Jak sobie postanowiłem, kilka dni później znalazłem się już na tak zwanych Smoczych Wyspach. W Powietrzu unosił się zapach wojny, ale także i jej woń. Taki słodki, taki pociągający... Muszę ją zobaczyć. Odnaleźć i powiedzieć, nakłonić, byśmy do siebie wrócili. Było nam razem dobrze. Fakt, może nie idealnie, ale.. Każdy popełnia błędy, prawda? Każdy zasługuje na drugą szansę. My także.
Ach, moja bogini wojny, stęskniłem się za tobą. Ciekawe czy ty za mną też. Już nie mogę doczekać się naszego spotkania, naszej kolejnej wspólnej nocy.
Wyczułem jej zapach, był znikomy, jednak na tyle wyczuwalny, bym mógł, jak po nitce do kłębka, dostać się do niej. Zapach doprowadził mnie do olbrzymiego budynku, pewnie to ta słynna Akademia... Mniejsza z tym. Wszędzie biegali żołnierze, pielęgniarki, elfy... Panowało tu spore zamieszanie. Zresztą, co się dziwić, stoimy u progu wojny. Zagłębiłem się w korytarze, idąc za wręcz ścinającą z nóg wonią mojej wybranki, aż wreszcie dotarłem. Stanąłem przed podwójnymi drzwiami. Nie wyczuwałem już tylko jej pięknej esencji, ale także charakterystyczny zapach krwi.
Dużo.
Bardzo dużo krwi.
Momentalnie mną wstrząsnęło. Bestia wewnątrz mnie przebudziła się, jednak nakazałem jej wrócić do snu. Nie mogę się tu teraz przemienić. Mógłbym kogoś przez przypadek rozszarpać na kawałki. Wkroczyłem do środka. Nie obchodziło mnie nic. Patrzyłem tylko na tę jedną istotę, która zdołała do tego stopnia zawrócić mi w głowie, że aż pół świata dla niej przemierzyłem. Widziałem ją zawsze jako kogoś doskonałego, posągowego. Jak tytana nie do zdarcia, dlatego widok jej, nieprzytomnej i całej we krwi mnie po prostu zszokował.
Odebrało mi mowę.
-- Soraya... -- Tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić. Dopadłem do jej łóżka, upadając na kolana. Nie mogłem powstrzymać łez cisnących się do moich oczu. Jedyna kobieta, która skruszyła lód w moim sercu leży teraz, niczym martwa, na łóżku. To nie może być prawda. Dłonią dotknąłem jej leszcze bledszej niż w moich wspomnieniach twarzy. Jej skóra była zimna. Wyczułem w jej organizmie zdecydowanie za mało krwi. Kto ją tak urządził?
-- Miguel.?! -- Usłyszawszy swoje imię lekko drgnąłem. Potem poczułem jak ktoś szarpie mną i zmusza do wstania. Poznałem, iż tym kimś jest Matayas Dreyar we własnej osobie. -- Co ty tu, ty kur**, robisz?! -- spytał. Wściekłość w jego czarnych oczach była tak wielka, że niemal zadrżałem. Co jak co, ale jego wolałem nie denerwować. Co z tego, że jest człowiekiem a ja wilkołakiem? To Dreyar, człowiek zdolny do wszystkiego. Niby najspokojniejszy z nich wszystkich, a chowa diabła za skórą. gdyby tylko mógł urwał by mi głowę gołymi rękami.
-- Spokojnie Mat. Spokojnie... -- wyszarpnąłem się z jego mocnego uścisku, oddalając na odległość dwóch dużych kroków. -- Jestem tu, by odzyskać miłość mojego życia.
< Tam tam taaaam... Orion ma konkurencję ^^ >
Ach, moja bogini wojny, stęskniłem się za tobą. Ciekawe czy ty za mną też. Już nie mogę doczekać się naszego spotkania, naszej kolejnej wspólnej nocy.
Wyczułem jej zapach, był znikomy, jednak na tyle wyczuwalny, bym mógł, jak po nitce do kłębka, dostać się do niej. Zapach doprowadził mnie do olbrzymiego budynku, pewnie to ta słynna Akademia... Mniejsza z tym. Wszędzie biegali żołnierze, pielęgniarki, elfy... Panowało tu spore zamieszanie. Zresztą, co się dziwić, stoimy u progu wojny. Zagłębiłem się w korytarze, idąc za wręcz ścinającą z nóg wonią mojej wybranki, aż wreszcie dotarłem. Stanąłem przed podwójnymi drzwiami. Nie wyczuwałem już tylko jej pięknej esencji, ale także charakterystyczny zapach krwi.
Dużo.
Bardzo dużo krwi.
Momentalnie mną wstrząsnęło. Bestia wewnątrz mnie przebudziła się, jednak nakazałem jej wrócić do snu. Nie mogę się tu teraz przemienić. Mógłbym kogoś przez przypadek rozszarpać na kawałki. Wkroczyłem do środka. Nie obchodziło mnie nic. Patrzyłem tylko na tę jedną istotę, która zdołała do tego stopnia zawrócić mi w głowie, że aż pół świata dla niej przemierzyłem. Widziałem ją zawsze jako kogoś doskonałego, posągowego. Jak tytana nie do zdarcia, dlatego widok jej, nieprzytomnej i całej we krwi mnie po prostu zszokował.
Odebrało mi mowę.
-- Soraya... -- Tylko tyle byłem w stanie z siebie wydusić. Dopadłem do jej łóżka, upadając na kolana. Nie mogłem powstrzymać łez cisnących się do moich oczu. Jedyna kobieta, która skruszyła lód w moim sercu leży teraz, niczym martwa, na łóżku. To nie może być prawda. Dłonią dotknąłem jej leszcze bledszej niż w moich wspomnieniach twarzy. Jej skóra była zimna. Wyczułem w jej organizmie zdecydowanie za mało krwi. Kto ją tak urządził?
-- Miguel.?! -- Usłyszawszy swoje imię lekko drgnąłem. Potem poczułem jak ktoś szarpie mną i zmusza do wstania. Poznałem, iż tym kimś jest Matayas Dreyar we własnej osobie. -- Co ty tu, ty kur**, robisz?! -- spytał. Wściekłość w jego czarnych oczach była tak wielka, że niemal zadrżałem. Co jak co, ale jego wolałem nie denerwować. Co z tego, że jest człowiekiem a ja wilkołakiem? To Dreyar, człowiek zdolny do wszystkiego. Niby najspokojniejszy z nich wszystkich, a chowa diabła za skórą. gdyby tylko mógł urwał by mi głowę gołymi rękami.
-- Spokojnie Mat. Spokojnie... -- wyszarpnąłem się z jego mocnego uścisku, oddalając na odległość dwóch dużych kroków. -- Jestem tu, by odzyskać miłość mojego życia.
< Tam tam taaaam... Orion ma konkurencję ^^ >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz