Mój mały kapturek wyciągnął czerwony sztylet zza mojego pasa. Wyjęła akurat TEN sztylet. Ale akurat nie miałem czasu wręczyć jej innej broni. Trzeba było się bronić i dostać do bezpiecznego miejsca. Niem zdążyłem się obejrzeć a już byliśmy otoczeni przez oprychy Cienia.
Razem z kapturkiem stanęliśmy do siebie plecami. Oboje przybraliśmy odpowiednie postawy aby przyjąć ładnie naszych wrogów. Pierwszy szybko nadszedł. Był mój. Od tego momentu zaczął się nasz wspaniały taniec ze stalą. Eleganckie i zwinne ruchy moje oraz mojej katany. Płynne cięcia, wokoło padający krwawy deszcz.
Adrenalina uderza. Wróg napiera. Ale ja mimo to czuję się cudownie. W końcu w swoim żywiole. Niemal jak w transie zabijam coraz to liczniejszą grupę kreatur Cienia. Nie odczuwam bólu, nie odczuwam strachu. Niemalże zapominam kim jestem. Jednak nadal pamiętam o celu. Ochrona mojego małego kapturka.
<Naxio?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz