No i się zaczęło. Zdążyłyśmy w samą porę. W ruinach świątyni było trochę broni. Ja znalazłam sobie dwie katany. Na szybko zrobiłam sobie z lian uprząż i zawiesiłam sobie, wciąż ostre miecze na plecach. Sprawdziłam, czy wygodnie mi się z nimi biega, a kiedy i to przetestowałam, zaczęłam badać na szybko nasze schronienie. Dużo zaułków, nikłe światło, wysokie podesty i pełno roślinności. Już widzę, jak z tych badyli zaczynają wychodzić śmiercionośne pająki i inne ohydy. Nie znoszę ich!
W końcu, zapadła noc, wokół mnie i Winry rozlegały się podejrzane szelesty. To pomioty, nadchodzą. Jeszcze raz ogarnęłam bacznym spojrzeniem naszą fortecę. Trudno będzie ją nam obronić, ale, jak to ja, mam swój plan.
-- Winry, jak będzie na serio źle, biegniemy wg głąb budynku. Wolałabym, alby tak się nie stało, ale jeśli będzie to konieczne, uciekaj ile sił w nogach. Jeśli dobrze pamiętam z opowieści jednego z moich braci, przeważnie w każdej świątyni znajdują się komnaty, gdzie składano ofiary. Tam się ukryjemy i przetrzymamy szturm, ale na początek.. -- zrobiłam kilka kroków w przód. Byłam gotowa stanąć z pomiotami do boju. Mój umysł myślał trzeźwo i pracował na największych obrotach. Nagle coś mi się przypomniało. Z głupawym uśmiechem zaczęłam przetrząsać swoje kieszenie i, o dziwo, znalazłam tam swoje lizaki! Wyciągnęłam dwa i podałam jeden Winry.
-- Chcesz? Trochę cukru dobrze nam zrobi, ożywi nas.. -- Sama otworzyłam swój ulubiony, jabłkowo-cytrynowy i zaczęłam go ssać. Kocham słodycze. Podnoszą moją chęć do zrobienia czegokolwiek. Tymczasem, z krzaków wyszły pierwsze łajzy Ciernia. Na moją twarz wkradł się szatański uśmiech. -- Będę cię osłaniać, kochana..
< Winry? Zabijmy parę pomiotów.. >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz