Miałem złe przeczucie, od rana mnie ono gnębiło, więc postanowiłem wyżyć się na treningu. To chyba było zrządzenie losu, ponieważ w lesie natknąłem się na Leo. Ewidentnie czegoś lub kogoś szukał. Postanowiłem go śledzić. Niezauważony skradałem się za nim i tak jak myślałem, znowu przyszedł po Ariś. Między nimi wywiązała się walka. Ten idiota coś tam gadał o tym, że jestem za słaby by ją chronić..
Gówno prawda.
Już ja mu pokażę, co to znaczy mieć mnie za przeciwnika. Wiem, że nabył kilka nowych umiejętności, pewnie Cierń mu je sprawił.
Nagle Ariana rzuciła się do ucieczki, ruszyła w moją stronę. Spokojnie młoda, ja czuwam nad tobą. Nie powiedziałem nic. Szybkim ruchem schowałem dziewczynę za plecami, a sam ruszyłem do przodu. Leo nie spodziewał się mnie, cóż. Jego pech, moje szczęście. Dobyłem swoich mieczy z prędkością światła i nim tamten zdążył połapać się w sytuacji, zadałem mu głębokie dwa cięcia na klatce piersiowej. Chłopak upadł na kolano, podparł się prawą ręką. To był właśnie jego koniec. Nim, tak jak ostatnim razem zdążył się zmyć, szybko uderzyłem go pięścią w twarz, pozbawiając przytomności.
-- I co, łyso ci, frajerze?! -- Jako bonus, zafundowałem mu solidnego kopniaka w brzuch. Niech zdycha sykinsyn jeden.. -- Ariana, w porządku?? -- obejrzałem się w kierunku brunetki, która patrzyła na mnie oniemiała. -- Gdzie twój tygrys??
< Ariana, Drake przybył..! >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz