściwszy głowę na dół, opuściłam labo i podążyłam w stronę wielkich schodów, by dostać się do mojej sypialni. Szłam powoli, krok za krokiem, stopień za stopniem. Gdy dotarłam do swojego pokoju pot ponownie przyozdobił moje czoło. Podpierając się ściany dostałam się do środka i niemal od razu doczłapałam do szafy z ubraniami. Otworzyłam ją, zaczęłam powolutku przetrząsać znajdujące się w niej sterty ubrań. Znalazłam mój stary podkoszulek, który zazwyczaj służył mi za piżamę, oraz brązową kurtkę ze smoczej skóry. Spróbowałam podnieść się z podłogi, no ale nie udało mi się to. Zawroty głowy powróciły, tak samo jak mdłości. Oparłam się bokiem o łóżko, przymykając na moment oczy, które coraz trudniej utrzymywałam otwarte. Nie. Nie wolno mi teraz spać. Muszę pomóc braciom, Akademii. Ochronić tych na których mi zależy.
Ochronić Oriona.
Nie wiem dlaczego, ale gdy o nim myślę to moje serce dziwnie przyspiesza. Do głowy wkradają się wspomnienia naszego pocałunku. Poczułam jak na moją twarz wstępują rumieńce. Co się ze mną dzieje? Najwyższa pora się ogarnąć. Jeszcze raz spróbowałam wstać i tym razem udało mi się. Powoli, w ślimaczym tempie usiadłam na łóżku. W szpitalu zakazano mu podnosić ręce, jednak jakoś muszę się ubrać, prawda? Zanim się za to wzięłam, odkorkowałam jedną fiolkę i wzięłam maleńki łyczek. Smak tego ekstraktu był jak zwykle obrzydliwy, aczkolwiek ulga w bólu była niemal natychmiastowa. Ból zelżał na tyle, że mogłam poruszyć bez problemu ramionami. Cuda postępującej medycyny, tak większość by nazwała owe serum, jednak jest to tylko, jakby to ująć, prototyp. Nietestowany lek. Moje najnowsze dzieło. Chciałam je jeszcze przetestować, a gdyby wyniki były zadowalające, to przesłałabym to Adris, by podawała je rannym na oddziale szpitalnym. Lecz u progu wojny, nie ma czasu na serie próbne. Liczyła się każda cenna sekunda. Jeśli serum okazałoby się niedopracowane, najwyżej moje ciało uległoby sparaliżowaniu na jakiś czas. Cóż, byłam w stanie ponieść to ryzyko, ale jak dotąd czułam się nieźle, bóle też ustały. Oby tak pozostało. Gdy upewniłam się, że jestem władna mało wiele ruszać nogami, a co najważniejsze rękami, ubrałam na siebie koszulkę ze sporym dekoltem i na to moją starą kurtkę. W jej zamaskowanych kieszonkach wciąż były ukryte zapasowe magazynki z nabojami. Kompletnie ubrana, wyszłam z pokoju po drodze zahaczając o jedne z drzwi. Odkąd wróciłam na Eter nie otworzyłam ich ani razu, jakoś nie mogłam się przemóc. Jednakże teraz... coś mnie ciągnęło w stronę tego zamkniętego pomieszczenia. Patrzyłam przez chwilę na drewniane drzwi. Wiedziałam, że z jednej strony marnuję czas, ale z drugiej, tęskniłam na NIM. Tak bardzo... Ręką sięgnęłam do klamki. Moje lekko drżące palce spoczęły na chłodnym metalu i przekręciły go szybko. Pchnęłam drzwi, a do moich nozdrzy dostał się drażliwy zapach oraz drobiny kurzu. Zakaszlałam kilka razy. Przekroczyłam próg pokoju, który kiedyś należał do mojego najmłodszego brata, Katsuyi. Na samo jego wspomnienie coś boleśnie zakuło mnie w klatce piersiowej, tak mocno, że aż złapałam się za serce. To wciąć bolało. Bardzo. Nie mogłam. Musiała wyjść z tego pokoju, bo inaczej szlak by mnie trafił. To nadal tak cholernie bolało..! Zamknęłam za sobą z hukiem drzwi. Wyszłam na korytarz i podążyłam do schodów, by zejść na dół do laboratorium. Czułam jak moje dłonie drżały, jak odpływa z nich resztka krwi, sprawiając, że stawały się sine. Nie, nie Soraya. Opanuj się! Nie daj się, pokonasz to! Nie myśl o tym. Skup się na rzeczywistości. To ona jest teraz najważniejsza. Na bosaka zeszłam po chodach, skręciłam do gabinetu, który przerobiłam na tymczasowe laboratorium. Z niego, przeszłam do kolejnego pomieszczenia, znacznie większego, które posiadało zejście do piwnic, no i tajne wyjście z podziemnych tuneli rozciągających się pod wyspą. To pomieszczenie to taka prowizoryczna zbrojownia, lub w tym przypadku bardziej adekwatną nazwą byłoby składzik na broń. Zapaliłam światło. Bez większego zastanowienia sięgnęłam po moje ulubione RGP Machy 5. Te cudeńka jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Włożyłam pistolety w odpowiednie kieszenie w spodniach i sięgnęłam po ostatnie dwie bronie. Po dwa samurajskie miecze, których czarne wypolerowane ostrza lśniły gotowe do poderżnięcia gardeł.
***
Na dworze panowała już noc. Szum fal oraz lekka morska bryza łagodziły moje nerwy i przynosiły duszy ukojenie. Stałam sama, na plaży. W towarzystwie zachmurzonego nieba. W powietrzu unosił się elektryzujący zapach burzy i słonawa woń morza.. Wciągając go czułam, jak wszystkie włoski na ciele stawały mi dęba. Adrenalina pomagała krwi szybciej krążyć w żyłach. Miałam jej w sobie mało. Dlatego wciąż byłam rozkojarzona, w głowie mi się kręciło. Mimo to wszystko, ja wciąż tam stałam. Wiatr rozwiewał delikatnie moje rozpuszczone długie włosy. Wstążkę mamy miałam zawiązaną na ręce, mój szczęśliwy amulet. Jednak tym razem ubrałam jeszcze jeden, czyli medalion, który dzięki dekoltowi aż do połowy żeber był doskonale widoczny. Srebrny wisior spoczywał w zagłębieniu między moimi piersiami.
Czekałam.
Wyczuwałam zło nadchodzące ku wyspom z oddali. Było już niedaleko, coraz bliżej. Wyszłam mu na przeciw. Nie bałam się nadchodzącego zła, ponieważ miałam już nieprzyjemność poznać jego źródło. Byłam sama. Tylko ja, morze i moje myśli, które krążyły wokół wybranych osób. Moja rodzina, ta jej część, która ocalała także stanęła do walki. Wyczuwałam ich, rozdzielili się. To mądre z ich strony. Winry, dziewczyna, która stała mi się bliska niczym siostra, której nigdy nie miałam. Parszywy Drake, którego w głębi serca, tak czarnego jak moje oczy, nadal kochałam jak brata. Amarisa, Naxia, Reo, Kaio, Ikou... to jeszcze mały chłopiec, dziecko. No i Orion. Jedna wielka, chodząca niewiadoma. Jego imię skądś znałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie je słyszałam, a słyszałam na pewno. Orion... Ta wyprana z wszelkich emocji twarz i oczy, które go zawsze zdradzały. Jest niczym ocean, spokojny i opanowany. Jednak gdy się denerwuje zamienia się w pustoszący wszystko sztorm. Siłę nie do zatrzymania. Tajemnicę, którą chciałam rozwiązać. Chciałam choć raz jeszcze ujrzeć te jego niby obojętną twarz, poczuć dotyk jego dłoni, ciepło jego ciała. Poczuć prawdziwy spokój. Ale wiem, że mnie on nigdy nie będzie dany. Zbrodniarze i mordercy nie zasługują na spokój i szczęście. Moje miejsce to najgłębszy zakątek na dnie piekła.
Westchnęłam przeciągle, jednocześnie zamykając oczy. Drżenie rąk powoli ustawało, moją twarz przyozdobiła typowa dla mnie maska obojętności i wyniosłości. Gdy otworzyłam ponownie swoje oczy spojrzałam przed siebie, w kierunku z którego nadejść miała już niedługo wroga armia. Nie wiedziałam dlaczego, ale czułam się tak jakbym żegnała się ze światem. Niemniej jednak, byłam gotowa na powitanie. Xodo, czekam na ciebie.
< Po wielu mękach, bólach i nie wiem co jeszcze, jest coś ode mnie. Długie, wiem, ale takie być musi. Za jakiś czas wyjaśni się dlaczego. Kto chce, może odpisać. Byłoby mi bardzo miło. >
16 sierpnia 2017
Od Ariany CD Antonio
Jeśli to był Awisin... to jak.jak tata się tu znalazł? Podobno nie żyje..a tu proszę.. Może to nie on? Chociaż wyraźnie mi na to wskazuje.. Tylko dlaczego nie został tu ze mną tylko odszedł? Ukrywa się? Prawdopodobnie.. Jeszcze cię znajdę ojcze.
~Ariana, osłaniam cię, lecz nadal jesteś narażona na ataki.. Wiem, że to wszystko bolesne, ale musisz wziąć się w garść.. Jeszcze nie widziałem jak płaczesz..jest to również dla mnie bolesne patrzeć na ciebie w takim stanie moja droga-Zdanie Spire postawiło mnie na nogi.. Nawet nie zauważyłam, że po moich policzkach spłynęły łzy.. Spire wraz z Antoniem ochraniają mnie przed pomiotami.. Tak nie może być! Sama potrafię stawić im czoła. Uniosłam miecz i zerwałam się do ataku, postanowiłam walczyć u boku Antonia.. Może i kiedyś tego pożałuję..ale cóż.
Walczyliśmy bok w bok, każde z osobna ochraniało siebie nawzajem, szło nam..muszę przyznać dość sprawnie. Nie było to dla nas wyczynem zabić dziesiątki stworów.
Zważając na to, iż jeden z pomiotów zakrada się na chłopaka, wyciągnęłam pośpiesznie jeden z noży i rzuciłam w wroga, który po chwili padł martwy. Sam Antonio zwrócił się do mnie zdziwiony. Podeszłam do niego równocześnie zabierając swój nóż z ciała stwora.
-Jeszcze trochę i gdyby nie ja, było by po tobie-powiedziałam uśmiechając się lekko.
<Antonio? Ktoś?>
Od Antonia
- wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha -? powiedziałem szybko do niej podchodząc i zasłaniając dziewczynę przed ciosem pomiota. Widziałem jak jej smok machnął ogonem odtrącając cala grupę tych stworów. W tym samym momencie Lluvia wyleciała mi zza ramienia. Chyba również chciała walczyć. Jest już całkiem duża, lecz to nadal młode smoczatko.
- "tylko uważaj na siebie.." - ostrzegłem ja w myśli.
- "nie zawiodę cie" - odpowiedziała. Widziałem jak porywa pojedyncze pomioty w powietrze i upuszcza na inne. Cały czas zabijałem pomioty próbujące zbliżyć się do Ari.
- "Ciekawe co ją tak zmieszało..." - pomyślałem.
<Ariana?>
15 sierpnia 2017
Od Naxii CD Miguel
Od razu wyczułam u niego tą energię.. Wilkołak. Dawno z takimi nie miałam do czynienia, a tu proszę, kto mógł się spodziewać, że spotkam go tu na tej wyspie. Popatrzyłam na niego badawczo, nie wiedziałam zbytnio czy mu ufać..jest po naszej, czy ich stronie? Przedstawił się i cóż..zaczął gadać "od rzeczy".. Miły jest, nie powinnam posądzać go o przynależność do wrogiej armii Ciernia. Podałam mu swoją dłoń, lekko ściskając jego, jednak wciąż pozostałam ostrożna, nie dam się złapać na tanie gierki.
-Naxia. Miło mi cię poznać-przywitałam się.
<Miguel?>
Od Ariany CD Antonio
Wolałam wyjść niż pytać się o cokolwiek.. Drake i Zula razem.. Tego widoku chyba nigdy nie zapomnę.. Ale od kiedy oni razem? Zula mi nic nie powiedziała? To nie w jej stylu..zawsze mi mówiła, że gdy spotka tego jedynego to mi powie..no chyba że..nie! To nie możliwe by się z ni tylko bawiła.. Zula nie szuka faceta na jeden raz, nie jest taka, więc to musi być coś poważnego między nimi. Kto by się spodziewał.. Zula i Drake. Zula od dawna ma słabość do Draka, a w sumie po pierwszym spotkaniu było widać, że się nim interesuje.. A Drake? Hmm.. Kochał podobno Sorayę..co z nim jest? Ale widać w końcu spodobała mu się moja siostrunia, no cóż, ma ona urodę po matce, a jak wiadomo nasza mama była najpiękniejszą kobietą. Na myśl o rodzinie na mojej twarzy powstał szeroki uśmiech, który oczywiście od razu skryłam.. Nie lubię wyrażać swoich uczuć otwarcie.. Ja i Zula zawsze byłyśmy dla matki jej gwiazdkami.. Najbardziej z tego wszystkiego był poszkodowany Trevor, chociaż ten to nie lubił zbytnich czułości ze strony rodziców..za to ja mogłam go "pieścić" do woli, zawsze byliśmy razem, ja i on.. Te wszystkie akcje jakie razem urządzaliśmy.. Pamiętam jak raz zdarzyło się nam, że prawie spaliliśmy cały dom..szczęście, że udało nam się to ugasić i wszystko naprawić przed powrotem rodziny..
Chwyciłam pewniej miecz pożyczony od Draka z treningów.. Miałam ochotę w tej chwili wyładować cały ten żal do świata właśnie walcząc z pomiotami. Może i nie jestem jeszcze zbyt dobra w posługiwaniu się owym mieczem, ale myślę, że z pomiotami dam sobie nim radę.
Tak więc, wybiegłam z Akademii bocznym wyjściem. Od razu na dzień dobry rzuciło się na mnie sześć pomiotów. Wystarczyło się tylko okręcić, a miecz załatwił swoje. Wokół mnie leżało sześć ciał, które zabulgotały i zmieniły się w czarny dym. Kiedy usłyszałam smoczy ryk, wiedziałam do kogo należy, wyczuwałam jego energię od początku. Spire wylądował przy mnie tym samym pozbawiając życia jakiejś piętnastce pomiotom. Pogładziłam go po pysku i spojrzałam w jego oczy lekko przymrużając swoje.
~Damy im popalić co?-posłałam mu myśl i uśmiechnęłam się szeroko.
Zaczął się mój taniec z ostrzem, partnerów miałam słabych..każdy niestety czy też stety padał na ziemię martwy. Spire sprawował się równie dobrze..wiem doskonale na ile go stać, jednak wiem również, iż wszystkich umiejętności nie rozwinął doskonale i do maximum.
Pochłonięta wirem walki nie zważałam na nic..jednak mignięcie pewnej sylwetki sprawiło iż zatrzymałam się w bezruchu.. Wysoka postać w czarnej pelerynie i czarnej masce zakrywającej twarz.. Bez wątpienia mężczyzna..
Nagle znalazł się tuż przy mnie broniąc mnie od ciosu dwóch pomiotów, powalił je z zawrotną szybkością, którą widziałam dotąd tylko u jednego człowieka..
-Trzymaj się i daj im popalić!!-zawołał i po chwili jakby wyparował..
-Tata?..-szepnęłam cicho nie mogąc uwierzyć własnym oczom.. A może to tylko w mojej głowie? Po tych moich wspominkach?? Jednak sposób w jaki walczyła ta osoba..sposób poruszania się..głos i te ciemnoniebieskie oczy.. Cechy ojca..
-Hej! Wszystko dobrze?-usłyszałam głos za sobą, kiedy się odwróciłam zobaczyłam Antonia. Nie byłam w stanie nawet odpowiedzieć.. spławić go..powiedzieć żeby się odwalił..nic.
-jest..ok-wydusiłam tylko.
<Antonio?>
11 sierpnia 2017
Od Drake'a Cd Zula i Reszta
Zuzu zaproponowała byśmy się udali do braci Sor i dowiedzieli się czegoś więcej od nich. To dobry pomysł, jednak my wcale nie musimy szukać braci Dreyar.
-- Ja wiem dlaczego uciekła. Znając życie i ją samą, to pewnie już jest daleko poza murami Akademii. -- Zmartwiony złapałem Zulę za rękę i poprowadziłem nas do wyjścia. -- Dzięki Collin.
Wychodząc z oddziału poprowadziłem nas do wyjścia, zapewne tam już ktoś będzie. Niewykluczone, że walki z pomiotami już trwają.
-- Jak to wiesz czemu uciekła? -- spytała Zula, która w dwóch susach się ze mną zrównała.
-- Bo ją znam. Lepiej, niż ktokolwiek. Nawet lepiej od jej braci. Jej zachowanie może i wydaje się nierozumne, ale absolutnie takie nie jest. Zapewne będzie chciała gdzieś się ukryć. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest zdolna do walki. Ukryje się w takim miejscu, gdzie nikt się do niej nie dostanie. Tam będzie bezpieczna i dojdzie do siebie. Poza tym, gdyby tu została, wróg zniszczył by jedynie miejsce, gdzie możemy leczyć rannych. Postąpiła bardzo taktycznie, myśląc z wyprzedzeniem. Po trzecie i najważniejsze, jako ważny cel dla wroga, zapewne znaczna część wojska nieprzyjaciela ruszy w pościg właśnie za nią, ale spokojnie. Tam, dokąd się udała, nikt się nie przedrze.
Znaleźliśmy się na zewnątrz i ku mojemu zdziwieniu prawie nikt nie walczył z potworami Ciernia. Przed sobą miałem Oktaya maszerującego za rękę z Arrow, a na schodach prowadzących do Akademii siedział chyba Matayas z jakimś gościem, którego widzę chyba pierwszy raz na oczy.
< Zula? Inni? >
-- Ja wiem dlaczego uciekła. Znając życie i ją samą, to pewnie już jest daleko poza murami Akademii. -- Zmartwiony złapałem Zulę za rękę i poprowadziłem nas do wyjścia. -- Dzięki Collin.
Wychodząc z oddziału poprowadziłem nas do wyjścia, zapewne tam już ktoś będzie. Niewykluczone, że walki z pomiotami już trwają.
-- Jak to wiesz czemu uciekła? -- spytała Zula, która w dwóch susach się ze mną zrównała.
-- Bo ją znam. Lepiej, niż ktokolwiek. Nawet lepiej od jej braci. Jej zachowanie może i wydaje się nierozumne, ale absolutnie takie nie jest. Zapewne będzie chciała gdzieś się ukryć. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest zdolna do walki. Ukryje się w takim miejscu, gdzie nikt się do niej nie dostanie. Tam będzie bezpieczna i dojdzie do siebie. Poza tym, gdyby tu została, wróg zniszczył by jedynie miejsce, gdzie możemy leczyć rannych. Postąpiła bardzo taktycznie, myśląc z wyprzedzeniem. Po trzecie i najważniejsze, jako ważny cel dla wroga, zapewne znaczna część wojska nieprzyjaciela ruszy w pościg właśnie za nią, ale spokojnie. Tam, dokąd się udała, nikt się nie przedrze.
Znaleźliśmy się na zewnątrz i ku mojemu zdziwieniu prawie nikt nie walczył z potworami Ciernia. Przed sobą miałem Oktaya maszerującego za rękę z Arrow, a na schodach prowadzących do Akademii siedział chyba Matayas z jakimś gościem, którego widzę chyba pierwszy raz na oczy.
< Zula? Inni? >
Od Tobirayi Cd Tehane
Dziewczyna przedstawiła się po chwili milczenia, jakby rozważała podanie prawdziwego imienia. Skąd ja to znam... Koniec końców, wyjawiła swoje imię, mówiąc prawdę. Gdyby skłamała od razu bym to wyczuł.
-- Miło poznać, Tehane. -- Uśmiechnąłem się, tym razem nieco szerzej. Zlustrowałem ciało nastolatki, a jak tylko moje fachowe oko dostrzegło kilka cięć na jej ciele moja lekarska natura dała się we znaki. -- Jesteś ranna, prawda? Mógłbym opatrzyć twoje rany. Jestem medykiem. Jeśli nie chcesz ok, nie będę cię do niczego zmuszać. -- Jako medyk moim obowiązkiem jest pomagać tym, którzy tego potrzebują, a moim zdaniem Tehane tego właśnie wymagała. Zdałem sobie także sprawę z tego, że mój wygląd mógł ją nieco przerazić, w końcu jestem dość solidnie zbudowanym mężczyzną, jednak zawdzięczam to odwiecznym treningom i magii, która krąży w moich żyłach. Rozejrzałem się pospiesznie oceniając naszą aktualną sytuację. Pomiotów ubyło. Jak narazie nie atakowały nas. Zdecydowana większość z nich była już martwa, ale dam sobie rękę uciąć, że jakieś pokraki pochowały się po ciemnych uliczkach. Gdy tak się rozglądałem coś wielkiego i błyszczącego zleciało z nieba. Od razu wyczułem do bólu znajomą energię mojej siostry i jej smoka kryształowego, ale...
Co ona robi tak daleko od Akademii? I Gdzie do licha są Okeś i Mat?!
< Tehane? >
-- Miło poznać, Tehane. -- Uśmiechnąłem się, tym razem nieco szerzej. Zlustrowałem ciało nastolatki, a jak tylko moje fachowe oko dostrzegło kilka cięć na jej ciele moja lekarska natura dała się we znaki. -- Jesteś ranna, prawda? Mógłbym opatrzyć twoje rany. Jestem medykiem. Jeśli nie chcesz ok, nie będę cię do niczego zmuszać. -- Jako medyk moim obowiązkiem jest pomagać tym, którzy tego potrzebują, a moim zdaniem Tehane tego właśnie wymagała. Zdałem sobie także sprawę z tego, że mój wygląd mógł ją nieco przerazić, w końcu jestem dość solidnie zbudowanym mężczyzną, jednak zawdzięczam to odwiecznym treningom i magii, która krąży w moich żyłach. Rozejrzałem się pospiesznie oceniając naszą aktualną sytuację. Pomiotów ubyło. Jak narazie nie atakowały nas. Zdecydowana większość z nich była już martwa, ale dam sobie rękę uciąć, że jakieś pokraki pochowały się po ciemnych uliczkach. Gdy tak się rozglądałem coś wielkiego i błyszczącego zleciało z nieba. Od razu wyczułem do bólu znajomą energię mojej siostry i jej smoka kryształowego, ale...
Co ona robi tak daleko od Akademii? I Gdzie do licha są Okeś i Mat?!
< Tehane? >
Od Matayasa Cd Alvar
Słońce raziło coraz bardziej w oczy, dlatego poprawiłem okulary przeciwsłoneczne na sobie. Słowa Alvara rozbawiły mnie. No tak, to że kręcę się po Akademii może świadczyć o tym, że jestem jeźdźcem. Natomiast prawda jest inna, ale wybaczę tą pomyłkę facetowi. Zaśmiałem się pod nosem głośniej, jednocześnie wyczuwając zbliżającego się Oktaya w naszą stronę, ktoś mu nawet towarzyszył. Alvar spojrzał na mnie mrużąc oczy.
-- Muszę cię wyprowadzić z błędu. Ja nie jestem jeźdźcem, tylko matematykiem. Dwoje mojego młodszego rodzeństwa jest jeźdźcami. Twój plan może i wy wypalił, jednak trochę za późno na jego realizację. Jeden z głównych celów... chyba zwiał.
< Alvar? >
9 sierpnia 2017
Od Akiry CD Moyra
Kiedy Moyra mnie przytuliła, ja chwyciłem ją w pasie, uniosłem i pobiegłem do jej pokoju. Byłem przerażony. Nigdy wcześniej nie biegłem szybciej. Kiedy znalazłem się w pomieszczeniu, położyłem blondynkę na łóżku. Widziałem jak ją boli. Nie mogłem na to patrzeć. Przypominało mi się, jak moja siostra Shura uwalniała swoją moc. Byłem przy tym. Ten widok był podobny. Wreszcie się otrząsnąłem ze wspomnień i widząc, jak rękę Mo, zaciska Neron. Po chwili do pokoju wbiegł Jasper.
-Odsuńcie się!-krzyknął.
-Odsuńcie się!-krzyknął.
-Co się dzieje?!-zapytałem, patrząc na moją kochaną Księżniczkę, która zwijała się z bólu.
Ten widok był nie do wytrzymania. Wreszcie po kilku minutach ujrzałem, że poczuła się lepiej. Z pleców blondynki wyrosły piękne, białe skrzydła. Podszedłem do niej i pogłaskałem ją po policzku.
-Czujesz się już lepiej?-zapytałem.
Dziewczyna kiwnęła głową, a ja ją przytuliłem.
-Martwiłem się o ciebie...-szepnąłem jej do ucha.
Nadal ją do siebie przytulałem, patrząc na jej skrzydła. Teraz już całkowicie przypominała mi Shurę. Mają bardzo podobne skrzydła... Lekko pogłaskałem Moyrę po głowie.
<Moyra?>
Od Mirajane CD Avena
Byłam lekko przerażona przez to wszystko. Biedny Aven... Klątwa, a w swoim ciele może być tylko pół godziny. Było mi go tak szkoda. Wszystkiego słuchałam z ogromną ciekawością, ciągle patrząc na niego.
-W ciele człowieka możemy być tylko przez pół godziny nie więcej.. Chyba że..-nie dokończył.
-W ciele człowieka możemy być tylko przez pół godziny nie więcej.. Chyba że..-nie dokończył.
Bolało go... Widziałam. Szybko jednak uporał się z tym, a jego dłoń powędrowała na mój policzek. Zaczerwieniłam się i zamrugałam parę razy.
-Nie martw się piękna.-powiedział i zaczął zwijać się z bólu.
Pisnęłam z przerażeniem. Nie wiedziałam co mam zrobić. Aven przemienił się w tygrysa. Po jakimś czasie wstał i oparł łeb o moje kolana. Pogłaskałam go po głowie, a potem uklęknęłam przed nim i przytuliłam go. Było mi go tak szkoda... Lekko jeździłam dłonią po jego karku. Chciałam jednak wiedzieć co chciał mi powiedzieć przed tym, jak go zabolało. ,,W ciele człowieka możemy być tylko przez pół godziny nie więcej.. Chyba że..". Wreszcie lekko się odsunęłam od tygrysa i zaczęłam go drapać pod pyskiem.
-Szkoda, że nie zdążyłeś dokończyć... Pomogłabym ci...-powiedziałam cicho.
<Aven? ^^>
Od Zuli CD Drake
Nie wiedziałam czym takim zmartwił się Drake.. Chodź patrząc na to, iż łóżko należące do Sorayi było puste..mogłam się domyślić. Po chwili weszłam za Drakiem do sali oddziałowej. Znalazłam go rozmawiającego z Collinem, podeszłam do niego i położyłam dłoń na jego ramieniu.
-Co się stało?-zapytałam.
-Sor zniknęła...-odpowiedział. Westchnęłam cicho..nie wiedziałam co w tej sytuacji mam powiedzieć, co zrobić.. Jednak spojrzałam na Collina, on musiał coś wiedzieć.
-Collin, co się stało z Sorayą?-zapytałam. Popatrzył na mnie poważnie.
-Zniknęła.. Uciekła z oddziału, prawdopodobnie odleciała na smoku. Nic więcej nie wiem. -odpowiedział. -Przepraszam was, ale mam pracę-rzekł i oddalił się podchodząc do chorych.
Chwyciłam Draka za dłoń.
-Chodź, znajdziemy jej braci.. Muszą wiedzieć więcej niż Collin.-powiedziałam.
<Drake?>
Od Alory CD Tsuyoshi/Adris
Po kilku minutach Tsu udało się ubłagać Adris o jeszcze pięć minut ze mną. Poczułam jak chwyta moją dłoń, i patrzy na mnie swoimi brązowymi oczami.
-Dalej dalej, czas ucieka-usłyszeliśmy głos Adris, która po chwili zniknęła podchodząc do innych chorych na oddziale. W tym tłumie rozpoznałam sylwetkę Alarina, siedział przy swojej żonie..czyżby już? Będę musiała z nim później pogadać.
Popatrzyłam ponownie na Tsu, wyglądał na zmęczonego i trochę przybitego.. Ciekawe co robił przez ten cały czas, gdy nasza trójka była zamknięta w tym koszmarze.. Wyciągnęłam rękę i zdołałam tylko pogładzić go po policzku lekko się uśmiechając.
<Tsuyoshi?>
Od Moyry CD Akira
Rozumiałam Akirę, sama wiem, iż jestem słaba...ale nie mogę siedzieć w miejscu i nic nie robić gdy wszyscy inni walczą narażając swoje życie.. Ponowny zawrót głowy sprowadził mnie na ziemię, przytuliłam się do Akiry, ten złapał mnie w pasie i bez ostrzeżenia podniósł mnie.
~Mo, co się dzieje?-słyszałam myśl Nero..jednak nic nie odpowiedziałam.. Sama nie wiedziałam co się dzieje.. Czułam jakby ktoś rozrywał mnie na pół, okropny ból.. nie do zniesienia.. Akira zaniósł mnie do pokoju i położył na łóżku, wygięłam się w łuk pod wpływem ostrego bólu.
-Co się dzieje?!-usłyszałam głos Nero, a potem poczułam jak ściska moją dłoń swoją własną. Po chwili zamknął oczy i zaczął przesyłać mi pokłady energii, chciałam się wyrwać, jednak trzymał mą dłoń zbyt mocno..
-Nie rób tego.. wiesz że ty w tedy będziesz słaby-szepnęłam. Neron spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Poczułam jak odzyskuję energię, lecz to nic mi nie dawało.. nic a nic.
Krzyknęłam nie mogąc już znieść bólu, który z każdą sekundą się pogłębiał.
-Odsuńcie się!-usłyszałam głos Jaspera. Wrócił..wrócił do mnie.. Mój brat.
-Co się dzieje?-po raz kolejny padło to pytanie, tym razem z ust mojego księcia.. Akira był w szoku, widać nie mógł pojąć co się dzieje.. Z resztą jak i ja.. Mój brat jedynie, chyba wiedział o co chodzi.. Schylił się do mnie.
-Odkrywa się twoja postać..twoja moc-szepnął do ucha. Moc.. w końcu pojmę do czego jestem zdolna, i co to w ogóle jest.
---
Po kilku minutach, ból jakby trochę ustąpił, a zastąpiło go lekkie mrowienie na plecach.. co się dzieje? Poczółam jak coś rozrywa mi plecy, Jasper pomógł mi się podnieść.. Nie wierzyłam własnym oczom.. Ręką pogładziłam białe pióra należące do moich skrzydeł...

<Akira? Jasper?>
Od Avena CD Mirajane
Westchnąłem lekko patrząc na błękitnowłosą, po czym schyliłem głowę. Powrót do wspomnień sprzed kilkunastu lat nie było dla mnie zbyt miłe.. Zacząłem opowiadać jak to się wszystko stało, no ale cóż, musiałem się sprężać..czas to czas.
-Posiadam dwóch braci.. oni również są pod wpływem klątwy tygrysa. To wszystko stało się pięćset lat temu..gdy Kishan wdał się w walkę z wrogim czarnoksiężnikiem.. wydawałoby się, że wygrał walkę, lecz pozostawił mu klątwę, która podziałała również na nas..na mnie i na Rena. Nie obwiniamy Kishana za to co się stało, przecież skąd miał wiedzieć co się wydarzy.. Sam nawet nie mam pojęcia gdzie oni teraz przebywają.-opowiedziałem. Spojrzałem na Mirajane, która patrzyła na mnie i nawet nie odklejała wzroku, widać bardzo ją to zaciekawiło..
-W ciele człowieka możemy być tylko przez pół godziny nie więcej.. Chyba że..-urwałem ponieważ poczółem wzrastający ból. Szybko go przezwyciężyłem, pogładziłem dziewczynę po policzku patrząc jej prosto w oczy.
-Nie martw się piękna-szepnąłem i poddałem się bólowi, który wypełniał mnie całego. Padłem na podłogę zwijając się z bólu..nie chciałem by patrzyła na to Mira, ale cóż.. nie dopilnowałem swego czasu..sam jestem sobie winien.
Leżałem na podłodze już pod formą tygrysa, lekko dysząc z wykończenia. Kiedy odzyskałem siły i energię wstałem i oparłem łeb na kolanach mojej niebieskowłosej.
<Mirajane?>
Od Oktaya Cd Black Arrow
Gdy Arrow stwierdziła, że chce iść walczyć złapałem ją za rękę, zmuszając tym samym do zatrzymania się. Popatrzyła na mnie pytająco.
-- Co się stało? -- spytała, oczekując mojej odpowiedzi.
-- Idę z tobą. Na zewnątrz walki powoli ustają, ale nadal sporo pomiotów błąka się po okolicach Akademii. Dlatego, idę z tobą. Odszukam przy okazji moich braci i powiem im, że Sor się wymknęła. Będą wściekli, jak się dowiedzą.
Wyszliśmy że zdemolowanego ogrodu na korytarze Akademii, a następnie skierowaliśmy się do wyjścia z budynku. Idąc spojrzałem ukradkiem na Arrow, była lekko spięta i smutna. Wyglądała jakby pół świata jej się na głowę zwaliło. Postanowiłem jednak, że zaczekam z pytaniami, za to złapałem dziewczynę za rękę, chcąc dodać jej jakoś otuchy i wesprzeć. Gdy odwróciła głowę w moją stronę uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie. Niech wie, że ma we mnie oparcie.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, naszym oczom ukazał się przygnębiający i jednocześnie zaskakujący widok. Na schodach siedział mój brat Matayas, który w towarzystwie niezliczonych trupów gawędził sobie z jakimś facetem. Jednak nie to mnie najbardziej zdziwiło. Arrow także rozejrzała się wokół, nie wierząc własnym oczom.
-- Co tu się stało? -- spytała białowłosa, patrząc na wysoki czarny mur.
< Arrow ? >
-- Co się stało? -- spytała, oczekując mojej odpowiedzi.
-- Idę z tobą. Na zewnątrz walki powoli ustają, ale nadal sporo pomiotów błąka się po okolicach Akademii. Dlatego, idę z tobą. Odszukam przy okazji moich braci i powiem im, że Sor się wymknęła. Będą wściekli, jak się dowiedzą.
Wyszliśmy że zdemolowanego ogrodu na korytarze Akademii, a następnie skierowaliśmy się do wyjścia z budynku. Idąc spojrzałem ukradkiem na Arrow, była lekko spięta i smutna. Wyglądała jakby pół świata jej się na głowę zwaliło. Postanowiłem jednak, że zaczekam z pytaniami, za to złapałem dziewczynę za rękę, chcąc dodać jej jakoś otuchy i wesprzeć. Gdy odwróciła głowę w moją stronę uśmiechnąłem się do niej przyjaźnie. Niech wie, że ma we mnie oparcie.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, naszym oczom ukazał się przygnębiający i jednocześnie zaskakujący widok. Na schodach siedział mój brat Matayas, który w towarzystwie niezliczonych trupów gawędził sobie z jakimś facetem. Jednak nie to mnie najbardziej zdziwiło. Arrow także rozejrzała się wokół, nie wierząc własnym oczom.
-- Co tu się stało? -- spytała białowłosa, patrząc na wysoki czarny mur.
< Arrow ? >
8 sierpnia 2017
Od Tehane Cd. Tobiray
Mężczyzna był naprawdę masywny. U mnie w rodzinnej krainie ludzie ogólnie byli niscy. Dlatego… Tobiraya był dla mnie tak wielki. Na dodatek miał brodę i długie włosy. Dokładnie tak jak czarownicy. Właśnie mieliśmy chwilę przerwy więc wykorzystałam ten czas aby dobrze mu się przyjrzeć. Poza masywną sylwetką wzrok przyciągała twarz. Miał bardzo inteligentne spojrzenie i wyraźne rysy twarzy. Mimo, że był dość przystojny to miało się wrażenie… jakby chłodu z jego strony.
Gdy mi się przedstawił chwilę stałam nieruchomości zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu jednak zdecydowałam się powiedzieć prawdę
- Jestem Tehane. Druga córka i jednocześnie narazie jedyne żyjącą dziecko wodza plemienia Kabewae
< TBWM >
Od Alvara Cd. Matayasa
Miałem go przekonać? A kim ja kurka jestem?! Dyplomatą? Może heroldem?
- Chodzi, mi o to że to wcale nie będą oni ale coś co tylko bardzo ich przypomina. Ustawimy te…., nazwijmy to atrapy w niby trudno dostępnym miejscu. Najlepiej w jakimś labiryncie. Jeśli zna się rozkład korytarzy można w spokoju rozdzielić wroga i wybić jednego po drugim. Poza tym odnośnie tego Xodo, kimkolwiek gościu jest. JESTEŚCIE SMOCZYMI JEŹDŹCAMI!!! Halo! Nie jesteście wieśniakami z widłami i kosami. Należycie do legendarnej Akademii! To zobowiązuje!
Facet spojrzał na mnie zza ciemnych okularów. Jego inteligentne spojrzenie robiło spore wrażenie. Gość, jak chciał, to potrafił być niebezpieczny. Nigdy nie chciałbym walczyć przeciwko niemu.
< Taki totalny brak weny... >
< Taki totalny brak weny... >
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)