Budzę się z krzykiem. Siadam. Rozglądam się. Opuszczam katanę wysunięta przeze mnie spod łóżka. Znów się kładę. Prześladują mnie głosy. Głosy? Czymże są głosy? Krzyk. Ja krzyczę? Mój własny krzyk ogłusza mnie..? Co się dzieje? Ktoś woła? Saki? Amarisa?! Nie...Nie...to tylko sowa. Biorę głęboki wdech. Nie zasnę. Sen? Nie... on już dawno mnie opuścił. Tak samo jak wszyscy inni. Zrywam się. Gdzie One? Kto? One nie żyją! Zabije Ciernia ! Gdzie katana? Pod łóżkiem? Tak. Chwytam rękojeść. Odkładam broń. Jeszcze nie jestem gotowa. Muszę ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć.....Co ćwiczyć? Gdzie on? Co on? Jaki On? Ich wina! Nie, nie....Moja. Zabić? Kogo? Chyba siebie? Tak, tak siebie… Nie.. coś nie mogę… On? Tak… Nie mogę… Zabije niewinna istotę. Nie zrobię tego Haru. Haru? Juz pamietam. Jestem jeźdźcem, a to mój smok, smoczek. Moje maleństwo. Jestem straszną opiekunką…. Nie zasługuje na miano jeźdźca. Wybiegam z komnaty, chwytając po drodze waishkazi. Muszę to zrobić. Wpadam do ogrodów i już po chwili znajduje dobrą ścieżkę. Biegnę przed siebie między ścianami z drzew, kwiatów i krzewów. Widzę je po raz ostatni. Szkoda. Zatrzymuję się. Muszę dalej biec! Te głosy! One mnie ścigają! Chcą zemsty… Są blisko. Za blisko. Uciekam. Krzyczę. Po chwili coś podcina mi nogi… To nagrobek Saki…. Dotarłam. Wysuwam ostrze washikazi zza pasa i kieruje go na moje trzewia. Czas to zakończyć. Opuszczam ostrze.
< Ktoś ją uratuje? >