Zimna woda schłodziła mi gardło. Jednak moje szare komórki zaczęły pracować na najwyższych obrotach. To wszystko jest za proste. No za proste! Czuję, że coś się zaraz zdarzy. Szłyśmy z Winry bardzo długo, niespełna trzy godziny. W buszu zaczynał zapadać zmrok, co zaczęło mnie niepokoić. Tułanie się nocą po dżungli jest tysiąc razy bardziej niebezpieczne, niż za dnia. Większość drapieżników właśnie wtedy poluje, a my stanowimy łatwy cel. Przez krzaki, liany i inne rośliny było widać zarys okazałej budowli. Z daleka poznałam, że to jakaś świątynia.
Cudnie..
Szłam pierwsza, za mną dzielnie trzymała się Winry. Obejrzałam się w jej kierunku i pech chciał, że się o coś potknęłam. Całe szczęście, że udało mi się złapać równowagę, bo bym spadła na samo dno urwiska! Ogromna przestrzeń wyrosła między nami, a naszym celem. Nie dałybyśmy rady tego przeskoczyć za cholerę.
-- No pięknie... -- westchnęłam pod nosem, patrząc na moją towarzyszkę. -- Wiedziałam! Po prostu wiedziałam! -- Zaczęłam wymachiwać rękami na prawo i lewo. Na druga stronę było może z dwadzieścia, trzydzieści metrów. Moje ręce zaczęły uderzać o zwisające, grube liany. Nagle w głowie zaświeciła mi mała lampka. Chwyciła pewnie zieloną linę, przyjrzałam się jej uważnie, po czym spojrzałam na Winry, uśmiechając się lekko.
-- Myślisz o tym samym, co ja? -- spytałam, a mój uśmiech stawał się coraz bardziej szalony.
< Winry? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz