Gdy
słońce powoli chyliło się ku zachodowi mój motocykl przekroczył
bramę główną miasta Eter. Wyglądała wspaniale, o wiele lepiej
niż to sobie wyobrażałam. Odwróciłam głowę za siebie, żeby
posłać jej jeszcze jedno spojrzenie. Nareszcie tu dotarłam. W
środku cieszyłam się jak małe dziecko. Moja podróż wreszcie
dobiegła końca.
Przedzierając
się przez ulicznych tragarzy, spacerowiczów, powolutku brnęłam do
centrum, gdzie znajdowała się akademia smoczych jeźdźców. Od
dłuższego czasu coś mnie kusiło, aby podjąć próbę przejścia,
jednakże... Nie jestem człowiekiem, co mnie z mety
dyskwalifikowało. Tylko niemagiczni, czyli ludzie mogli zostać
jeźdźcami. Dlatego postanowiłam wstąpić do złotej straży. W
ten sposób będę mogła pomóc innym, no i nauczę się czegoś
nowego, mam nadzieję.
Znienacka
usłyszałam cichutkie pikanie w uchu, które pochodziło od
maciupkiej słuchaweczki schowanej za moją prawą małżowiną.
Palcem dotknęłam jej, a po sekundzie usłyszałam głos mojego
przyjaciela z drużyny pogromców potworów.
-
Słucham.
-
Jesteś już na miejscu? - usłyszałam dobrze znany mi głos.
Uśmiechnęłam się pod nosem na samo wspomnienie jego właściciela.
-
Właśnie wkroczyłam do miasta. Za jakieś dwadzieścia minut dotrę
do akademii.
-
Obyło się bez problemów? - W tym pytaniu wyczułam troskę.
-
Ojej, martwisz się o mnie? Hahaha, spokojnie, droczę się tylko...
- dodałam od razu, gdy usłyszałam jak mój rozmówca mruknął pod
nosem coś niezrozumiale. - Tak, droga minęła mi bezproblemowo. W
tej części Dragoso spodziewałam się większej aktywności sług
Ciernia. Jak widać jeźdźcy skutecznie ich tępią.
-
Szczęściara. Tobie to się zawsze upiecze. My kilka dni temu
natknęliśmy się na jeden z oddziałów tego paskudy. Kilkoro z nas
zostało rannych, ale dzięki elfickiej magii wszyscy się wylizali w
trymiga.
-
To dobrze. Uważajcie na siebie, dobrze? Chcę mieć do czego i kogo
wracać. - Westchnęłam po chwili. Na samą myśl, że moich
przyjaciół mogłoby zabraknąć, coś ściskało mnie nieprzyjemnie
w żołądku.
-
Mała, nie pękaj. Dajemy radę. Dobra, skoro nie zabili cię po
drodze i wszystko dobrze, to ja spadam. Mam dzisiaj robotę jeszcze.
-
Na razie, Sam. Jeszcze raz, uważajcie na siebie, a... Jeszcze
jedno... Uważajcie na moją matkę, ok? Niech nie wychyla nosa ze
świątyni - rzekłam zmartwionym głosem.
-
Ma się rozumieć, mała. To strzałka.
-
Do usłyszenia. - Sam rozłączył się po naszym pożegnaniu. W samą
porę, gdyż właśnie dojechałam do celu. Zaparkowałam swój
motocykl pod imponującymi schodami. Stanęłam przed nimi, poczułam
lekkie zdenerwowanie, nie wiedzieć skąd tak nagle. Wzięłam kilka
uspokajających wdechów, by dodać sobie odwagi. Dalej Sara, dasz
radę, rzekłam do siebie w myślach. Wiatr na otuchę owiał mi
twarz, co przyjęłam ochoczo. Nabrałam motywacji i zaczęłam
wspinać się po schodach.
Po
trzech minutach weszłam do środka gmachu, który zapierał dech w
piersi. Bogato zdobiona budowla, górująca nad pozostałymi
budynkami, wewnątrz okazała się jeszcze piękniejsza. Szłam jak
urzeczona, rozglądając się dookoła. Moje marzenie wreszcie
zaczęło się spełniać. Byłam w akademii. Tej słynnej na cały
świat szkole dla smoczych jeźdźców, gdzie rodziły się prawdziwe
legendy. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
Nagle
zdałam sobie sprawę, że przemierzałam korytarze jakbym je znała.
Gdy mijałam jakieś drzwi lub salę to wiedziałam co tam jest i co
się w nich odbywa. Nie zaniepokoiło mnie to, choć powinno. Byłam
tak uradowana przybyciem na Eter, że nie zwróciłam na ten istotny
fakt uwagi. Moje nogi znały drogę do wieży, w której miała
znajdować się, a przynajmniej powinna, dowodząca złotą strażą,
Lilith.
Dotarcie
do komnaty głównodowodzącej zajęło mi dłuższą chwilę, w
końcu to ogromny zamek, ale gdy stanęłam przed wejściem do jej
gabinetu w ostatniej chwili powstrzymałam się przed zapukaniem.
Teraz albo nigdy, powiedziałam do siebie w myślach. Moja szansa na
spełnienie snów, które od tygodni spędzały mi sen z powiek.
Potrzebowałam minutki na zebranie się do kupy i wreszcie zapukałam
trzy razy.
-
Wejść. - Usłyszałam pozwolenie, po czym otworzyłam drewniane
drzwi i weszłam do środka. Wewnątrz skromnie umeblowanego
gabinetu, za metalowym biurkiem siedziała młoda, białowłosa
kobieta. Spojrzała na mnie po chwili zza dokumentów. Jej źrenice
na sekundę się rozszerzyły, jednak moment po tym wróciły do
poprzedniego stanu. Uśmiechnęłam się do niej lekko, ręką
założyłam włosy za prawe ucho, które i tak zaraz wróciły na
swoje poprzednie miejsce.
-
Witam. Nazywam się Sara Morgan i chciałabym zostać złotym
strażnikiem.
-
Witaj Morgan, jestem Lilith. Miło mi cię poznać. A mogę wiedzieć,
skąd w tobie chęć do bycia strażnikiem? Jeśli do nas dołączysz
to nie będzie już odwrotu. Nie będziesz mogła zrezygnować,
rozumiesz? Staniesz się współodpowiedzialna za obronę całego
Dragoso i jego wszystkich mieszkańców.
-
Tak, wiem na co się piszę i jestem zdecydowana. Chcę zostać
złotym strażnikiem oraz chronić to, co kocham. Po to się
urodziłam. - Posłałam dziewczynie zdecydowane spojrzenie. Serio,
nie po to się tłukłam taki szmat drogi, by w ostatniej chwili
zrezygnować.
-
Urodziłaś, powiadasz... Skoro tak, zgoda. Możesz podejść do
testu. Wytłumaczę ci zasady...
-
Nie trzeba. Znam je. - Może trochę niegrzecznie weszłam jej w
słowo, ale co tam. Moja ekscytacja na nowo we mnie zaczęła rosnąć.
- Jestem gotowa – dodałam na koniec.
Udałyśmy
się do sali ćwiczeń w akademii. To ta największa, jak
przypuszczałam. Rozejrzałam się wokół zadzierając głowę
wysoko do góry. Na twarzy automatycznie zagościł mój szeroki
uśmiech. Wokół unosiła się aura walki i magii. Zupełnie jak w
klasztorze, no z jednym wyjątkiem, tam nie odbywały się żadne
walki czy bitwy. To święte miejsce, które nigdy nie zostało
skalane brutalizmem wojny. Co jest nie lada wyczynem, zważywszy na
to w jakich czasach przyszło nam żyć.
-
Zaprezentujesz nam swoje zdolności w walce z Shiro. - Lilith wyrwała
mnie z zachwytu. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przyszedł
tu z nami jeszcze ktoś. Wysoki młody mężczyzna, nieco podobny do
białowłosej przywódczyni.
-
Oj, przepraszam. Nie zauważyłam cię. - Uśmiechnęłam się pod
nosem nieco głupkowato. Lekki rumieniec okazujący zawstydzenie
przyozdobił moje policzki.
-
Nie szkodzi. Zaczynajmy. Jesteś gotowa? - zapytał niewzruszony.
Kiwnęłam głową, że jestem. Odsunęłam się od nich na
bezpieczną odległość. Przykucnęłam i położyłam prawą dłoń
na ziemi. Zamknęłam oczy i wypowiedziałam te same słowa co
zwykle, gdy budziłam w sobie walkirię.
-
Ojcze, błagam cię byś obdarzył swoją mocą wojowniczą córę
twoją. - Gdy wypowiedziałam ostatnie słowo mocniej zabiło mi
serce w piersi, a na plecach poczułam znajome uczucie wyrastających
skrzydeł, których pióra po chwili pokryły się metalem. Wstałam
powoli i popatrzyłam na moją dwuosobową widownię. - Jestem
walkirią, tak wyglądam naprawdę. To mnie nie dyskwalifikuje,
prawda? - spytałam, a ci pokręcili przecząco głowami. - Nie...
nie eksponuję skrzydeł. Używam ich jako tarczy lub środku
transportu jedynie w wyjątkowych przypadkach, tak samo jak resztę
umiejętności.
-
A jakie to umiejętności? - spytała Lilith, podczas gdy pozwoliłam
swoim pięknym skrzydłom zniknąć.
-
Siła i szybkość. Ze względu na to kim jestem moja siła nawet
przed przyzwaniem znacznie przekracza tę należącą do zwykłego
człowieka. Co do szybkości, to jestem na poziomie... - zastanowiłam
się przez chwilę szukając dla siebie dobrego porównania. - Hm,
wydaję mi się, bez przywołania atrybutów moją szybkość można
porównać do tej należącej do geparda. Szkopuł jest taki, że
dość szybko się męczę. Jak to mówią, coś za coś. Jednak gdy
przywołam swoje moce w pełni, na jakieś niecałe pół godziny
ulegają zwielokrotnieniu, no ale jest
to bardzo wyczerpujące. Dlatego nie przywołuję walikriańskich
atrybutów często.
-
Interesujące. A teraz umiejętności bitewne. Masz doświadczenie w
walce?
-
Zależy co przez to dokładnie rozumiemy. Wychowałam się w
klasztorze, który jest poza wpływami Ciernia i w którym nikogo jak
odkąd nie zabito. Trenowano mnie od najmłodszych lat i nauczono jak
opanować w sobie moce walkirii. Dopiero podczas podróży miałam
okazję skonfrontować się z poplecznikami Ciernia.
-
Czyli... nigdy nie walczyłaś? Na żadnej wojnie? - Lilith i Shiro
aż się zdziwili. Na moment zapadła cisza, ponieważ nie wiedziałam
jak ubrać w słowa to, co miałam już na końcu języka.
-
Ee.. tak jakoś wyszło... Znaczy, walczyłam z różnymi potworami
na zlecenie... - wydukałam, jakże nędzną wymówkę.
-
Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak sprawdzić cię w boju.
Shiro!
Lilith
wydała rozkaz swojemu podwładnemu. Ten podszedł nieco bliżej i
wyciągnął miecz, przyjmując pozycję bojową. Rozejrzałam się i
znalazłam pod jedną ze ścian stoły i regały z różnymi
broniami. Wybrałam dla siebie długi kij, podobny do tego, którym
zazwyczaj się posługuję. Różnica kryła się w materiale. Mój
był bambusowy z metalowym rdzeniem, a ten był cały z metalu.
Sprawdziłam szybko jak leży w dłoni, wykonałam nim kilka próbnych
machnięć, a kiedy stwierdziłam, że się nada wróciłam na środek
sali. Na rozgrzewkę zaczęłam nim wywijać, a kiedy skończyłam
kiwnęłam delikatnie głową, że jestem gotowa do walki. Utkwiłam
spojrzenie w swoim przeciwniku. Skupiłam się na jego ciele, w jaki
sposób oddychał, jak układały się jego ramiona, kiedy napinał
mięśnie, by w idealnym momencie móc zaatakować. Wyczułam w nim
wielką magię, zaś w Lilith jeszcze potężniejszą. Bez wątpienia
byli wspaniałymi wojownikami. Uspokoiłam oddech tak jak nauczyłam
się tego od klasztornych mistrzów. Poczułam jak przez moje ciało
przepływa magia...
Wystarczyła
mi sekunda by przemierzyć dystans między mną, a Shiro i zadać
silny cios, przed którym w ostatniej chwili zdążył czmychnąć. W
miejscu, gdzie przywaliłam z impetem końcem kija pojawiła się
wyrwa. Mężczyzna nie pozostał mi dłużny i postanowił sam
zaatakować. Udało mi się zablokować jego cios kijem i odepchnąć
go na jakieś trzy metry. Zrobiłam to z taką siłą, że Shiro omal
nie upadł. Wykorzystałam to, w oka mgnieniu doskoczyłam do niego,
pozbawiłam miecza, i podcinając mu nogi powaliłam przeciwnika na
glebę. Wymierzyłam w pierś chłopaka koniec metalowego pręta. Ten
chwycił za jego trzon i pociągnął w bok, zmuszając mnie tym
samym do utraty równowagi. Dzięki temu kupił sobie kilka sekund
czasu. Za szybko to wszystko się potoczyło. Jak zwykle się
pospieszyłam. Shiro spróbował zadać mi cios, tym razem to on
chciał mi podkosić nogi. Niestety, ale nie udało mi się
odskoczyć, zagapiłam się po prostu. Przeciwnik dopadł do mnie,
zamierzył się pięścią i... złapałam jego rozpędzoną pięść
pewnie, mocno. Był silny, ale ja od niego silniejsza o wiele.
Ścisnęłam go bardziej, jeszcze i jeszcze, aż zaczął syczeć z
bólu. Gdy stracił koncentrację zepchnęłam go z siebie, ale nie
puściłam go. Wstając szybko pociągnęłam chłopaka za sobą,
wyrzucając go w górę, nad głowę, by na koniec rzucić nim o
ziemię. Niezbyt mocno, nie chciałam go połamać.
Ku
mojemu zdziwieniu Shiro podniósł się na równe nogi. Z szybkością
godnej kobry królewskiej ruszył do ataku. Próbowała parować
każdy jego atak, lecz raz po raz udało mu się mnie trafić. To w
udo, to w żebro, jednakże nie mogłam się dać pokonać. Lata
ćwiczeń, jakie fundowali mi mnisi nauczyły mnie, że nie wolno
działać pochopnie, że należy czekać na właściwy moment, a
kiedy ten się nadarzy to go mądrze wykorzystać. Po dłuższej
wymianie ciosów zauważyłam u Shiro pewien powtarzający się
schemat. Znając już jego styl mogłam zręczniej i z wyprzedzeniem
kontrować jego uderzenia. Moje ruchy zaczęły nabierać prędkości.
Z upływem czasu dostrzegłam słaby punkt w obronie Shiro. Kiedy
wymierzał cios prawą pięścią zaraz za lewą nie nadążał na
nowo trzymać gardy i to właśnie był ów moment. Wyczekałam, aż
znowu się odsłoni, za pomocą prawego sierpowego trafiłam go
prosto w szczękę, posyłając go znowu na glebę, z której już
nie wstał. Nie powiem, zmęczyła mnie ta walka i to nawet bardzo.
Oddychając głęboko i nierówno pochyliłam się nad mężczyzną,
podałam mu dłoń, by pomóc mu wstać. Z ociąganiem, ale przyjął
moją pomoc. Poklepał mnie po ramieniu z uznaniem, następnie oboje
spojrzeliśmy na Lilith czekając na jej werdykt.
(Lilith?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz