21 lipca 2017

Od Polifamii

Mój złowieszczy śmiech głośnym echem odbijał się od ścian lochów. Cała drżałam rozbawiona w jednej ręce ściskając moją broń, a w drugiej trzymając za włosy głowę brata mojego ukochanego Oriona. Spojrzałam na martwą twarz.
Leo... Tak chyba miał. Z reszta gówno mnie to obchodziło. Ale urodziwy był z niego blondasek. Delikatne rysy, przystojna twarz.
-Szkoda, że taki młody no i martwy - westchnęłam. Miło by było go gościć w łóżku przez parę dni jako zabaweczkę. Ta wizja spowodowała u mnie kolejne spazmy śmiechu.
Jednak wszystko co dobre w końcu się kończy. Szybko wrzuciłam głowę braciszka tej cnotki do kartownu i ładnie owinęłam papierem. Na końcu wielka, różowa wstążka na wierzch. Gotowe. Wkrótce wysłane do tej przeklętej akademii. Mam nadzieję, że wojna się jeszcze nie zaczęła. Nie beze mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz