1 czerwca 2017

Od Oktaya ( kontynuacja podróży na Eter )

Myślami wracałem ciągle do Arrow, do jej zapachu, dotyku... Nie myślałem, że nasze spotkanie tak bardzo zawróci mi w głowie, jednak musiałem się pospieszyć. Soraya czeka... Przyspieszyłem jadąc ciemnym tunelem, głęboko pod dnem morza. Gdybym wybrał przeprawę okrętem, straciłbym dodatkowe pół dnia, a zależy mi na czasie.
Dotarłem na drugi koniec mrocznego, wilgotnego tunelu przed południem. W sumie to nawet dość szybko, zważywszy na to, iż miejscami droga była dość trudna do przeprawy. Moje czarne cudeńko ( teraz uwaga, Moon zabawiła się w wymyślenie nazwy dla motoru Okesia ) Runway Hydro spisał się jak zwykle świetnie. Ostatnie poprawki przy napędzie przyniosły zadowalające efekty, choć znając siebie, pewnie za jakiś czas udoskonalę motor jeszcze bardziej. Taki już jestem. Jak jakiś pomysł wpadnie mi do głowy, muszę go zrealizować.

Dojechałem do celu.., no tak prawie. Przekroczyłem granicę stolicy. mojego dawnego domu. Miejsca, gdzie się urodziłem, wychowałem, dorastałem, ale nie dorosłem. To świat i Tobiraya pomogli mi dorosnąć, a przynajmniej Biri się starał. To, jakim człowiekiem teraz jestem, zawdzięczam nie tylko sobie, nie własnym życiowym wyborom, czy nieudanym decyzjom, ale ludziom..., czekaj, nie. Poprawka. Bestiom, które zabiły mi połowę rodziny i zmusiły do oglądania ich egzekucji. Sorayę też o mało co a by zgładzili, na moich oczach. Dobrze, że ojciec i bracia się pojawili, bo i dla Sor mogło już być za późno.
Automatycznie moje dłonie na kierownicy zacisnęły się mocniej. Tamte wspomnienia, tak skrzętnie poukrywane w najdalszych zakamarkach mojego umysłu, wdarły się do moich myśli. Niczym fala zmiotły te dobre wspomnienia o Arrow, o tym, że po tylu latach wróciłem do domu. O tym, że po prawie pół roku zobaczę swoją jedyną siostrę.

Niczym burza przejechałem przez centrum miasta. Nie patrzyłem na nic. Czy kogoś przejadę, czy potrącę.., nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Musiałem dostać się do wyznaczonego sobie celu, a była nim Akademia. Zaparkowałem ze zgrzytem opon tuż przez okazałymi schodami prowadzącymi do gmachu uczelni smoczych jeźdźców. Porwałem ze sobą swój wypchany po brzegi plecach i zacząłem wspinać się po schodach, co trzy stopnie.
Wparowałem do środka, nie patrząc na nikogo. Liczyło się tylko i wyłącznie dostanie do mojego rodzeństwa. Byłem już tak blisko, każda kolejna sekunda mogła kosztować ich życie.
Nie przeżyłbym, gdyby coś im się stało.

Stanąłem przed drzwiami do skrzydła szpitalnego i jak gdyby nigdy nic, walnąłem je z kopa tak mocno, że niemal wyleciały z zawiasów. Co jak co, ale nie zamierzam demolować zabytkowych przybytków jak Rourke... Wszystkie głowy obecnych na sali skierowały się na mnie.
Przybyłem do celu!
-- Mat, ty leniu, czego ślęczysz na tym łóżku i nic nie robisz..?!

< Każdy, kto chce powitać Oktaya, niech odpisze :D >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz