Wstałem z ziemi powstrzymując odruchy wymiotne. Czułem się fatalnie jednak nie chciałem pokazać tego po sobie. Musiałem znieść to z godnością mimo że serum nie podziałało na moje samopoczucie zbyt dobrze. Wyprostowałem się skanując wzrokiem teren wokół mnie. Byłem na... sawannie? Tak to wszystko wyglądało. Prawie sucha ziemia, gdzieniegdzie porośnięta wysoką, jasną trawą a wśród niej czarno-białe zwierzęta. Zebry, czyli oprócz stworów Cienia czyhać na nasze życie mogą zwykłe istoty. Prościzna!
Co jakiś czas widziałem pojedyncze drzewa rosnące w sporej odległości od siebie.
Nagle podeszła do mnie moja partnerka niedoli, z którą miałem spędzić najbliższe 48 godzin. Była to wysoka blondynka przez wielu zapewne uznana za zjawiskową piękność. Ale ja wolałem zadziorne, czarnowłose diabły.
-Cześć, nazywam się Zula- przedstawiła się wyciągając w moim kierunku dłoń. Ująłem ją i poczułem mocny jak na kobietę uścisk. Czyżby trafiła mi się wojowniczka? Nadal zachowując kamienną twarz nie chcąc pozostać jej dłużnym też się przedstawiłem.
-Orion- powiedziałem tylko swoje imię. Więcej nie musiała wiedzieć. Bez słowa odwróciłem się w drugą stronę. Osłaniając ręką oczy przed przeraźliwie jasnymi promieniami słonecznymi spojrzałem w kierunku linii horyzontu, na której majaczyły jakieś niewyraźne kształty.
-Mamy pięć godzin. Jakieś pomysły?- spytałem blondynkę chcąc poznać jej sposób myślenia.
<Zula?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz