Ostatnia gwiazda właśnie
zniknęła z nieba obwieszczając kategoryczny koniec nocy. Słońce
powoli wychylało się zza horyzontu, gdzie majaczył mi doskonale
znany, aż do bólu widok. Zamek można było dostrzec już z oddali.
Jego ogrom, przepych... To wszystko tak bardzo wryło mi się w
pamięć, że nie ma sposobu bym o tym zapomniała. Za dużo
wspomnień, za dużo przeżyć. Za dużo bólu.
Aż nie wierzę, że dałam się
im na to namówić. Tak długo truli mi dupę, że musiałam w końcu
ulec. Znam ich, jak nic siłą by mnie tam zaciągnęli i, również
pod groźbą zastosowania przemowy, wymusiliby na mnie ten cały
teatr z próbą, więc ustąpiłam. Z resztą.., tego chcieliby
rodzice, gdyby żyli. To jest drugi najważniejszy powód, dla
którego to robię. Dla którego zdecydowałam się zostać Jeźdźcem,
ale najważniejszym powodem jest to, że chciałby tego mój
najmłodszy brat. Mój mały braciszek. Na samą myśl o nim serce
zaczyna mi bić jak oszalałe, a dłonie drżą bez opamiętania.
Czuję, jak po mojej skórze zaczyna przebiegać znajomy, elektryczny
impuls. Soraya, opanuj się! Tak, właśnie. Muszę się wziąć w
garść. Dokładnie, zero emocji czy uczuć. Stalowa powaga. Nie mogę
dać po sobie poznać, że coś jest ze mną nie tak.
Poza tym wszystkim jest jeszcze
coś. Coś o czym nie powiedziałam nawet swoim braciom. Zgodziłam
się na przystąpienie do Akademii nie tylko dla nieżyjących
członków mojej rodziny, nie... Jest coś o wiele istotniejszego.
Dostałam cynk od mojego zaufanego informatora, że zabójcy Katsuyi i
mojej matki są w Dragoso. Ta informacja sprawiła, że zgodziłam
się na rewelacje Tobirayi, Matayasa i Oktaya. Kretyni, pewnie
urządzili sobie niezłą balangę jak opuściłam naszą kwaterę na
południu. Kompletni debile.., ale ich kocham. Nade wszystko. Są
moją najbliższą i jedyną rodziną. Wiem, że potrafią o siebie
zadbać, są silni i wyszkoleni, ale jeśli.. Jeśli coś im się
stanie, nie wybaczę sobie tego. Że ich zostawiłam.
Rozmyślając nad swoim
nieszczęsnym losem nawet nie zauważyłam, jak dotarłam do celu.
Zatrzymałam się gwałtownie. Wiatr rozwiał moje kruczoczarne włosy
związane w wysokiego kuca bordową wstążką. Jedyną pamiątką
jaką mam po mojej mamie. Poprawiłam swój bagaż na plecach, był
dość spory, w końcu zebrało się tego trochę przez te siedem
lat. Siedem długich, ciężkich lat. Tyle mnie nie było. Zwiedziłam
dwa kontynenty, zahaczając o każdą zapyziałą dziurę na mapie,
lecz Smocze Wyspy omijałam szerokim łukiem. Nie chciałam tu wracać,
nie czułam się gotowa, lecz teraz nie mam wyboru, a misję.
Zadanie, które wypełnię w stu procentach, inaczej nie nazywam się
Soraya Dreyar. Wzięłam głęboki wdech, uspokajając tym samym
swoje pobudzone emocje i nerwy. Ostatnie, czego teraz potrzebuję, to
rozpętanie burzy swoimi wahaniami nastroju. Podmuchy letniego wiatru
rozwiały ponownie moje włosy, zatrzepotały moją rozpiętą,
ciemnobrązową kurtką ze skóry smoka. Zrobiłam pierwszy krok
przekraczając tym samym bramę do królestwa smoczych jeżdźców. Do miejsca,
gdzie wszystko miało swój początek. Do miejsca, gdzie zabito mi
matkę, najmłodszego brata, a ojca stracono za bezpodstawne
oskarżenie o zdradę.
Wróciłam do domu.
Idąc ulicami starałam się
nie zwracać uwagi na gapiących się na mnie ludzi. Mało mnie
obchodzili ci, którzy myśleli że coś znaczą w tym mieście. Choć
tego nie okazywałam, doskonale zauważałam, jak niektórzy pokazują
na mnie palcem, bądź szepczą za moimi plecami. Ta, mój wygląd
nie należy do najnormalniejszych. Ciemne, długie włosy i oczy, tak
czarne, że nie sposób odróżnić źrenic od tęczówek w
połączeniu z niemal białą karnacją robią furorę. Choć nie
jestem miss piękności, to do brzydkich zdecydowanie się nie
zaliczam. Co to, to nie. Dodatkowo mam na ramieniu przepasane czarną
wstążką dwa miecze, które z pewnością wzbudzały w niektórych
strach. Co poradzić, takie czasy... Mijałam kolejne uliczki, które
z tego co pamiętam prowadziły do parku. Jest wcześnie, więc nikogo
jeszcze w nim nie będzie. Będę mogła odpocząć, w końcu przez
całą noc byłam na nogach.
Zlokalizowałam ławkę, na
uboczu, w cieniu wielkiego dębu. Idealnie. Nie czekając na
zaproszenie, rozwaliłam się na niej niemal płosząc wszystkie
ptaki na gałęziach pobliskich drzew. Jeszcze dobrze nie ułożyłam
się na drewnianym oparciu, a zebrało mi się na okropne ziewanie.
No nic, po południu mam stawić się w Akademii na tą cała, pożal
się Boże uroczystość. Szczerze mówiąc, to wolałabym, by żaden
ze smoków mnie nie wybrał. Mogłabym wrócić do domu, do braci.
Ale z drugiej strony, potrzebny jest nam ktoś, kto informował by
resztę o działaniach Ciernia. Znając moje szczęście, padło
oczywiście na mnie.
Wybiło południe, a ja już
zmierzałam ku Akademii. Znałam do niej drogę. W dzieciństwie
rodzice prowadzili nieopodal swoje interesy, a ojciec dodatkowo
akurat tamtędy przechodził by dostać się do pałacu. Tata... Na
mojej twarzy rozkwitł się nikły uśmiech, ale zniknął jeszcze
szybciej niż się pojawił. Zemszczę się za wszystko. Za Katsuyę,
za mamę za ciebie... Znajdę ich, każdego po kolei i wyrżnę w
pień. Nie będę mieć litości dla nikogo. Tak jak oni nie mieli
jej dla Katsuyi.
Dokładnie o godzinie
trzynastej znalazłam się przed wrotami Akademii. Bez większego
zastanowienia weszłam do środka. Na twarz przywdziałam swoją
maskę obojętności i na wszelki wypadek wyostrzyłam wzrok oraz
słuch. Nie rozglądałam się po wnętrzu, bo wydało mi się to
absolutnie zbędne. Na mojej drodze napotkałam kolejną parę drzwi,
natomiast nim zdążyłam do nich dojść uchyliły się, a zza nich
wyłoniły się dwie osoby. Stary mężczyzna i także kobieta.
Poznałam ich bez trudu. Z tego, co mi doniesiono, to niejacy Adris i
Euros. Zgromadziłam trochę informacji na ich temat. Wiem, że żadne
z nich nie wierzy w zdradę mojego ojca, co niezmiernie mnie
ucieszyło, lecz nie mam zamiaru się z nimi spoufalać. Nawet nie
wiadomo czy tu zostanę..!
– Witaj. Jestem Adris, Smocza
Opiekunka, a to jest Euros, dyrektor Akademii. Będziemy ci
towarzyszyć podczas próby przejścia. – Jako pierwsza odezwała
się ta od smoków. Wyglądała na miłą, choć coś w jej postawie
mówiło mi, że lepiej bym trzymała się na baczności. Blondynka
nie przestawała świdrować mnie wzrokiem, podobnie jak ten cały
Euros. Ten jedynie skinął mi głową na powitanie. Ja
odpowiedziałam tym samym. – Zanim wpuścimy cię do sali wyjaśnimy
ci zasady...
– Wiem na czym to polega. –
Przerwałam jej wpół zdania, przez co odrobinę się zaczerwieniła.
Chyba nie lubi, jak ktoś to robi.., cóż mówi się trudno. I
wtedy, uderzyło we mnie to dziwne uczucie. Aż cofnęłam się o
krok. Myślałam, że zaraz pęknie mi głowa! Jakby ktoś chciał
się do niej dostać za pomocą tępej łyżki. W myślach
usłyszałam stłumiony dźwięk, jakby szept, ale nie zrozumiałam
ani jednego słowa, o ile to w ogóle były słowa. Dwójka przede
mną popatrzyła na mnie ze zdezorientowaniem. Automatycznie przez
moje żyły przeszła fala prądu, a palące się naokoło żarówki
zaczęły wybuchać jedna przez drugą. Nie nie nie! Co się dzieje?!
Lecz ten dziwny ucisk w głowie ustał i na nowo mogłam zapanować
nad energią wokół i wewnątrz mnie. To było dziwne.
– No ok... – odezwała się
Adris rozglądając bacznie dookoła – Jeśli nie masz żadnych
pytań to możemy zaczynać.
– Jesteś pewna, że nic ci
nie jest? Jesteś potwornie blada.. – Po raz pierwszy głos zabrał
słynny Euros, ale jego słowa tylko bardziej zdenerwowały niż mnie uspokoiły..
– Czuję się świetnie, czy
możemy już odbębnić tę całą szopkę?! – Niemal krzyknęłam,
a za oknem rozległ pojedynczy grom. Adris spojrzała w stronę okna
zaskoczona.
– Dziwne, nie zapowiadali na
ten tydzień żadnych burz...
– Dobrze, możesz wejść. Jeśli
nie masz pytań, zaczynamy – Euros otaksował mnie spojrzeniem, na
które nawet nie zareagowałam. Otworzył przede mną drzwi i jak
tylko weszłam do środka znowu poczułam to dziwne coś, już nie
tak silne jak za pierwszym razem, ale nie należało to do
najprzyjemniejszych doświadczeń. Weszłam do marmurowej sali, gdzie
wszędzie walały się smocze jaja o przeróżnych fakturach,
kolorach czy wielkościach. Chciałam iść na przód, jednak nie
mogłam. Właśnie zdałam sobie z czegoś sprawę, z czegoś bardzo
istotnego. Jeśli któryś z tych szczurów jednak mnie wybierze, nie
będę mogła wrócić do braci przez najbliższe kilka lat. Będę
tu od nich odizolowana. Nie będę mogła ich bronić, troszczyć się
o nich, łagodzić ich spory... Nie zemszczę się za zniszczenie
mojej rodziny. Nie chcę tego. Nie. Ja.., ja nie mogę.
– Bycie jeźdźcem nie jest
tego warte... – wyszeptałam pod nosem i czym prędzej obróciłam
się na pięcie, wprawiając w stan kompletnego szoku dwójkę
obserwatorów. Szybkim krokiem ruszyłam ku wyjściu, już miałam na
końcu języka to jedno słowo. Rezygnuję. Ale coś, a raczej
ktoś uniemożliwił mi wypowiedzenie tego.
Soraya!
Szept w mojej głowie stał się
wyraźny, czysty, niemal dźwięczny. Chciałam go zignorować, ale
nie mogłam, nie potrafiłam. Soraya... Spojrzałam za siebie,
w miejsce, gdzie w cieniu, stało samotnie jedno, średnie, niemal
czarne jajo. Nie wiem ile tak stałam, sekundę, minutę czy godzinę.
Nie mam pojęcia. Poczułam, że muszę do niego podejść, dotknąć
go. Mój mózg nie zdążył wydać takiego polecenia nogom, a one
poniosły mnie, prosto do tego jaja. Nim pomyślałam, czy chociażby
zastanowiłam, moja prawa dłoń znalazła się na czarnym jak moje
włosy, smoczym jaju. To było zdecydowanie najdziwniejsze przeżycie,
jakie dane mi było doświadczyć...
< Adris? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz