Wszystko zadziało się niemal błyskawicznie. Podejrzewałem, że przyjdą ich uwolnić, zwłaszcza Leo. Jak widać nie zawiodłem się. Przewidziałem to idealnie. Specjalnie spytałem, czy Zuzu nie chce poczekać gdzie indziej, ale cóż... Zobaczy prawdziwego mnie w akcji. Może to i lepiej? Może taki ja, taki zimny i bezlitosny także przypadnie jej do gustu...
Czułem zimno ostrza, które jakiś tępy nieszczęśnik przystawił mi do gardła. W nikłym świetle pochodni, udało mi się dostrzec piątkę zamaskowanych wrogów, Leo no i Sarka, który kulił się pod ścianą. Zula nie odrywała ode mnie wzroku. W jej oczach rozpoznałem zawód i zaskoczenie... Już niedługo, moja Zuzu, przekonasz się, że nie na darmo nazywają mnie Księciem Zbrodni.
Po ciemnym, mrocznym korytarzu rozszedł się śmiech.
Mój śmiech, który sprawił, iż kilkoro napastników drgnęło. Leonard patrzył na mnie, bowiem wiedział, że teraz nie będę zważał już na żadne granice. Sam doskonale wie, do czego jestem zdolny. Z resztą ja, on, Oktay, Soraya i kilkoro innych, razem dokonaliśmy czegoś, co dzisiaj owiane jest legendą.
-- Serio? Ty na serio sądzisz, że te marne pięć płotek powstrzyma mnie? Przyszłego króla Podziemia? -- Śmiałem się w głos, jakby ktoś opowiedział mi jakiś niezwykle śmieszny żart. Jednak po chwili opanowałem się, a z radosnego tonu mojego głosu nie pozostało zupełnie nic.
Tylko lód i obojętność.
-- Niczego się nie nauczyłeś... -- mruknąłem pod nosem, jakby sam do siebie. Wsłuchałem się w swoje, coraz szybciej bijące serce, w kapanie wody w oddali... Czułem, tak jak to uczyła mnie moja mistrzyni, jak czas dla mnie zwalnia. Zwinnie i z prędkością dorównującej błyskawicy, wyswobodziłem się z uścisku przytrzymującego mnie prycha. Uwiesiłem mu na ramieniu ramię i przytrzymując drugą ręką za głowę, przerzuciłem go sobie przez ramię. Tamtemu miecz wypadł z ręki, a nim ktoś zdążył zareagować, skręciłem gościowi kark. Wyprostowałem się mając nisko spuszczoną głowę. Moje niemal czarne włosy zasłoniły mi oczy, które teraz wyrażały jedynie jedno.
Czystą chęć mordu.
Rękoma chwyciłem za siebie i od dołu, spod kurtki, wyciągnąłem te dwa samurajskie miecze. Ich czarne, jak oczy wcześniejszej właścicielki ostrza, zatańczyły w moich rękach razem ze mną taniec śmierci. Nie minęło z pięć sekund, a ja stałem za Zulą, tuż obok Leo, od którego dzieliło mnie może z dwadzieścia centymetrów. Bez namysłu wbiłem mu jedną katanę brzuch, przebijając go na wylot.
-- To za moją Melody.., a to.. -- i wbiłem mu drugi miecz też w brzuch. -- To za Sorayę.
< Zula..? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz