Wpadłam na…. Wilczego ducha? Nie wiedziałam jak nazwać tego kogoś. Wyjąć ręce z kieszeni i coś tam do mnie powiedział. Nic, a nic nie rozumiałam z tej ich dziwnej paplaniny. Co miałam zrobić? Przecież go nie zaatakuje… On umie walczyć… Uspokoiłam się i złożyłam mu przepraszający ukłon. Następnie ominęłam go i zbiegłam po schodach.
Gdzie było to wyjście?! Gdzie mój koń?! Już pożądnie zdenerwowana biegałam po istnym labiryncie korytarzy. Zaglądałam w każde napotkane drzwi. Gdzieś musi być wyjście! Zaraz mnie znajdą! Nagle do głowy przyszedł mi potworny pomysł. A co jeśli oni byli JEGO sprzymierzeńcami? Szybciej! W lewo, prawo po schodkach w dół, teraz korytarzem prosto. Nie mogłam stąd wyjść. Nie, nie, nie. Proszę! Błagam! Do oczu cisnęły mi się łzy przerażenia. Otarłam je prędko wierzchem dłoni i z frustracją rozejrzałam się dookoła. Wojownicy nie płaczą! Potrząsnęłam głową i odetchnęłam głęboko. Spokojnie. Wyostrz zmysły. Wtem poczułam, że ktoś podchodzi do mnie od tyłu. Zadziałałam instynktownie.
Zrobiłam salto w tył i uderzyłam parę razy w sposób jaki mnie uczono. Szybko jak modliszka, mocno jak tygrys i rozważnie ja panda. On jednak prędko odskoczył. A był to ten sam chłopak co wcześniej. No to teraz miałam duży problem...
<Zorino? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz