Naprawdę nie ukradłem tych owoców. Tym razem nie. Miałem co prawda na nie straszną ochotę ale wolałem już się nie wychylać w tej części miasta, co najmniej przez parę kolejnych dni. Potrzebowałem zniknąć. I to jak najprędzej. Dlatego gdy sklepikarz z pod którego fikuśnych ciuszków, wylewały się fałdki tłuszczu, zaczął się drzeć, że niby ukradłem mu najlepsze owoce, ogarnęła mnie wściekłość. Nic nawet jednak nie zdążyłam mu zrobić gdy na scenę wparował ponownie jegomość w czarnym płaszczu. Facet zaczynał być wkurzający. Serio zebrało mu się na litość, że po raz któryś “ratował” mnie z opresji? A ja to niepełnosprawny czy co?! Nie dość, że zapłacił temu naciągaczowi to jeszcze go przeprosił! Ja nie mogę…. Co prawda nie jestem tego pewien bo tam skąd pochodzę słowo którego użył może znaczyć również śledzia… Uznajmy jednak, że to było przepraszam. Fuknąłem cicho pod nosem i rzucając tłuściochowi od straganu zabójcze spojrzenie, ruszyłem za facetem w czerni. Miałem zamiar jasno dać mu do zrozumienia, że ma się ode mnie odwalić bo nie mam zamiaru wciągać się w jakieś długi czy inne gówno. Mrucząc cicho ze złości pod nosem, podążałem śladem nieznajomego.
Wkrótce opuściliśmy tereny, które jako tako kojarzyłem i udaliśmy się do kompletnie obcej dzielnicy. Zaniepokojony, delikatnie przyspieszyłem kroku. Zaraz się jednak skarciłem w myślach, uspokajając kołaczące nieco mocniej niż zazwyczaj serce.
W końcu mężczyzna zatrzymał się
- Czemu za mną idziesz? - Na jego chłodny głos wzdrygnąłem się. Wyjątkowo nieprzyjemny typ. Co mnie podkusiło, żeby się za nim szlajać?!
- Raczej czemu jaśnie pan raczy mnie ratować? Nie jestem już dzieckiem, umiem sobie poradzić na ulicy. Nie jestem ci więc nic dłużny. To rzekłszy odwróciłem się z zamiarem odejścia.
***
Parę następnych dni spędziłem na “nie wychylaniu się”. Nuuuuuddddaaaa…… Ile można udawać, że się nie istnieje?!
Pchnięty potrzebę poczucia adrenaliny wpadłem na szalony pomysł. A co gdyby z tej jakże cudownej akademii, czujcie ten sarkazm, wykraść jedno z owianych legendą “smoczych jaj”. Sam nie wierzyłem w te bzdury, ale zawsze warto się upewnić. Kto wie za ile by takie jajo poszło na czarnym rynku? Może mógłbym nawet kupić jakieś małe mieszkanie? W każdym razie perspektywa wykradzenia tak pilnie strzeżonego obiektu, była niesamowicie kusząca. Dlatego też ostatnie parę dni spędziłem, kręcąc się w bezpiecznej odległości od Akademii, pilnie obserwując wszystkie zajścia i ludziu się tam znajdujących. Ta akcja musiała być perfekcyjna. Szykował się włam stulecia.
To właśnie miała być ta noc. Głębokie cienie otuliły właśnie ulice miasta, a ludzie po dniu pracy ułożyli się do snu. Tylko z karczm i oberży dobiegała głośna muzyka i pijackie śpiewy. Przemknąłem ciemnymi zaułkami i jako cień, niezauważony wślizgnąłem się na teren zamku. Musiałem dowiedzieć się gdzie jest sala w której trzymają wszystkie te jaja, kluczyłem więc korytarzami przez nic nie niepokojony. W końcu stanąłem przed olbrzymimi drewnianymi drzwiami zdobionymi złotem i wszelakimi innymi drogocennymi kruszcami. Na ich środku widniała płaskorzeźba pokaźnych rozmiarów jaja, pokryta jakąś dziwną materią, przypominającą nieco łuski. To musiało być tu. Przyjrzałem się im uważniej. Żadnych strażników, nawet głupiego zamka z kluczem nie było! Najciszej powoli nacisnąłem klamkę i delikatnie uchyliłem wrota. W pomieszczeniu panował półmrok oraz niepokojąca wręcz cisza. Z duszą na ramieniu, wsunąłem się do środka.
<Cor? Co ty na to :P >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz