25 grudnia 2017

GWIEZDNE SPOTKANIE -- Świąteczny Special





Przeglądam chyba już setny papier, a tego gówna jak nie ma, tak nie ma! Normalnie przepadł, niczym kamfora. Zaczyna mnie to powoli denerwować. Gdybym mogła użyć tu swojej magii, już dawno by mnie tu nie było. Ta przeklęta graciarnia to jedno wielkie wysypisko! Dlaczego Dziadziuś nie zrobi tu wreszcie porządku? Jak to on mówi, to jego prywatna samotnia. Miejsce, przed którym może się schować przede mną, Amorem... głównie to przede mną, ale kto by tam się rozdrabniał.
Wzniosłam się w górę, przeleciałam powoli nad stertą porozrzucanych papirusów, ksiąg i map. Pracownia strażnika czasu zawsze wydawała mi się odosobnionym miejscem. Jego urok i... magia są tu niepowtarzalne. Jako dziecko bawiłam się tutaj w chowanego, doprowadzając tym samym Dziadziusia do białej gorączki. Zaklęcia tutaj ukryte, tajne gwiazdozbiory, które zostały odkryte na przestrzeni wieków, są zbyt niebezpieczne. Niewłaściwie użyte mogłyby zniszczyć połowę wszechświata. A co w tym wszystkim jest najlepsze?
Ponad połowę z tych śmiercionośnych broni stworzyła moja rodzina. Zabawne!
Mijały kolejne minuty, a ja... no cóż... straciłam cierpliwość. Z wrzaskiem kopnęłam stertę drogocennych antyków sprzed kilku tysięcy lat. Użyłam trochę więcej siły niż zamierzałam. Jakaś książka, na pierwszy rzut oka nie wyglądała na jakąś niezwykłą, uderzyła o ścianę. Wypadło z niej kilka pożółkłych stronic. Westchnęłam rozeźlona, zarzuciłam błyszczącymi włosami do tyłu. Gdy moje nagie stopy dotknęły zakurzonej podłogi, jak tylko wylądowałam obok zniszczonej książki, aż się wzdrygnęłam z obrzydzeniem. Nienawidzę brudu! Czas, taki porządny, przestrzegający wszelkich zasad, ale o higienie to nie pomyśli. Stary pierdziel... Poprawiłam swoją szarą, skórzaną kurtkę i schyliłam się po wolumin. Kiedy moje palce musnęły okładkę, poczułam niewyobrażalną moc drzemiącą w tym starociu. Zaskoczyło mnie to trochę, dlatego szybko złapałam książkę, wyprostowałam się i zaczęłam dokładnie przyglądać się owej księdze. Przejechałam opuszkami palców po zniszczonej okładce, starłam z niej kurz i moim oczom ukazał się dobrze mi znany wizerunek księżyca – herb mojego rodu, Księżycowych Tsarów. Pospiesznie zaczęłam wertować stronice, aż światło pochodzące z wnętrza tomu oślepiło mnie. Moje wewnętrzne światło zareagowało na nie w odpowiedzi i nim spostrzegłam, co się dzieje, wokół mnie zaczęło wiać. Podmuchy wiatru stawały się coraz silniejsze i silniejsze. Tarmosiły moim ubraniem, moimi długimi, srebrzystymi włosami. Próbowałam jakoś uspokoić magiczną zawieruchę, okiełznać ją swoimi mocami, ale ona wcale mnie nie słuchała.


No co jest, do cholery?! – krzyknęłam w przestrzeń. Wtedy portal do grobowca Artemisy, mojej babki i jednocześnie pierwszej Tsariny, otworzył się. Szafa, w której znajdowało się przejście nie wyglądało tak, jak powinna. Coś było nie tak. Książka, ciągle trzymana przeze mnie, wyrwała się z mojej ręki. Wniosła się na wysokość moich oczu. Jej strony w zastraszającym tempie same się przewertowały. Kiedy się zatrzymały, litery, jedna po drugiej, zaczęły lśnić. Moje włosy, teraz w koszmarnym nieładzie, utrudniały mi widoczność, a potem... poczułam, jak coś mnie... wsysa. Tak, to dobre słowo. Wessało mnie do otwartego portalu. Przywołałam do siebie moje berło, aby jakoś zablokować się w wejściu, ale siła wiru okazała się zbyt wielka. Z krzykiem zostałam pochłonięta przez magiczny portal....



< Twoja kolej, Akira! > 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz