Moje oczy wyrażały pustkę. Bezgraniczny żal do świata, który już tak wiele mi odebrał. Saki, sokego (nazwa nauczyciela ninja), Hane, Mine, Shoburo, Anoko, Kuzo i wielu, wielu innych. Każde z nich zostało przez kogoś zabite. Każde z nich umarło w męczarniach. I oto przyklękłam na twardym i zimnym kamieniu trzymając w ramionach ciało mojej przyjaciółki. Przybranej siostry. Kołysałam się w przód i tył co chwilę zawodząc jak potępiona dusza. Przecież obiecała, że niedługo wróci. A to ja ją znalazłam martwą:
- Gdzie. Jest. Gnojek. Który. Ją. Zabił? - spytałam przez zaciśnięte zęby
- On… Nie żyje. Zabiłam go - odpowiedziała dziewczyna uważająca się za jej koleżankę
- Skoro jesteś jej podobno bliska to gdzie do jasnej cholery byłaś gdy ona tak cierpiała?! - znów cisza. Znów mój przepełniony bólem jęk - Wybacz. Ona była dla mnie jak siostra. Ona mi obiecała, że wróci. Nigdy tego nie zrobiła. Nie dała znaku życia. Ja w tym czasie zostałam w wiosce… ale…. Pewnego razu oni nas znaleźli. To była rzeź. Wszędzie krew, wnętrzności, kończyny porozrzucane po ryżowych polach. Zwęglone ciała przyjaciół i…. Młode dziewczyny gwałcone na moich oczach...
< Amariśa? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz