14 maja 2017

Od Shurimy

W życiu większości młodych ludzi przychodzi czas, w którym to trzeba opuścić bezpieczne gniazdo rodzinne na rzecz większej samodzielności i zdobycia życiowego doświadczenia. To jeden z tych momentów gdzie każda decyzja może zaważyć na przyszłości tego młodego człowieka. Strach, niepewność, potrzeba spełnienia to z pewnością dominujące uczucia w jego sercu. Jednak chęć odnalezienia własnego celu oraz jego spełnienie wygrywa ze wszystkimi obawami, innymi negatywnymi uczuciami.
Niestety ja nie miałam tak dobrze. Właśnie... Dobrze czytacie. Po pierwsze mój "dom" rodzinny nie można było w żadnym aspekcie nazwać bezpiecznym. Zasadniczo wszystko, co się w nim znajdowało, mogło cię zabić. Od latających samowolnie magicznych książek z okładką ze smoczej skóry po "ziółka", które potrafiły mocno gryźć albo pluć kwasem. Ale cóż dziwnego przy takich mieszkańcach. Moja rodzina nie była normalna. Niegdyś potężny, czarnoksięski ród teraz zafiksowana na punkcie odbudowania dawnej chwały nie zważał na nic prócz czubka własnego nosa. A przecież mieszkali w bliskim sąsiedztwie z zabobonnymi wieśniakami, którzy swoją droga byli nawet sympatyczni. Niestety do czasu... Jednak nie chciałam teraz wspominać tych przykrych wydarzeń. Teraz ani nie było mojej rodziny, ani tych wieśniaków. Zostałam tylko ja - stojąca obecnie przed ledwo trzymającą się chatą z założonym na plecy dużym, bardzo paskudnym plecakiem i jednymi, ostatnimi ubraniami na sobie i trzymająca mocno białą kopertę z krótkim listem w ręce.
Musiałam pamiętać, by wysłać go gdy dotrę do najbliższego miasta czy większej osady.
Chwilę patrzyłam na rozpadający się drewniany budynek, w którym spędziłam większość mojego dwudziestoletniego życia i bez żadnych wyrzutów sumienia ruszyłam jedyną ścieżką w miejsce mojego przeznaczenia jak podpowiadała mi moja intuicja.
A po drugie nie czułam ani strachu czy lęku czego dowodem był normalny, niebieski kolor włosów.
***
Wszystkie niepotrzebne rzeczy sprzedałam dzięki czemu posiadałam małą fortunę wystarczającą na dostatnie życie w każdej mieścinie. No właśnie... Ale ja nie chciałam żyć w każdej, tylko w wyjątkowej. W miejscu, gdzie będę miała spokój od kłopotliwej sprawy rodzinnej, bezpieczeństwo, a przede wszystkim kogoś, dla kogo warto będzie zostać. Choć to były z mojej strony samolubne życzenia. Przecież byłam chodzącym niebezpieczeństwem. Z jednej strony moje serce pragnęło pokochać albo chociaż polubić kogoś, a z drugiej nie chciałam skrzywdzić żadnego człowieka. Medyk, który zabija...
Zatrzymałam się na postój w miasteczku Poul, które samo w sobie wyglądało normalnie. W jednej części mijałam ciężko pracujących od rana do wieczora piekarzy, kowali, kupców przy swoich kramach z wątpliwej jakości towarem. W drugiej natomiast, zapewne dzielnicy biedoty, gdzie popadnie spali żebracy, podrzędne pijaczyny oraz gdzieniegdzie w ciemnych uliczkach podejrzane, szemrane typki.
Zatrzymałam się na obrzeżach Poul w małej gospodzie/karczmie. Ciężko właściwie było określić co to był za budynek. Włosy miałam schowane pod czapką od dłuższego czasu, jak tylko wiedziałam, że mogę spotkać na swojej drodze innych ludzi. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Już i tak dziwna była samotnie podróżująca młoda kobieta, która nie nie wyglądała jak pani spad latarni. Oj nie! Z pewnością nią nie byłam. Mogłam przysiąc na całą moją wiedzę medyczną, że jestem czysta, dziewicza w każdym calu. Nawet nigdy się nie całowałam. Jakby było z kim w ogóle.
Udałam się do właściciela tego jakże sympatycznego przybytku i załatwiłam sobie nocleg na jedną noc z dala od reszty przebywających w budynku ludzi.
Z uczuciem ulgi położyłam się w małej kwaterze. Jutro wyślę list.
***
Puściłam się szaleńczym biegiem przez las. Wszystko przed moimi oczami zamazywało się w kolorowe smugi. Walczyłam o choćby najdrobniejszy oddech, ale moje płuca odmawiały posłuszeństwa.
Ktoś biegł za mną i nie miał dobrych zamiarów. Chciał mnie zabić. Tego byłam pewna, ale do mojego przerażonego umysłu mało co docierało. Działał instynkt.
- Czarnomagiczna dziw**!- usłyszałam szept tuż przy uchu. Nadeszła moja zguba.

 CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz