24 marca 2017

Od Sorayi (Próba Przejścia)

       


 Ostatnia gwiazda właśnie zniknęła z nieba obwieszczając kategoryczny koniec nocy. Słońce powoli wychylało się zza horyzontu, gdzie majaczył mi doskonale znany, aż do bólu widok. Zamek można było dostrzec już z oddali. Jego ogrom, przepych... To wszystko tak bardzo wryło mi się w pamięć, że nie ma sposobu bym o tym zapomniała. Za dużo wspomnień, za dużo przeżyć. Za dużo bólu.
  Aż nie wierzę, że dałam się im na to namówić. Tak długo truli mi dupę, że musiałam w końcu ulec. Znam ich, jak nic siłą by mnie tam zaciągnęli i, również pod groźbą zastosowania przemowy, wymusiliby na mnie ten cały teatr z próbą, więc ustąpiłam. Z resztą.., tego chcieliby rodzice, gdyby żyli. To jest drugi najważniejszy powód, dla którego to robię. Dla którego zdecydowałam się zostać Jeźdźcem, ale najważniejszym powodem jest to, że chciałby tego mój najmłodszy brat. Mój mały braciszek. Na samą myśl o nim serce zaczyna mi bić jak oszalałe, a dłonie drżą bez opamiętania. Czuję, jak po mojej skórze zaczyna przebiegać znajomy, elektryczny impuls. Soraya, opanuj się! Tak, właśnie. Muszę się wziąć w garść. Dokładnie, zero emocji czy uczuć. Stalowa powaga. Nie mogę dać po sobie poznać, że coś jest ze mną nie tak.
Poza tym wszystkim jest jeszcze coś. Coś o czym nie powiedziałam nawet swoim braciom. Zgodziłam się na przystąpienie do Akademii nie tylko dla nieżyjących członków mojej rodziny, nie... Jest coś o wiele istotniejszego. Dostałam cynk od mojego zaufanego informatora, że zabójcy Katsuyi i mojej matki są w Dragoso. Ta informacja sprawiła, że zgodziłam się na rewelacje Tobirayi, Matayasa i Oktaya. Kretyni, pewnie urządzili sobie niezłą balangę jak opuściłam naszą kwaterę na południu. Kompletni debile.., ale ich kocham. Nade wszystko. Są moją najbliższą i jedyną rodziną. Wiem, że potrafią o siebie zadbać, są silni i wyszkoleni, ale jeśli.. Jeśli coś im się stanie, nie wybaczę sobie tego. Że ich zostawiłam.
  Rozmyślając nad swoim nieszczęsnym losem nawet nie zauważyłam, jak dotarłam do celu. Zatrzymałam się gwałtownie. Wiatr rozwiał moje kruczoczarne włosy związane w wysokiego kuca bordową wstążką. Jedyną pamiątką jaką mam po mojej mamie. Poprawiłam swój bagaż na plecach, był dość spory, w końcu zebrało się tego trochę przez te siedem lat. Siedem długich, ciężkich lat. Tyle mnie nie było. Zwiedziłam dwa kontynenty, zahaczając o każdą zapyziałą dziurę na mapie, lecz Smocze Wyspy omijałam szerokim łukiem. Nie chciałam tu wracać, nie czułam się gotowa, lecz teraz nie mam wyboru, a misję. Zadanie, które wypełnię w stu procentach, inaczej nie nazywam się Soraya Dreyar. Wzięłam głęboki wdech, uspokajając tym samym swoje pobudzone emocje i nerwy. Ostatnie, czego teraz potrzebuję, to rozpętanie burzy swoimi wahaniami nastroju. Podmuchy letniego wiatru rozwiały ponownie moje włosy, zatrzepotały moją rozpiętą, ciemnobrązową kurtką ze skóry smoka. Zrobiłam pierwszy krok przekraczając tym samym bramę do królestwa smoczych jeżdźców. Do miejsca, gdzie wszystko miało swój początek. Do miejsca, gdzie zabito mi matkę, najmłodszego brata, a ojca stracono za bezpodstawne oskarżenie o zdradę.
Wróciłam do domu.
  Idąc ulicami starałam się nie zwracać uwagi na gapiących się na mnie ludzi. Mało mnie obchodzili ci, którzy myśleli że coś znaczą w tym mieście. Choć tego nie okazywałam, doskonale zauważałam, jak niektórzy pokazują na mnie palcem, bądź szepczą za moimi plecami. Ta, mój wygląd nie należy do najnormalniejszych. Ciemne, długie włosy i oczy, tak czarne, że nie sposób odróżnić źrenic od tęczówek w połączeniu z niemal białą karnacją robią furorę. Choć nie jestem miss piękności, to do brzydkich zdecydowanie się nie zaliczam. Co to, to nie. Dodatkowo mam na ramieniu przepasane czarną wstążką dwa miecze, które z pewnością wzbudzały w niektórych strach. Co poradzić, takie czasy... Mijałam kolejne uliczki, które z tego co pamiętam prowadziły do parku. Jest wcześnie, więc nikogo jeszcze w nim nie będzie. Będę mogła odpocząć, w końcu przez całą noc byłam na nogach.
Zlokalizowałam ławkę, na uboczu, w cieniu wielkiego dębu. Idealnie. Nie czekając na zaproszenie, rozwaliłam się na niej niemal płosząc wszystkie ptaki na gałęziach pobliskich drzew. Jeszcze dobrze nie ułożyłam się na drewnianym oparciu, a zebrało mi się na okropne ziewanie. No nic, po południu mam stawić się w Akademii na tą cała, pożal się Boże uroczystość. Szczerze mówiąc, to wolałabym, by żaden ze smoków mnie nie wybrał. Mogłabym wrócić do domu, do braci. Ale z drugiej strony, potrzebny jest nam ktoś, kto informował by resztę o działaniach Ciernia. Znając moje szczęście, padło oczywiście na mnie.
  Wybiło południe, a ja już zmierzałam ku Akademii. Znałam do niej drogę. W dzieciństwie rodzice prowadzili nieopodal swoje interesy, a ojciec dodatkowo akurat tamtędy przechodził by dostać się do pałacu. Tata... Na mojej twarzy rozkwitł się nikły uśmiech, ale zniknął jeszcze szybciej niż się pojawił. Zemszczę się za wszystko. Za Katsuyę, za mamę za ciebie... Znajdę ich, każdego po kolei i wyrżnę w pień. Nie będę mieć litości dla nikogo. Tak jak oni nie mieli jej dla Katsuyi.
Dokładnie o godzinie trzynastej znalazłam się przed wrotami Akademii. Bez większego zastanowienia weszłam do środka. Na twarz przywdziałam swoją maskę obojętności i na wszelki wypadek wyostrzyłam wzrok oraz słuch. Nie rozglądałam się po wnętrzu, bo wydało mi się to absolutnie zbędne. Na mojej drodze napotkałam kolejną parę drzwi, natomiast nim zdążyłam do nich dojść uchyliły się, a zza nich wyłoniły się dwie osoby. Stary mężczyzna i także kobieta. Poznałam ich bez trudu. Z tego, co mi doniesiono, to niejacy Adris i Euros. Zgromadziłam trochę informacji na ich temat. Wiem, że żadne z nich nie wierzy w zdradę mojego ojca, co niezmiernie mnie ucieszyło, lecz nie mam zamiaru się z nimi spoufalać. Nawet nie wiadomo czy tu zostanę..!
– Witaj. Jestem Adris, Smocza Opiekunka, a to jest Euros, dyrektor Akademii. Będziemy ci towarzyszyć podczas próby przejścia. – Jako pierwsza odezwała się ta od smoków. Wyglądała na miłą, choć coś w jej postawie mówiło mi, że lepiej bym trzymała się na baczności. Blondynka nie przestawała świdrować mnie wzrokiem, podobnie jak ten cały Euros. Ten jedynie skinął mi głową na powitanie. Ja odpowiedziałam tym samym. – Zanim wpuścimy cię do sali wyjaśnimy ci zasady...
– Wiem na czym to polega. – Przerwałam jej wpół zdania, przez co odrobinę się zaczerwieniła. Chyba nie lubi, jak ktoś to robi.., cóż mówi się trudno. I wtedy, uderzyło we mnie to dziwne uczucie. Aż cofnęłam się o krok. Myślałam, że zaraz pęknie mi głowa! Jakby ktoś chciał się do niej dostać za pomocą tępej łyżki. W myślach usłyszałam stłumiony dźwięk, jakby szept, ale nie zrozumiałam ani jednego słowa, o ile to w ogóle były słowa. Dwójka przede mną popatrzyła na mnie ze zdezorientowaniem. Automatycznie przez moje żyły przeszła fala prądu, a palące się naokoło żarówki zaczęły wybuchać jedna przez drugą. Nie nie nie! Co się dzieje?! Lecz ten dziwny ucisk w głowie ustał i na nowo mogłam zapanować nad energią wokół i wewnątrz mnie. To było dziwne.
– No ok... – odezwała się Adris rozglądając bacznie dookoła – Jeśli nie masz żadnych pytań to możemy zaczynać.
– Jesteś pewna, że nic ci nie jest? Jesteś potwornie blada.. – Po raz pierwszy głos zabrał słynny Euros, ale jego słowa tylko bardziej zdenerwowały niż mnie uspokoiły..
– Czuję się świetnie, czy możemy już odbębnić tę całą szopkę?! – Niemal krzyknęłam, a za oknem rozległ pojedynczy grom. Adris spojrzała w stronę okna zaskoczona.
– Dziwne, nie zapowiadali na ten tydzień żadnych burz...
– Dobrze, możesz wejść. Jeśli nie masz pytań, zaczynamy – Euros otaksował mnie spojrzeniem, na które nawet nie zareagowałam. Otworzył przede mną drzwi i jak tylko weszłam do środka znowu poczułam to dziwne coś, już nie tak silne jak za pierwszym razem, ale nie należało to do najprzyjemniejszych doświadczeń. Weszłam do marmurowej sali, gdzie wszędzie walały się smocze jaja o przeróżnych fakturach, kolorach czy wielkościach. Chciałam iść na przód, jednak nie mogłam.   Właśnie zdałam sobie z czegoś sprawę, z czegoś bardzo istotnego. Jeśli któryś z tych szczurów jednak mnie wybierze, nie będę mogła wrócić do braci przez najbliższe kilka lat. Będę tu od nich odizolowana. Nie będę mogła ich bronić, troszczyć się o nich, łagodzić ich spory... Nie zemszczę się za zniszczenie mojej rodziny. Nie chcę tego. Nie. Ja.., ja nie mogę.
– Bycie jeźdźcem nie jest tego warte... – wyszeptałam pod nosem i czym prędzej obróciłam się na pięcie, wprawiając w stan kompletnego szoku dwójkę obserwatorów. Szybkim krokiem ruszyłam ku wyjściu, już miałam na końcu języka to jedno słowo. Rezygnuję. Ale coś, a raczej ktoś uniemożliwił mi wypowiedzenie tego.
Soraya!
Szept w mojej głowie stał się wyraźny, czysty, niemal dźwięczny. Chciałam go zignorować, ale nie mogłam, nie potrafiłam. Soraya... Spojrzałam za siebie, w miejsce, gdzie w cieniu, stało samotnie jedno, średnie, niemal czarne jajo. Nie wiem ile tak stałam, sekundę, minutę czy godzinę. Nie mam pojęcia. Poczułam, że muszę do niego podejść, dotknąć go. Mój mózg nie zdążył wydać takiego polecenia nogom, a one poniosły mnie, prosto do tego jaja. Nim pomyślałam, czy chociażby zastanowiłam, moja prawa dłoń znalazła się na czarnym jak moje włosy, smoczym jaju. To było zdecydowanie najdziwniejsze przeżycie, jakie dane mi było doświadczyć...


< Adris? > 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz