1 stycznia 2020

Sara Morgan - Test na Złotego Strażnika



Gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi mój motocykl przekroczył bramę główną miasta Eter. Wyglądała wspaniale, o wiele lepiej niż to sobie wyobrażałam. Odwróciłam głowę za siebie, żeby posłać jej jeszcze jedno spojrzenie. Nareszcie tu dotarłam. W środku cieszyłam się jak małe dziecko. Moja podróż wreszcie dobiegła końca.

Przedzierając się przez ulicznych tragarzy, spacerowiczów, powolutku brnęłam do centrum, gdzie znajdowała się akademia smoczych jeźdźców. Od dłuższego czasu coś mnie kusiło, aby podjąć próbę przejścia, jednakże... Nie jestem człowiekiem, co mnie z mety dyskwalifikowało. Tylko niemagiczni, czyli ludzie mogli zostać jeźdźcami. Dlatego postanowiłam wstąpić do złotej straży. W ten sposób będę mogła pomóc innym, no i nauczę się czegoś nowego, mam nadzieję.
Znienacka usłyszałam cichutkie pikanie w uchu, które pochodziło od maciupkiej słuchaweczki schowanej za moją prawą małżowiną. Palcem dotknęłam jej, a po sekundzie usłyszałam głos mojego przyjaciela z drużyny pogromców potworów.
- Słucham.
- Jesteś już na miejscu? - usłyszałam dobrze znany mi głos. Uśmiechnęłam się pod nosem na samo wspomnienie jego właściciela.
- Właśnie wkroczyłam do miasta. Za jakieś dwadzieścia minut dotrę do akademii.
- Obyło się bez problemów? - W tym pytaniu wyczułam troskę.
- Ojej, martwisz się o mnie? Hahaha, spokojnie, droczę się tylko... - dodałam od razu, gdy usłyszałam jak mój rozmówca mruknął pod nosem coś niezrozumiale. - Tak, droga minęła mi bezproblemowo. W tej części Dragoso spodziewałam się większej aktywności sług Ciernia. Jak widać jeźdźcy skutecznie ich tępią.
- Szczęściara. Tobie to się zawsze upiecze. My kilka dni temu natknęliśmy się na jeden z oddziałów tego paskudy. Kilkoro z nas zostało rannych, ale dzięki elfickiej magii wszyscy się wylizali w trymiga.
- To dobrze. Uważajcie na siebie, dobrze? Chcę mieć do czego i kogo wracać. - Westchnęłam po chwili. Na samą myśl, że moich przyjaciół mogłoby zabraknąć, coś ściskało mnie nieprzyjemnie w żołądku.
- Mała, nie pękaj. Dajemy radę. Dobra, skoro nie zabili cię po drodze i wszystko dobrze, to ja spadam. Mam dzisiaj robotę jeszcze.
- Na razie, Sam. Jeszcze raz, uważajcie na siebie, a... Jeszcze jedno... Uważajcie na moją matkę, ok? Niech nie wychyla nosa ze świątyni - rzekłam zmartwionym głosem.
- Ma się rozumieć, mała. To strzałka.
- Do usłyszenia. - Sam rozłączył się po naszym pożegnaniu. W samą porę, gdyż właśnie dojechałam do celu. Zaparkowałam swój motocykl pod imponującymi schodami. Stanęłam przed nimi, poczułam lekkie zdenerwowanie, nie wiedzieć skąd tak nagle. Wzięłam kilka uspokajających wdechów, by dodać sobie odwagi. Dalej Sara, dasz radę, rzekłam do siebie w myślach. Wiatr na otuchę owiał mi twarz, co przyjęłam ochoczo. Nabrałam motywacji i zaczęłam wspinać się po schodach.
Po trzech minutach weszłam do środka gmachu, który zapierał dech w piersi. Bogato zdobiona budowla, górująca nad pozostałymi budynkami, wewnątrz okazała się jeszcze piękniejsza. Szłam jak urzeczona, rozglądając się dookoła. Moje marzenie wreszcie zaczęło się spełniać. Byłam w akademii. Tej słynnej na cały świat szkole dla smoczych jeźdźców, gdzie rodziły się prawdziwe legendy. Nie mogłam przestać się uśmiechać.

Nagle zdałam sobie sprawę, że przemierzałam korytarze jakbym je znała. Gdy mijałam jakieś drzwi lub salę to wiedziałam co tam jest i co się w nich odbywa. Nie zaniepokoiło mnie to, choć powinno. Byłam tak uradowana przybyciem na Eter, że nie zwróciłam na ten istotny fakt uwagi. Moje nogi znały drogę do wieży, w której miała znajdować się, a przynajmniej powinna, dowodząca złotą strażą, Lilith.
Dotarcie do komnaty głównodowodzącej zajęło mi dłuższą chwilę, w końcu to ogromny zamek, ale gdy stanęłam przed wejściem do jej gabinetu w ostatniej chwili powstrzymałam się przed zapukaniem. Teraz albo nigdy, powiedziałam do siebie w myślach. Moja szansa na spełnienie snów, które od tygodni spędzały mi sen z powiek. Potrzebowałam minutki na zebranie się do kupy i wreszcie zapukałam trzy razy.
- Wejść. - Usłyszałam pozwolenie, po czym otworzyłam drewniane drzwi i weszłam do środka. Wewnątrz skromnie umeblowanego gabinetu, za metalowym biurkiem siedziała młoda, białowłosa kobieta. Spojrzała na mnie po chwili zza dokumentów. Jej źrenice na sekundę się rozszerzyły, jednak moment po tym wróciły do poprzedniego stanu. Uśmiechnęłam się do niej lekko, ręką założyłam włosy za prawe ucho, które i tak zaraz wróciły na swoje poprzednie miejsce.
- Witam. Nazywam się Sara Morgan i chciałabym zostać złotym strażnikiem.
- Witaj Morgan, jestem Lilith. Miło mi cię poznać. A mogę wiedzieć, skąd w tobie chęć do bycia strażnikiem? Jeśli do nas dołączysz to nie będzie już odwrotu. Nie będziesz mogła zrezygnować, rozumiesz? Staniesz się współodpowiedzialna za obronę całego Dragoso i jego wszystkich mieszkańców.
- Tak, wiem na co się piszę i jestem zdecydowana. Chcę zostać złotym strażnikiem oraz chronić to, co kocham. Po to się urodziłam. - Posłałam dziewczynie zdecydowane spojrzenie. Serio, nie po to się tłukłam taki szmat drogi, by w ostatniej chwili zrezygnować.
- Urodziłaś, powiadasz... Skoro tak, zgoda. Możesz podejść do testu. Wytłumaczę ci zasady...
- Nie trzeba. Znam je. - Może trochę niegrzecznie weszłam jej w słowo, ale co tam. Moja ekscytacja na nowo we mnie zaczęła rosnąć. - Jestem gotowa – dodałam na koniec.

Udałyśmy się do sali ćwiczeń w akademii. To ta największa, jak przypuszczałam. Rozejrzałam się wokół zadzierając głowę wysoko do góry. Na twarzy automatycznie zagościł mój szeroki uśmiech. Wokół unosiła się aura walki i magii. Zupełnie jak w klasztorze, no z jednym wyjątkiem, tam nie odbywały się żadne walki czy bitwy. To święte miejsce, które nigdy nie zostało skalane brutalizmem wojny. Co jest nie lada wyczynem, zważywszy na to w jakich czasach przyszło nam żyć.
- Zaprezentujesz nam swoje zdolności w walce z Shiro. - Lilith wyrwała mnie z zachwytu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przyszedł tu z nami jeszcze ktoś. Wysoki młody mężczyzna, nieco podobny do białowłosej przywódczyni.
- Oj, przepraszam. Nie zauważyłam cię. - Uśmiechnęłam się pod nosem nieco głupkowato. Lekki rumieniec okazujący zawstydzenie przyozdobił moje policzki.
- Nie szkodzi. Zaczynajmy. Jesteś gotowa? - zapytał niewzruszony. Kiwnęłam głową, że jestem. Odsunęłam się od nich na bezpieczną odległość. Przykucnęłam i położyłam prawą dłoń na ziemi. Zamknęłam oczy i wypowiedziałam te same słowa co zwykle, gdy budziłam w sobie walkirię.
- Ojcze, błagam cię byś obdarzył swoją mocą wojowniczą córę twoją. - Gdy wypowiedziałam ostatnie słowo mocniej zabiło mi serce w piersi, a na plecach poczułam znajome uczucie wyrastających skrzydeł, których pióra po chwili pokryły się metalem. Wstałam powoli i popatrzyłam na moją dwuosobową widownię. - Jestem walkirią, tak wyglądam naprawdę. To mnie nie dyskwalifikuje, prawda? - spytałam, a ci pokręcili przecząco głowami. - Nie... nie eksponuję skrzydeł. Używam ich jako tarczy lub środku transportu jedynie w wyjątkowych przypadkach, tak samo jak resztę umiejętności.
- A jakie to umiejętności? - spytała Lilith, podczas gdy pozwoliłam swoim pięknym skrzydłom zniknąć.
- Siła i szybkość. Ze względu na to kim jestem moja siła nawet przed przyzwaniem znacznie przekracza tę należącą do zwykłego człowieka. Co do szybkości, to jestem na poziomie... - zastanowiłam się przez chwilę szukając dla siebie dobrego porównania. - Hm, wydaję mi się, bez przywołania atrybutów moją szybkość można porównać do tej należącej do geparda. Szkopuł jest taki, że dość szybko się męczę. Jak to mówią, coś za coś. Jednak gdy przywołam swoje moce w pełni, na jakieś niecałe pół godziny ulegają zwielokrotnieniu, no ale jest to bardzo wyczerpujące. Dlatego nie przywołuję walikriańskich atrybutów często.
- Interesujące. A teraz umiejętności bitewne. Masz doświadczenie w walce?
- Zależy co przez to dokładnie rozumiemy. Wychowałam się w klasztorze, który jest poza wpływami Ciernia i w którym nikogo jak odkąd nie zabito. Trenowano mnie od najmłodszych lat i nauczono jak opanować w sobie moce walkirii. Dopiero podczas podróży miałam okazję skonfrontować się z poplecznikami Ciernia.
- Czyli... nigdy nie walczyłaś? Na żadnej wojnie? - Lilith i Shiro aż się zdziwili. Na moment zapadła cisza, ponieważ nie wiedziałam jak ubrać w słowa to, co miałam już na końcu języka.
- Ee.. tak jakoś wyszło... Znaczy, walczyłam z różnymi potworami na zlecenie... - wydukałam, jakże nędzną wymówkę.
- Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak sprawdzić cię w boju. Shiro!
Lilith wydała rozkaz swojemu podwładnemu. Ten podszedł nieco bliżej i wyciągnął miecz, przyjmując pozycję bojową. Rozejrzałam się i znalazłam pod jedną ze ścian stoły i regały z różnymi broniami. Wybrałam dla siebie długi kij, podobny do tego, którym zazwyczaj się posługuję. Różnica kryła się w materiale. Mój był bambusowy z metalowym rdzeniem, a ten był cały z metalu. Sprawdziłam szybko jak leży w dłoni, wykonałam nim kilka próbnych machnięć, a kiedy stwierdziłam, że się nada wróciłam na środek sali. Na rozgrzewkę zaczęłam nim wywijać, a kiedy skończyłam kiwnęłam delikatnie głową, że jestem gotowa do walki. Utkwiłam spojrzenie w swoim przeciwniku. Skupiłam się na jego ciele, w jaki sposób oddychał, jak układały się jego ramiona, kiedy napinał mięśnie, by w idealnym momencie móc zaatakować. Wyczułam w nim wielką magię, zaś w Lilith jeszcze potężniejszą. Bez wątpienia byli wspaniałymi wojownikami. Uspokoiłam oddech tak jak nauczyłam się tego od klasztornych mistrzów. Poczułam jak przez moje ciało przepływa magia...

Wystarczyła mi sekunda by przemierzyć dystans między mną, a Shiro i zadać silny cios, przed którym w ostatniej chwili zdążył czmychnąć. W miejscu, gdzie przywaliłam z impetem końcem kija pojawiła się wyrwa. Mężczyzna nie pozostał mi dłużny i postanowił sam zaatakować. Udało mi się zablokować jego cios kijem i odepchnąć go na jakieś trzy metry. Zrobiłam to z taką siłą, że Shiro omal nie upadł. Wykorzystałam to, w oka mgnieniu doskoczyłam do niego, pozbawiłam miecza, i podcinając mu nogi powaliłam przeciwnika na glebę. Wymierzyłam w pierś chłopaka koniec metalowego pręta. Ten chwycił za jego trzon i pociągnął w bok, zmuszając mnie tym samym do utraty równowagi. Dzięki temu kupił sobie kilka sekund czasu. Za szybko to wszystko się potoczyło. Jak zwykle się pospieszyłam. Shiro spróbował zadać mi cios, tym razem to on chciał mi podkosić nogi. Niestety, ale nie udało mi się odskoczyć, zagapiłam się po prostu. Przeciwnik dopadł do mnie, zamierzył się pięścią i... złapałam jego rozpędzoną pięść pewnie, mocno. Był silny, ale ja od niego silniejsza o wiele. Ścisnęłam go bardziej, jeszcze i jeszcze, aż zaczął syczeć z bólu. Gdy stracił koncentrację zepchnęłam go z siebie, ale nie puściłam go. Wstając szybko pociągnęłam chłopaka za sobą, wyrzucając go w górę, nad głowę, by na koniec rzucić nim o ziemię. Niezbyt mocno, nie chciałam go połamać.

Ku mojemu zdziwieniu Shiro podniósł się na równe nogi. Z szybkością godnej kobry królewskiej ruszył do ataku. Próbowała parować każdy jego atak, lecz raz po raz udało mu się mnie trafić. To w udo, to w żebro, jednakże nie mogłam się dać pokonać. Lata ćwiczeń, jakie fundowali mi mnisi nauczyły mnie, że nie wolno działać pochopnie, że należy czekać na właściwy moment, a kiedy ten się nadarzy to go mądrze wykorzystać. Po dłuższej wymianie ciosów zauważyłam u Shiro pewien powtarzający się schemat. Znając już jego styl mogłam zręczniej i z wyprzedzeniem kontrować jego uderzenia. Moje ruchy zaczęły nabierać prędkości. Z upływem czasu dostrzegłam słaby punkt w obronie Shiro. Kiedy wymierzał cios prawą pięścią zaraz za lewą nie nadążał na nowo trzymać gardy i to właśnie był ów moment. Wyczekałam, aż znowu się odsłoni, za pomocą prawego sierpowego trafiłam go prosto w szczękę, posyłając go znowu na glebę, z której już nie wstał. Nie powiem, zmęczyła mnie ta walka i to nawet bardzo. Oddychając głęboko i nierówno pochyliłam się nad mężczyzną, podałam mu dłoń, by pomóc mu wstać. Z ociąganiem, ale przyjął moją pomoc. Poklepał mnie po ramieniu z uznaniem, następnie oboje spojrzeliśmy na Lilith czekając na jej werdykt.



(Lilith?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz