22 października 2017

Koniec, który nadejdzie z burzą... ( Praca na konkurs)




Czy czas leczy rany? Mówi się, że tak. Że z czasem rany się zabliźniają. Jednak, ile tego czasu musi upłynąć, by ból przeminął? Czy zniknie on całkowicie? Różne krążą na ten temat teorie. Nie każdy znosi cierpienie, czy udrękę jednakowo. Niektórzy w ogóle sobie z nimi nie radzą. Pozwalają pochłonąć się niszczącym od środka emocjom. 

Strata.
Stracić kogoś, kogo kochało się nad życie. Całym swoim sercem. Całym sobą. To już nawet nie jest udręka. To nieprzerwana agonia. Czujesz, że umierasz. Non stop. Bez końca. Od nowa i znowu. Kiedy odnajdziesz w świecie osobę, która stanie się dla ciebie absolutnie wszystkim, będziesz gotów przejść najgorsze męki piekielne, by ją ocalić. Lecz, gdy jedyne co możesz zrobić, to patrzeć, jak ta osoba umiera, twój świat lega w gruzach. Twoja dusza krzyczy, serce wydziera się z piersi.

Miłość. Przyjaźń. Braterstwo.
One sprawiają, że świat nadal wie co to znaczy kochać.

***

Gdy opadł kurz bitewny, a krew głęboko już wsiąkła w ziemię, oni nadal nie mogli uwierzyć, że to już koniec. A przecież to był koniec. Cierń został pokonany. Udało się, wreszcie wyzwolili Dragoso! Jednak... cena okazała się zbyt wysoka, a im przyszło ją niestety zapłacić. Najdrożej zapłacili ci, którzy stracili życie. Na początku ich wspólnej drogi, choć nie znali się zbyt dobrze, lub wcale, teraz mimo odniesionego zwycięstwa opłakiwali poległych przyjaciół. Wiedzieli, że wszyscy nie wyjdą żywi z tej wojny, jednakże nikt nie przypuszczał, że i ona straci życie. A przecież wróciła do nich. Uleczona, silniejsza..., gotowa na ostateczne starcie. Myśleli, że już nic im jej nie odbierze. Jak bardzo się mylili. Dlaczego akurat ona? Dlaczego ona..?! Dlaczego akurat wtedy, gdy wreszcie odnalazła swój spokój? Mieli plan, dopracowany w każdym calu, a jak na złość coś poszło nie tak. Pech chciał, że ona tam została. W walącym się pałacu, który z powrotem trafiał do swojego zamkniętego wymiaru, tym razem na wieczne wygnanie. Wtedy widzieli ją ostatni raz uśmiechniętą. Zmęczoną, poranioną, ale uradowaną. Ich mała bogini wojny... 

Pozwolił jej wrócić. Wiedział, że da sobie radę, w końcu to Dreyar, córka Boga Burz. Złapała go za nadgarstek, tak tęsknił za jej dotykiem, za jej wyzywającym i jednocześnie płomiennym spojrzeniem, które gdyby tylko mogło, stopiłoby metal. Nachylił się, by pocałować ją namiętnie. Zakazany smak burzy znowu wypełnił jego usta, ten cudowny dreszcz, który obiegał całe jego ciało, gdy jej dotykał połaskotał go przyjemnie po skórze. Tak strasznie za nią tęsknił... Oddała pieszczotę równie żarliwie. Ręką chwycił ją za szyję, by wpić się w jej usta jeszcze mocniej. Cichy chichot czarnowłosej piękności wypełnił jego uszy. W tamtej chwili nie myślał już o bólu, o tym ile pracy ich czeka w odbudowie królestwa. W głowie miał tylko ją. Wypuścił półboginię ze swoich ramion, ponieważ wymiar w którym, jeszcze, przebywali powoli się zamykał. Musieli się pospieszyć i wtedy, stało się TO. Silne trzęsienie ziemi wstrząsnęło okolicą. Rozstąpiła się ziemia. Ze szczelin buchnął ogień. Odskoczyli od siebie, a po kilku chwilach rozdzieliła ich spora wyrwa w ziemi. Za swoimi plecami usłyszał wołania pozostałych Dreyarów. Po co oni wrócili, pomyślał. Po kilku sekundach usłyszał także głosy pozostałych jeźdźców. Coś było nie tak, bardzo nie tak... Zawołał czarnowłosą po imieniu lecz ta nie odpowiedziała. Ogień uniemożliwił mu wypatrzenie jego ukochanej. Nie mógł też się do niej przedostać. Próbował coś wymyślić, jednak wtedy poczuł jak ktoś go mocno szarpnął. Zdążył jedynie spojrzeć na tego kogoś. To był... sam Cierń..! Poraniony, z furią i desperacją w oczach, chciał pociągnąć go ze sobą w czeluść otwartej ziemi, do samego piekła. 
Nie miał jak zareagować, nie miał w ręku swojego miecza.
Nie miał jak zareagować..!
Zaraz miał spaść w bezdenną otchłań, w której szalał rozwścieczony ogień.
Potem znowu poczuł szarpnięcie i tym razem znajomy, przyjemny dreszcz. Ujrzał czarne jak noc oczy, przepełnione strachem. Oczy, które zaczęły się od niego niepokojąco szybko oddalać. Dziewczyna złapała go za rękę i siłą wyrwała Cierniowi z jego zakrwawionych łap. Za pomocą siły grawitacji i energii wypchnęła go z krateru. Wylądował turlając się na plecach po zrujnowanej glebie. Poczuł przeraźliwy ból w żebrach i w roztrzaskany ramieniu. Pozbieranie się do kupy zajęło mu dobrą chwilę, w tym czasie ona strąciła ich wroga, ale sama nie miała tyle szczęścia i chwytając się jedną ręką za krawędź skały zawisła nad przepaścią. Młody mężczyzna pozbierał się jako tako. Po trzęsącej się ziemi, z krwawiącymi i głębokimi ranami dostał się do miejsca, gdzie znajdowała się młoda Dreyar. 

Gdy zabrakło jej sił, gdy miała już puścić krawędź, by w nią spaść, w ostatniej chwili on złapał ją za poobcieraną dłoń. Posłała mu spanikowane spojrzenie. W tamtej chwili nie starała się już udawać twardej, bowiem wiedziała, że sytuacja już dawno przekroczyła punkt krytyczny. Jej ukochany, ten którego wybrało jej serce, trzymał ją mocno. Pech chciał, że była to akurat ta złamana ręka. Ze złamania otwartego wystawał kawałek kości, krew sączyła się obficie. Ściekała stróżkami po ramieniu w dół. Brudziła ich uścisk, przez co coraz trudniej było mu ją utrzymać. Czerwona jucha była śliska, czuła, że zaczyna się wyślizgiwać. Jeszcze raz spojrzała mu głęboko w oczy. Zaczynało do niej docierać, co za chwilę się stanie. Strach opanował jej serce. Nie bała się stawić czoła Cierniowi. Nie bała się wyruszyć na katorżniczy trening. Ale akurat wtedy bała się, i to cholernie. Ostatnie spojrzenie, jakim obdarzyła miłość swojego życia, było nie tyle co błagalne, ale wyrażające zrozumienie i pożegnanie. Wiedziała, że jej dłużej nie utrzyma, dlatego uśmiechnęła się lekko. Z oczu pociekły jej łzy. Prawdziwe, gorzkie łzy półboga, którym przecież była.
-- Już... już dobrze. Najwidoczniej tak musi być... Kocham cię. Naprawdę cię kocham... -- wyszeptała, a sekundę później, gdy zamknęła oczy, poczuła jak spada w dół.

Nie chciał widzieć tego w jej oczach. Po prostu nie chciał. Powiedział do niej, że jej nie puści, że wyjdą z tego razem. Że też ją kocha i za nic w życiu nie pozwoli jej spaść. Czuł, jak po woli dłoń czarnowłosej wysuwała się z jego dłoni. Ból z rany był potworny, ale nie mógł się poddać. Nie mógł przegrać walki, w której stawką było życie jego Sorayi. 
I wtedy...
Gdy usłyszał za sobą głosy biegnących ku nich braci Sor i pozostałych, jak usłyszał jej ostatnie słowa...
Jej ręka wyślizgnęła się całkowicie.
Ostatnie co zobaczył w jej pięknym czarnym spojrzeniu, nim zamknęła je na zawsze było pożegnanie, a także wielka miłość, ból oraz strach.
Krzyknął na całe gardło jej imię. Nie mógł uwierzyć, że ją puścił, że to się naprawdę stało.
Przecież obiecał, że jej nie puści.
W tamtym momencie wszechświat i czas, jak i on sam, umarły.


***

Od tamtego wydarzenia minął niespełna miesiąc. Wszyscy, którzy przeżyli wojnę nie mogli uwierzyć w to, co się stało. Prace w odbudowie królestwa szły pełną parą, jednak nikomu nie było do śmiechu. Wciąż opłakiwano poległych. Nikt nawet nie myślał o tym, by świętować zwycięstwo nad Cierniem. Zwłaszcza ci, którzy najwięcej poświęcili w bitwie o Dragoso.

Dreyarowie aż do tamtej pory nie mogli pojąć tego, co się stało przed paroma tygodniami. Cieszyli się z powrotu siostry, której nie widzieli od kilku miesięcy. Jej śmierć wstrząsnęła nimi wszystkimi, a najbardziej pewnym młodym mężczyzną. Obwiniał siebie za to, co się stało. Za to, że wtedy nie okazał się silniejszy. Wmawiał sobie w kółko, że to przez niego Soraya Dreyar, jego ukochana, nie żyje. Gdyby był wtedy bardziej uważny, ona by żyła i dzisiaj miałby ją przy sobie, całą i zdrową, ale on.. On nawalił. Przez swoją niemoc stracił jedyną osobę, na której mu zależało, którą kochał do szaleństwa. 
Stał w miejscu, gdzie całe życie w przeciągu chwili straciło dla niego sens. Gdzie jego serce i dusza poszły na dno samego piekła. Patrzył beznamiętnie w przepaść, która odebrała mu jedyny powód istnienia. Bezsilność. To odczuwał, oraz katusze nie do opisania. Nie potrafił sobie z tym poradzić, dlatego upadł na kolana i wśród gruzu, pozbywając się całej swojej godności, gorzko zapłakał. Wszystko straciło dla niego jakiekolwiek znaczenie. Bez niej świat go po prostu nie miał.


***

Ciemność
Tylko to ją otaczało.
Czuła, że spada. Bezustannie. Jak coś ciągnie ją w dół. Jakby spadała w dół od wieków. Nie pamiętała niczego. Nic z wyjątkiem bólu, który rozprzestrzeniał się w jej sercu. Czuła samotność, tęsknotę i.. coś jeszcze. Gniew? Nie... to nie było to. 
Zawód. Odczuwała potworny zawód. Ktoś ją zranił, zawiódł w pewnym sensie, ale... nie pamiętała dlaczego tak się czuła. Przez kogo to wszystko odczuwała. Dlaczego ona cierpi?
Dlaczego akurat ona?
Czy zrobiła coś złego? 
Czy właśnie trafiła do piekła?
Dlaczego...?
Ona.. Ona nie chciała tak cierpieć. Chciała się stamtąd wydostać. 
Wydostać się i...
..., i ukarać tych, co ją skazali na to wieczne spadanie.
O tak, właśnie tak.
Ona nie może tak tego zostawić. Ci, którzy są odpowiedzialni za jej krzywdę powinni cierpieć tak, jak ona. Wszyscy powinni.
Ale jacy wszyscy? 
Cały świat.
Cały świat niech zapłaci za jej krzywdę. 
Niech absolutnie każdy doświadczy tego, co ona teraz. 
Właśnie wtedy jej myśli nawiedziło kilka wspomnień. 
Bękart... Pomyłka.... Zhańbiona krew... Zdrada...
Wszystkie przykre chwile, jakie przeżyła wróciły do niej ze zdwojoną siłą. Każda przykrość, każda najmniejsza krzywda. Złe emocje uderzyły w jej czuły punkt, ból w sercu nasilił się do maksimum. Ludzie, którzy nawet jej nie znali i nie starali się jej poznać, wyzywali ją od boskich bękartów. Ubliżali jej, gdy braci, czy rodziców nie było w pobliżu. Ona im pomagała, a ci tak się odpłacali.
To takie nie w porządku, pomyślała.
Rodzina, która w połowie została wymordowana...
Przyjaciel, który ją zdradził...
Brat, który został zmuszony do samobójstwa....
Ukochany, który wybrał inną..
Ukochany...
To przez niego. Wszystko przez niego! To on wyrządził jej najwięcej bólu. Wybaczyła przyjacielowi, wybaczyła to, że od dzieciństwa ją obrażano, ale jednego nie była w stanie wybaczyć.
On..., on będzie żałować. Wszyscy będą żałować. Już ona się o to postara. Urządzi im piekło na ziemi. Sprawi, że będą błagać o litość, a potem najzwyczajniej w świecie ich zabije.
Zabije każdego, kto wejdzie jej w drogę. Zdusi jak nic nie znaczącego karalucha.
Sprawi, że każdy żyjący człowiek, będzie żałować dnia swoich narodzin.
Zapanuje nad światem, a potem... zniszczy go jednym uderzeniem pioruna.... Chwila, chwila, chwila! O czym ona myśli?! Jak ona mogła w ogóle o tym pomyśleć..? Jakie panowanie nad światem?! Nie wolno jej... Nie wolno jej tak myśleć. Powinna chronić swój świat, tak jak jej przodkowie obiecali to tysiące lat temu. Dbać o sprawiedliwość. Pomagać innym. Dzielić się swoją wiedzą...
-- Głupia... jesteś taka głupia...
Wstrzymała na chwilę oddech, gdy usłyszała za sobą prześmiewczy głos. Dziwnie znajomy i znienawidzony. Chciała się odwrócić, by spojrzeć na tego kogoś, jednak coś ją powstrzymywało.
-- Pomagać innym... Ty serio nadal chcesz to robić? Uniżać się do poziomu tych nędznych robaków? Jesteś BOGIEM! Następczynią Gromowładnego Dreyara..! Rozczarowujesz mnie, rozczarowujesz...
Głos był zimny i okrutny. Nie spodobało jej się to, co wypowiadał. 
Ona.. bogiem? Nie, to niemożliwe. Nie może być! 
-- Mała Soraya, której prawdziwa natura to wojna, niech wyciągnie rękę po to, co się jej należy. Co się NAM należy. 
I wtedy, z ciemności wyszła postać. Soraya otworzyła szerzej oczy, gdy ujrzała przed sobą... siebie! Zobaczyła drugą siebie, która od czubka głowy po stopy była umazana krwią. Jej włosy, czarne i lśniące powiewały lekko, tworząc kaskady czarnego blasku. Alabastrowa cera, na której tak wyraźnie odznaczały się krwawe ślady kontrastowały z głębią jej czarniejszych od otaczającego je mroku. W oczach tej drugiej Sorayi nie było nic za wyjątkiem czystej żądzy mordu. 
-- Znowu ty? Przecież cię pokonałam..! -- Jak na zawołanie niewidzialne więzy ją puściły. Poczuła, że już nie spada, tylko stoi na równej powierzchni, po kostki w czarnej wodzie. 
-- Kochana, ja to ty. Nie możesz się mnie od tak pozbyć. Może i udało ci się mnie ujarzmić, ale teraz... -- Zła Soraya zrobiła kilka kroków w stronę tej Dobrej. Perfidny uśmiech, jaki zdobił jej piękną twarz zniknął, a zastąpiła go śmiertelna powaga. -- Teraz wszystko się zmieniło. Teraz, wreszcie, nadeszła moja kolej. Tym razem mnie nie powstrzymasz. Zrobię to, co zamierzałam zrobić wcześniej. 
-- Nie pozwolę ci na to! Nie zniszczysz całego świata! 
-- Och, daj spokój! -- wrzasnęła tamta druga. -- Dobrze wiesz, że tak należy! Dragoso nie ma przyszłości. Jego świetność minęła setki, jak nie tysiące lat temu. Ten świat musi umrzeć...
-- Nie! Jest dla niego jeszcze nadzieja. Ludzie się zmienili, pomagają sobie. Zawiść powoli przemija. Cierń już nie zmąci spokoju Dragoso. -- Dobra Soraya także podeszła kilka kroków wprzód.
-- Nadzieja... Nadzieja jest matką głupich. Cierń był jednym z nich. Myślał, że zawojuje świat... Och, Soraya... Jesteś taka naiwna. Nadziei i dobroci już nie ma -- dodała niemal szeptem Zła Sor. -- Zresztą dla nas nie ma to już znaczenia. Umieramy. Twój kochaś się o to zatroszczył. Złamał kolejną obietnicę. Założę się, że teraz pociesza się z tamtą. Już o tobie zapomniał.
-- Przestań. -- Dobra Sor uniosła dumnie głowę do góry. Tym razem nie da się jej tak łatwo sprowokować. -- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo. On taki nie jest. 
-- Nie? A przez kogo tutaj jesteś, hym? -- Zła Soraya splotła ramiona na okazałym biuście. Przechyliła nieco głowę na bok, przez co kilka kosmyków czarnych włosów opadło jej na twarz. -- To przez niego teraz umieramy! -- wydarła się na całe gardło ta zła. -- Przez twoich pseudo przyjaciół, którzy postawili na tobie krzyżyk, nawet nie próbując cię szukać, czy ratować. Jak zwykle jesteśmy zdane wyłącznie na siebie. Soraya... -- niespodziewanie ton głosu Złej Dreyar się zmienił. Stał się zupełnie inny. Nie był już złośliwy, sarkastyczny czy okrutny, ale smutny i pokrzepiający. -- Ty i ja... We dwie możemy więcej. O wiele więcej, niż możesz to sobie wyobrazić. Wspólnie jesteśmy w stanie dokonać wielkich rzeczy. Możemy odnowić ten świat! Sprawić, że narodzi się na nowo z popiołów. -- Drugie JA Dreyar podeszło powoli do swojej dominy. Wyciągnęła ręce, by uścisnąć swoimi te należące do Dobrej Sorayi. -- Przecież sama dobrze wiesz, że tak trzeba. Nie odwlekaj tego, co nieuniknione. Cierń był początkiem. Nasze zadanie to doprowadzić to wszystko do końca. Po to właśnie istniejemy. Po to się urodziłyśmy. To nasze zadanie - zbudować nowe Dragoso na zgliszczach tego starego. 
Dobra Sor patrzyła na swoją bliźniaczkę. Tym razem nie zaprzeczyła jej słowom. Nie przerwała jej wywodu. Nie zaprotestowała w żaden sposób. 
Jej mroczna JA miało rację.
Dragoso upadło lata temu, pogrążając się we własnym mroku. Dreyarowie, strażnicy wiedzy i prawdy, obrońcy sprawiedliwości i wykonawcy boskich rozkazów po to właśnie są. Aby wypełniać boską wolę, w końcu są w połowie bogami. 
Wyrok zapadł już dawno, więc dlaczego ona tak się wzbraniała przed jego wykonaniem? Odpowiedź jest przecież prosta. Jej rodzina. Niewinni, którzy nie zasłużyli na śmierć. Jej ukochany, który pomimo przeciwności losu wybrał ją jako panią swego serca Tak samo jak jej serce wybrało jego. Mocniej ścisnęła dłonie Złej Sor, która nie odrywała oczu od identycznej pary, należącej do tej dobrej. Soraya Domina skryła po chwili milczenia swoje czarne oczy pod powiekami. Skończyły się jej już argumenty. Dłużej nie może upierać się przy swoim. 
-- Masz rację. Masz absolutną rację. Ale.. -- Otworzyła ponownie oczy, by spojrzeć pewnie, z nutą smutku na Złą Dreyar. Przypomniała sobie jak znalazła się w tym miejscu.
Walka z Cierniem.
Śmierć niektórych przyjaciół.
Samobójstwo Matayasa.
Zamordowanie jej smoczycy Nicris.
Zaręczyny z jej ukochanym.
Upadek z urwiska...
Ona naprawdę umarła.
Umarła.
Trafiła do piekła.
-- Nie, nie umarłaś. Gdy spadłaś w otchłań w ostatniej chwili portal się zamknął, przez co przeniosłaś się do wymiaru, w którym niegdyś został uwieziony Cierń. To cię uratowało.
Jesteśmy w innym wymiarze.
-- Musimy się stąd wydostać. I to jak najszybciej. -- Dobra Soraya rozejrzała się po mrocznej przestrzeni. Uspokoiła w sobie swojego ducha. Zaczęła analizować sytuację, w jakiej się znalazła. Na powrót stawała się Sorayą, którą wszyscy podziwiali i kochali.
-- O tak. Koniecznie -- odezwała się ta druga Sor. -- Ty i ja pokażemy tym niedowiarkom na co nas stać. Zaprowadzimy nowy ład. 
-- Odkupimy świat i sprawimy, że niegodziwcy spłonął w ogniu. -- Obie Sorayie uśmiechnęły się do siebie, niemal identycznie. 
W końcu Złej Sor udało się namówić tą Dobrą. Obie, jako jedność, staną się nie do zatrzymania. Boginie wojny, tak będą je nazywać - boginiami. Żaden jeździec czy jakiś tam śmieszy Wybraniec im nie przeszkodzi.
-- Zniszczymy Dragoso, a na jego ruinach wybudujemy nowe. -- Nadal ściskając się za ręce, dwie czarnowłose piękności zaśmiały się w głos. Rozpoczyna się właśnie kolejna historia, a  raczej jej koniec.


***


Słońce chyliło się ku zachodowi. Gdzieś w oddali zaczął majaczyć już wschodzący księżyc. Mieszkańcy Eter własnie szykowali się do snu, gdy nad Smoczymi Wyspami zebrały się ponowie czarne chmury. Nie zwiastowały one niczego dobrego. W powietrzu unosił się zapach deszczu, słonego morza i gryzącego dymu, który wciąż unosił się nad wyspą. Burzowe chmury, zwiastujące potężny sztorm nadchodziły z zachodu. Ludzie skryli się we własnych domach i poczęli modlić się do Boga Dreyara. Wyklęte bóstwo już dawno przestało słuchać ich modłów. Odkąd ludzie wyrzekli się wiary, potępili jego dzieci, Bogowie przestali chronić, niegdyś swój ulubiony i najukochańszy świat.
Niespodziewanie, w ziemię uderzył silny piorun. Urwisko, nad którym klęczał młody mężczyzna, opłakujący miłość swojego życia, zerwał się na równe nogi i dosłownie w ostatniej chwili uskoczył na bok. Gleba, gdzie jeszcze kilka sekund temu klęczał, osunęła się w przepaść. Potem pojawił się kolejny piorun tańczący po przeoranej trawie, pozostawiając za sobą spalone źdźbła i popiół. Energia wokół zaczęła szaleć, jej gwałtowne skoki przyprawiły go o ból głowy. Złamana ręka ponownie zaczęła pulsować niemiłosiernie, a obite żebra dały o sobie znać. Chłopak nie miał pojęcia co się dzieje. Gdy chciał już udać się w swoją stronę zobaczył, jak w mieście dzieje się coś dziwnego. Zmarszczył oczy lekko się denerwując. Pognał do miasta, do centrum wyspy, by sprawdzić co się tam dzieje. Pioruny, jeden po drugim uderzały w wyspę. Z daleka to wyglądało, jakby trafiały w to samo miejsce, co wydało mu się nieprawdopodobne w pierwszej chwili. Po prawie piętnastu minutach dobiegł zdyszany na miejsce, ale to co ujrzał kompletnie go zszokowało. Tłum gapiów, który odważył się wyjść na ulice rozstąpił się przed nim. Na samym środku placu, w dziurze, gdzie wciąż tańczyły małe błyskawice, znajdowała się znana mu aż do bólu postać czarnowłosej kobiety. Gdy wstała, wyprostowała się powoli, wyciągnęła rękę, a jedna z błyskawic pogłaskała jej niemal białą skórę. Mimo, iż nie widział jej twarzy, to wiedział kogo ma przed sobą. Czuł tą wyjątkową energię, która mogła należeć tylko do niej, jednak ta była jeszcze silniejsza. Łzy niedowierzania i wzruszenia popłynęły po jego umęczonej żalem i wyrzutami sumienia twarzy. Wszystko wokół przestało istnieć, była tylko ona.
Jego ukochana.
Jego miłość.
Jego życie.
-- Soraya... -- wyszeptał, nie mogąc uwierzyć w to, że kobieta, której pozwolił umrzeć miesiąc temu, stoi teraz przed nim, jak gdyby nigdy nic. 
-- Wróciłam... -- rzekła, ale jej głos był inny. Coś w nim się nie zgadzało. -- Wróciłam. -- Czarnowłosa nadal nie odwracała się, stała i bawiła się z błyskawicami. Pozwalała im tańczyć i podpalać najbliższe budynki, które dopiero co zostały odbudowane. -- Wróciłam, by wypełnić wolę Bogów. By zniszczyć Dragoso.





To be continued...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz