Jasne promyki porannego słońca przebijały się przez szparę w ciemnych zasłonach wprost na moją twarz. Nie było to przyjemne nawet jeżeli miałam zamknięte oczy. Uniosłam powieki. Kilka razy mrugnęłam dla poprawienia ostrości widzenia.
- Może jeszcze trochę pospać?- zastanawiałam się na głos. W końcu obróciłam się na bok z zamiarem ucięcia sobie krótkiej drzemki. Dobry sen nikomu jeszcze nie zaszkodził. Niestety pewna upierdliwa istotka pokrzyżowała moje plany.
Gruba, różowa kulka zaczęła latać tuż przed moją twarzą co jakiś czas głośniej trzepocząc skrzydełkami. Machnęłam ręką na stworzonko.
-Klementynka daj mi jeszcze 5 minut. Po tym czasie obiecuję, że dostaniesz mandarynki. Tylko błagam... daj mi spać- mruknęłam próbując odgonić pupila. Ten jednak nie dał za wygraną i zaczął skakać mi po brzuchu. Nie o jego ukochane owoce mu chodziło, o czym szybko sobie uświadomiłam.
-PRÓBA PRZEJŚCIA!!!- wstałam z okrzykiem prawie potykając się o leżące na podłodze buty.
Szybko udałam się do kuchni po drodze zakładając ubrania. Swoją ukochaną czarną bluzkę z długimi rękawami prawie założyłam na lewą stronę, a spodnie niemal zgubiłam zapominając o założeniu paska. Zabrałam ze stołu przyszykowaną poprzedniego dnia skórzaną torbę i biegiem ruszyłam do drzwi.
***
Jak opętana biegłam przez miasto, mimo swojego wstrętu do jakiejkolwiek zbędnej aktywności fizycznej. Tym razem nie była zbędna. Wręcz dzięki temu ważył się moje losy. Jeżeli spóźnię się to na pewną mnie wyleją! A nawet jeszcze nie zaczęłam nauki!
-Co mnie podkusiło żeby posłuchać tego dziada!- mruknęłam do siebie ledwo mijając jakiegoś przechodnia. Doprawdy minęło osiem lat! Osiem! A posłuchałam jakiegoś nieznajomego faceta, którego nawet nie pamiętam.
-Deruuu- usłyszałam tuż przy uchu swojego ukochanego kameleona Klementynkę. Leciał tuż przy mnie i wcale go to nie męczyło. Dziwny stwór. Spojrzałam na niego.
-Tak, jak coś to moja wina. Wiem, za długo wczoraj siedziałam nad tą księgą. Ale ta roślina! Musiałam coś o niej znaleźć!- broniłam się przed oskarżycielskim wzrokiem pupila.
-Deruu deruu- zawołało jej stworzonko.
-Masz rację. Muszę się pośpieszyć - i jak powiedziałam tak zrobiła przy okazji potrącając ludzi na swojej drodze.
***
Wbiegłam już na teren Akademii kiedy nagle wpadłam na kogoś i upadłam na swoje leniwe cztery litery. Nawet nie spojrzałam kim była moja przypadkowa ofiara tylko wstałam i pobiegłam dalej rzucając szybko jakieś przeprosiny. Klementynka cały czas leciał obok mnie.
W końcu dobiegłam przed komnatę, gdzie miałam odbyć próbę. Wątpiłam żeby jakiś smok mnie wybrał, ale nie byłabym tym zawiedziona. Miałam Klementynkę. Mój ukochany mężczyzna jak nieraz nazywałam go w myślach. Nie ważne, że był jedynie magicznym stworzeniem a nie człowiekiem. Dla mnie znaczył wiele. Oprócz ojca miałam tylko jego.
Szybko przygładziłam nieco pogniecione ciuchy i weszłam do komnaty. Powiedzieć, że sala była imponująca to byłoby wielkie niedopowiedzenie. Wszędzie biały marmur, złote zdobienia, wiele białych kolumn, na których były ustawione... na właśnie - smocze jaja. I któreś z nich mogło mnie wybrać. "Oby to był facet, oby to był samiec" liczyłam w myślach. W towarzystwie innych czułam się źle. A w otoczeniu kogoś swojej płci? Koszmarnie. Nie wiedziałam czemu. Taka już jestem.
Nagle usłyszałam tuż obok siebie głośne chrząknięcie. Ja tylko spojrzałam w tamtą stronę zobaczyłam jedno karcące spojrzenie i jedno rozbawione. Karcąco patrzył na mnie dostojny, siwowłosy starzec ubrany w piękną bogatą szatę. To był chyba dyrektor... Euros.. Tak! To był on. Obok niego stała drobna blondyneczka o delikatnych rysach. Lustrowała mnie rozbawionym spojrzeniem. Też spojrzałam na siebie i zrobiłam głupią minę. Coś nie tak było z moim strojem?
-Młoda damo- znaczące chrząknięcie- może już przystąpimy do Próby Przejścia, na którą i tak się spóźniłaś?- zasugerował.
Blond włosa kobieta zaprowadziła mnie między postumenty.
- Podejdź do każdego jaja. Będziesz wiedzieć kiedy któreś cię wybierze- powiedziała aksamitnym głosem.
Nie trzeba było mi długo powtarzać. Chodziłam od jaja do jaja zafascynowana ich różnorodnością. Tyle kolorów, wielkości, wzorów, faktur! Każde na swój sposób było piękne.
Już podchodziłam do ostatniego jaja myśląc, że żaden smok mnie nie wybrał gdy usłyszałam w głowie cichy szept.
Desiree! Desiree Gaspard!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz