Noc spędziłam w posiadłości mojej rodziny nad morzem. Od lat nikt o nią nie dbał, co prawda nie była w opłakanym stanie, lecz prace nad domem z pewnością wiele mi zajmą. Po drodze spotkałam Shirę, postarzała się przez te siedem lat, biedna. Nie poznała mnie od razu, to dowód na to, że ja także bardzo się zmieniłam, lecz ja jestem w pełni świadoma własnych zmian. Nie jestem dumna z tego, kim się stałam. Gdyby widziała mnie teraz moja matka... Nawet nie chcę o tym myśleć, jak bardzo była by mną rozczarowana. Nigdy nie pochwalała trybu życia, jaki prowadził jej mąż, a mój ojciec, lecz przymykała na pewne rzeczy oko. Jednakże, gdyby mnie teraz zobaczyła, pokręciła by głową i obdarzyłaby mnie tymi swoimi szarymi jak dym, zawiedzionymi oczami. Była jedyną osobą, przed którą czułam nawet większy respekt, niż przed moim ojcem, Saronem, a jego obawiali się praktycznie wszyscy. Moi bracia na samo wspomnienie słowa „tata” robili w gacie... Ach, wspomnienia...
Zostawiłam moje smocze jajo w domu, tam będzie bezpieczne. Mam absolutną pewność, iż nikt go tam nie znajdzie. Z tego, co udało mi się zasłyszeć, wszyscy omijają tamto wybrzeże szerokim łukiem, że niby przeklęte. Znam tą bajeczkę. To straszna historia na dobranoc. Nic specjalnego. Mam tylko nadzieję, że ludzie nie zaczną się kręcić koło domu i nie zaczną zadawać wścibskich pytań. Niech nie interesują się rzeczami, które ich nie dotyczą. Inaczej, skończą marnie.
Postanowiłam udać się do Akademii w celu dowiedzenia się kilku spraw. Jako, iż mam pieniądze, muszę zakupić coś do jedzenia po drodze. Nie chcę przecież umrzeć z głodu. Mam cele, które czekają na spełnienie. Nie odpuszczę, póki tamci chodzą po tym świecie. Nie ma nawet takiej opcji. Już raz miałam ich na widelcu. Przygotowywałam się do tego pięć lat. Misternie tkany plan miał wreszcie się w pełni dokonać. Myślałam, że z nim u mego boku wszystko się uda, że wreszcie tamci zapłacą za to, co zrobili mojej rodzinie i królestwu, ale on nas wydał. Wydał i uciekł! Tak po prostu... Ufałam mu, jak nikomu innemu, nawet bardziej niż sobie. Ale się pomyliłam, i to diametralnie. Jego zdrada zabolała mnie niemal tak samo mocno, jak śmierć Katsuyi, czy ojca. Nigdy mu tego nie wybaczę, nigdy.
Przenigdy.
Dotarłam do Akademii dość szybko, nawet jak na mnie. Rozmyślanie o moim dawnym wspólniku i przyjacielu zaprzątało niemal całą moją głowę. Wkroczyłam do gmachu, pewnie przemierzając jego kręte korytarze. Kiedy wyszłam z któregoś z kolei zakrętu, stanęłam jak wryta. Poczułam się, jakby trafiło mnie z tysiąc piorunów naraz. Moje oczy spotkały się z ciemno piwnymi, niemal tak czarnymi oczami jak moje. Mimo dzielącej nas odległości udało mi się w nich zobaczyć niedowierzanie przekształcające się w niepohamowaną złość. Przede mną stał człowiek, który kiedyś był mi bliższy niż moi bracia. Mogłam na niego liczyć, tak samo jak on na mnie, ale wszystko się posypało. Nasza przyjaźń przerodziła się w nienawiść. Chciałam dla niego dobrze, a on tak mi się za to odpłacił. Złapano mnie, przesłuchiwano, chciano nawet torturować, ale uciekłam. Przez niego oprawcy Katsuyi uciekli! Nagle, jakby coś mnie tknęło. Wypełniła mnie nowa energia wymieszana z nienawiścią do niego. Do Drake'a Axalla. Ruszyłam w jego stronę. Na jego szczęście nie był sam. Przy nim stała ta cała Ariana, którą wcześniej udało mi się poznać. Jak to ja, oczywiście wiem już o niej wszystko, ale jej osoba w ogóle nie miała dla mnie teraz znaczenia.
– Co ty tutaj robisz? – wykrzyczeliśmy niemal równocześnie. Ja jak i on zdawaliśmy sobie sprawę, jak skończy się nasze niespodziewane spotkanie. Spojrzałam na Arianę pytająco, lecz ona nic nie powiedziała. Przeniosłam swoje spojrzenie z niej z powrotem na Axalla. Gotowała się we mnie coraz większa wściekłość. Moje ręce zacisnęłam w pięści starając się nie wybuchnąć, jednak Drake jak nikt potrafił wyprowadzić mnie z równowagi samą swoją obecnością. Nagle między nas spakowała się Ariana. Odgrodziła swoim ciałem mnie od szatyna i rzekła:
– Uspokójcie się, ok? Chyba, że chcecie narobić nam wszystkim kłopotów. – Jej słowa spowodowały, że zmierzyłam ją niechętnie. Zauważyłam również, jak za plecami tego zdrajcy wyłonił się Vihar. Ten wilk zawsze był przy nim, niczym osobisty anioł stróż. Jak ja kiedyś. Zaśmiałam się gorzko, patrząc na Arianę.
– Kłopoty, to zaraz ty możesz mieć, jak się nie odsuniesz od tego fałszywego frajera.
– Uważaj kogo nazywasz frajerem... – warknął Drake odsuwając brunetkę prawą ręką, a ta prawie wpadła na ścianę. Stanął tak blisko mnie, że niemal zetknęliśmy się nosami.
– Mogę cię nazwać inaczej. Co wolisz zdradziecką świnię, czy podstępnego wieprza?
– Wrrr...! – jego warczenie, godne smoka, podrażniło moje uszy. – Nie mam w zwyczaju bić kobiet, ale dla ciebie zrobię wyjątek..
– Tylko spróbuj Axall... – syknęłam z jadem. Wiedziałam, że teraz moja twarz z pewnością nie była spokojna.
– A żebyś wiedziała, że spróbuję... – szepnął, ale zaraz uśmiechnął się wrednie i dodał o wiele głośniej – ..Dreyar.
Na dźwięk mojego nazwiska Ariana lekko drgnęła. Widziałam jak patrzy na mnie mrużąc przy tym oczy. Nie podaruję mu tego! Drake wiedział, że nie wyjawiam swojego nazwiska z konkretnych powodów, dla dobra własnego i ogółu. Niech cię piekło pochłonie, zdrajco!!!
< Ariana? Drake? Może ktoś jeszcze? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz