Nie wiem ile tak siedziałem głaskając mojego małego kapturka. Przez cały ten czas myślałem o wielu rzeczach. W tym o moim rychłym zgonie. Byłem pewny, że Orion mnie zabije zaraz po wyczerpującym przesłuchaniu. Zawsze taki był... Martwił się na zabój. Jednak cieszyłem się z jego obecności. Minęło chyba... pięć lat od czasu tej tragedii? Przez cały ten okres czasu nie dawał znaku życia. Docierały do mnie pewne plotki o obecności el Diablo, w niektórych miejscach, ale to były tylko plotki.
Byłem ciekaw co robił. Zawsze był tajemniczy, zmienny, o dość chłodnym usposobieniu. Jednak zawsze to był dobry, starszy brat. Nieważne, że przy każdym naszym spotkaniu próbował mnie zabić bo niby coś zrobiłem. Phi!
-Reo- usłyszałem nagle cichy szept kapturka. Aż wstałem zaskoczony. Obudziła się! Żyła!
-Nie wstawaj- poprosiłem ją ocierając przy okazji jej łzy z rumianych policzków. Pogłaskałem jej policzek i nie mogłem się nie uśmiechnąć szeroko.
-Witaj wśród żywych mój mały kapturku- ścisnąłem ją za wątła rączkę- Odpoczywaj- pocałowałem ja w czółko, następnie udając się po Are albo Eurosa.
-Naxia się obudziła!
<Mój kaptursiu? Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz