[perspektywa narratora]
Zanim w ogóle brat Shurimy cokolwiek zrobił w celu przeniknięcia do akademii, upłynęło trochę czasu. Cóż... Nie śpieszyło mu się zanadto. Najedzony do syta przepiękną energią życiową oraz po udanym wieczorku rozluźniającym z jego ostatnią ofiarą złapał pewną zapobiegliwość. Poza tym, co nagle to po diable, więc wolał nieco ostrożniej wszystko zacząć. Żeby jego plany się ziściły, musiał być bardzo ostrożny. Dobra! Co ja gadam! Po prostu nagle mu się wszystkiego odechciało i zrobił sobie jeden dzień wolnego. Co w tym czasie robił? Zakupy oczywiście!
Jak mu pewne źródła doniosły niedługo w jakże cudownej placówce zbawicieli świata, zwanej Smoczą Akademią, miał się odbyć bal, na którym pojawić się musiało z pewnością wiele ważnych osobistości. W tym główni mieszkańcy pałacu - adepci. Grzechem by było nie wykorzystać takiej cudownej okazji, w celach rozrywkowych oczywiście. Bo przecież nie zależało mu aż tak mocno na samych jeźdźcach, a tylko na Shurimie. Och, słodka czarownica jeszcze nie wiedziała co ją czeka ze strony martwego, dla niej, starszego braciszka. Chociaż przy okazji wywołanie chaosu mogło być całkiem dobrym dla niego zajęciem.
Nie obchodził go los tych ludzi. Dla Armaro mogli równie dobrze umrzeć. Jednak byli swego rodzaju środkiem do celu. Gardził większością ich populacji, a jednocześnie potrzebował. Ot! Taki mały paradoks! Wracając jednak do jego zakupów... Jako przystojny, pełen uroku, czarujący mężczyzna musiał dobrać sobie odpowiedni strój na taką uroczystą zabawę! Przecież nie mógł niestety założyć swojego płaszcza! Do tego jeszcze musiał kupić perukę.
Idąc ulicą skrzywił się paskudnie na tą myśl. Pomimo nielubienia swoich wiecznie zmieniających kolor włosów, nie chciał ich przykrywać. pogodził się już z tą upierdliwą częścią siebie, a i nieswojo mu było w jakimkolwiek nakryciu. Zmienny jak kobieta, taki czasami był. Kapryśny, niezdecydowany - zdawał sobie z tego sprawę i to dosyć mocno. Czy mu to przeszkadzało? A skądże! Kochał siebie jak nikogo innego. No może Shurimę darzył większym uczuciem. Poza nią, nikt w całym jego życiu nie zasługiwał zdaniem mężczyzny na jego jakąś szczególnie większa uwagę. Ludzie wiadomo - robactwo.
-Konieczność, konieczność! Ach ta potrzeba autentyczności! - Westchnął przeciągle podchodząc do jednej z licznych, przeszklonych witryn sklepowych. Jak przypuszczał po wspaniałej, kolorowej ekspozycji, był to jeden z lepszych sklepów ze specjalnymi kreacjami. Jak wcześniej wspomniałem, nie zamierzał ubierać się w byle co.
[Perspektywa Armaro]
Idąc po kreację na bal myślałem, że umrę z tego smrodu. W moje nozdrza niemal od samego przekroczenia progu pokoju uderzył paskudny odór ludzi. Pot, głupota, chytrość, nielojalność... To wszystko owinęło mnie niczym trujące pnącza, czekające tylko na moment, w którym mogłyby mnie zabić do końca. Obrzydliwa, plugawa rasa i poważna wpadka ewolucji niszcząca naszą krainę.
Mijając głupiutkie panny czy zwykłych pijaków miałem ochotę zwymiotować.
Cudem dotarłem, do jak się zdaje, całkiem przyzwoitego sklepu z szatami na bal. Przecież nie ubiorę cudownego siebie w jakieś pospolite ubrania dla plebsu! Co to to nie! Szanuję się! Koszula, spodnie i do tego marynarka? Takie biedackie! Dla mojego umięśnionego ciała musiałem mieć coś, co podkreśliłoby jeszcze bardziej to, czym tak zawsze zachwycają się wszystkie panny. Szkoda tylko, że były takie płytkie. Chociaż raz chciałem posmakować energii oraz ciała jakiejś minimalnie rozumnej przedstawicielki podgatunku zwanego ludźmi. No nic, nie można wymagać za wiele żeby się potem nie rozczarować.
Chwyciłem za staromodną klamkę i chciałem otworzyć drzwi, gdy nagle ktoś mnie uprzedził z drugiej strony, w efekcie czego poleciałem swoim tyłkiem na ziemię. Jak tylko uniosłem wzrok na sprawcę mojego upadku moje brwi poleciały wysoko. Zagwizdałem po nosem.
-Nie spodziewałem się ciebie tutaj Nerisso!
C.D.N
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz