Podróż była bardzo wyczerpująca zarówno dla mnie jak i Toparo, który był zmuszony dźwigać mnie na swoim grzbiecie od paru ładnych godzin. Byłam mu za to bardzo wdzięczna, szczególnie, że nie jęczał, nie wzdychał. Po prostu szedł dalej.
Ale naszym największym zmartwieniem był Devonshire. Wspólnie podjętą decyzją wysłaliśmy go do akademii aby poinformował dyrektora Eurosa o naszym przybyciu. Nie chciałam wywołać zbędnego zamieszania moją osobą. A raczej ciężkie było to do osiągnięcia ze względu na... mój dość specyficzny ubiór.
-Panie już niedaleko!- poinformował mnie telepatycznie Toparo co przyjęłam z ulgą. Nie chciałam być dla niego dłużej ciężarem.
Poprawiłam maskę. Nie mogłam pozwolić aby mi w jakimś momencie spadła. Moja tożsamość była tajemnicą. I tak miało pozostać.
Wracając do Devona... Był on niezwykłym pegazem. Niekoniecznie w dobry sposób. I to martwiło mnie najbardziej. Tak kochał jedzenie, że dałby się za nie zapewne porwać.
Zeskoczyłam z grzbietu mojego ukochanego Toparo i zaczęliśmy iść obok siebie.
-Mam nadzieję, że ten kretyn nie narozrabiał...- tą uwagę guardian deer wygłosił na głos. Uśmiechnęłam się pod maską. Kto wie? Ten pegaz był w stanie zrobić wszystko.
W końcu dotarliśmy na teren akademii. Miałam nadzieję, że nikogo nie spotkamy. I tak wystarczającym utrudnieniem jest konieczność rozmawiania przez Toparo, który niekoniecznie był miły dla innych.

<ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz