Przeglądam
chyba już setny papier, a tego gówna jak nie ma, tak nie ma!
Normalnie przepadł, niczym kamfora. Zaczyna mnie to powoli
denerwować. Gdybym mogła użyć tu swojej magii, już dawno by mnie
tu nie było. Ta przeklęta graciarnia to jedno wielkie wysypisko!
Dlaczego Dziadziuś nie zrobi tu wreszcie porządku? Jak to on mówi,
to jego prywatna samotnia. Miejsce, przed którym może się schować
przede mną, Amorem... głównie to przede mną, ale kto by tam się
rozdrabniał.
Wzniosłam
się w górę, przeleciałam powoli nad stertą porozrzucanych
papirusów, ksiąg i map. Pracownia strażnika czasu zawsze wydawała
mi się odosobnionym miejscem. Jego urok i... magia są tu
niepowtarzalne. Jako dziecko bawiłam się tutaj w chowanego,
doprowadzając tym samym Dziadziusia do białej gorączki. Zaklęcia
tutaj ukryte, tajne gwiazdozbiory, które zostały odkryte na
przestrzeni wieków, są zbyt niebezpieczne. Niewłaściwie użyte
mogłyby zniszczyć połowę wszechświata. A co w tym wszystkim jest
najlepsze?
Ponad
połowę z tych śmiercionośnych broni stworzyła moja rodzina.
Zabawne!
Mijały
kolejne minuty, a ja... no cóż... straciłam cierpliwość. Z
wrzaskiem kopnęłam stertę drogocennych antyków sprzed kilku
tysięcy lat. Użyłam trochę więcej siły niż zamierzałam. Jakaś
książka, na pierwszy rzut oka nie wyglądała na jakąś niezwykłą,
uderzyła o ścianę. Wypadło z niej kilka pożółkłych stronic.
Westchnęłam rozeźlona, zarzuciłam błyszczącymi włosami do
tyłu. Gdy moje nagie stopy dotknęły zakurzonej podłogi, jak tylko
wylądowałam obok zniszczonej książki, aż się wzdrygnęłam z
obrzydzeniem. Nienawidzę brudu! Czas, taki porządny,
przestrzegający wszelkich zasad, ale o higienie to nie pomyśli.
Stary pierdziel... Poprawiłam swoją szarą, skórzaną kurtkę i
schyliłam się po wolumin. Kiedy moje palce musnęły okładkę,
poczułam niewyobrażalną moc drzemiącą w tym starociu. Zaskoczyło
mnie to trochę, dlatego szybko złapałam książkę, wyprostowałam
się i zaczęłam dokładnie przyglądać się owej księdze.
Przejechałam opuszkami palców po zniszczonej okładce, starłam z
niej kurz i moim oczom ukazał się dobrze mi znany wizerunek
księżyca – herb mojego rodu, Księżycowych Tsarów. Pospiesznie
zaczęłam wertować stronice, aż światło pochodzące z wnętrza
tomu oślepiło mnie. Moje wewnętrzne światło zareagowało na nie
w odpowiedzi i nim spostrzegłam, co się dzieje, wokół mnie
zaczęło wiać. Podmuchy wiatru stawały się coraz silniejsze i
silniejsze. Tarmosiły moim ubraniem, moimi długimi, srebrzystymi
włosami. Próbowałam jakoś uspokoić magiczną zawieruchę,
okiełznać ją swoimi mocami, ale ona wcale mnie nie słuchała.
–
No co jest, do
cholery?! – krzyknęłam w przestrzeń. Wtedy portal do grobowca
Artemisy, mojej babki i jednocześnie pierwszej Tsariny, otworzył
się. Szafa, w której znajdowało się przejście nie wyglądało
tak, jak powinna. Coś było nie tak. Książka, ciągle trzymana
przeze mnie, wyrwała się z mojej ręki. Wniosła się na wysokość
moich oczu. Jej strony w zastraszającym tempie same się
przewertowały. Kiedy się zatrzymały, litery, jedna po drugiej,
zaczęły lśnić. Moje włosy, teraz w koszmarnym nieładzie,
utrudniały mi widoczność, a potem... poczułam, jak coś mnie...
wsysa. Tak, to dobre słowo. Wessało mnie do otwartego portalu.
Przywołałam do siebie moje berło, aby jakoś zablokować się w
wejściu, ale siła wiru okazała się zbyt wielka. Z krzykiem
zostałam pochłonięta przez magiczny portal....
< Twoja kolej, Akira! >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz