1 kwietnia 2018

Od Doriana/ Dante ( BAL )

Jak tylko do naszych uszu dotarła wieść z pałacu o balu, postanowiliśmy, iż musimy się na nim pojawić. No jakżeby inaczej! To będzie doskonała okazja do wcielenia naszego planu w życie, jak i na rozprawienie się z moim synem. Od kilku tygodni ukrywamy się z Dante blisko domu Dreyarów. Mamy ich non stop na oku. Saron byłby szczęśliwy widząc, jak jego synowie przedłużają ród. Jak zakładają własne rodziny. Wyrośli na porządnych mężczyzn. Jako ich, powiedzmy, wuj, czuję rozpierającą dumę.
Co do córki mojego świętej pamięci przyjaciela... Cóż, nie jestem przekonany co do jej ostatnich wyborów. Dobrze wiem z kim zaczęła się zadawać. Słyszałem o tym chłopaku. Niecne sprawki się za nim ciągną. Jego ręce są po łokcie upaprane w ludzkiej krwi. Wyczuwam niebezpieczeństwo. Wielkie zagrożenie z jego strony. Z drugiej zaś strony widzę, jaki jest w stosunku do mojej prawie-córki. Jeśli on naprawdę ją miłuje, jeśli rzeczywiście połączyło i To, będę się modlił do Bogów o to, by byli dali im szczęście. Jednakże, jeśli ten cały Simon zrobi coś Sorayi, gorzko tego pożałuje. Ja i Dante zadbamy o to, aby sowicie zapłacił za swoje. Dante uważa, że należałoby rozdzielić tych dwoje. Wyczuwa w tym młokosie coś... nieludzkiego, dlatego uważa, iż Soraya powinna trzymać się z daleka od Simona. Też tak uważam, no ale jeśli mamy do czynienia z Tym, to nie mamy w tej sprawie już nic więcej do powiedzenia. Tylko przeznaczenie mogłoby tych dwoje rozdzielić, lub... ktoś trzeci. Ktoś, kto skradnie jednemu z nich serce.
-- To jak, jesteś gotowy? -- Odwróciłem się i spojrzałem na zadowolonego przyjaciela. Był już ubrany, ogolony i w sumie gotowy do wyjścia. -- Jeśli chcemy jeszcze porozmawiać z Eurosem to musimy się już zbierać.
-- Więc ruszajmy, nie mamy czasu do stracenia! Biesiada nie może rozpocząć się bez nas, przyjacielu.
Ubrany w jeden z moich ulubionych garniturów, z futrem dzikiego zwierzęcia na barkach, wsiedliśmy na konie i wychodząc z naszej kryjówki ruszyliśmy galopem ku centrum wyspy - do Akademii. Na bal.
Gdy przemierzaliśmy zatłoczone uliczki miasta i rynku, tysiące wspomnień przewijało się przez moją głowę. Jako młokosi sami biegaliśmy tymi samymi ulicami, co mijani przez nas młodzieńcy. Wodziliśmy spojrzeniami co piękniejszymi dziewkami. Chodziliśmy do karczm, barów i pubów, by kosztować najlepszych trunków. Już wtedy zasady się dla mnie nie liczyły. Choć, nie. Nie tak należało by to ująć. Zasady i reguły, których sam nie ustalałem nie miały dla mnie żadnego znaczenia. O, właśnie tak.
Ludzie schodzili nam z drogi. Co jak co, ale sprawialiśmy wrażenie ważnych osobistości. A przynajmniej ja. Jako magnat, jestem ważną personą. Każdy to powie. W moich stronach nie ma głowy, która by się nie schyliła przede mną. Jak dobrze jest być mną....
-- To co, pora zabalować. Jak za starych dobrych czasów -- posłałem Dantemu szeroki uśmiech. Ten jedynie popatrzył na mnie i sam uśmiechnął się pod nosem.



< Skoro nikt się nie kwapi do rozpoczęcia balu na całego, to zrobię to ja. > 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz